germanus
22.06.06, 05:59
Rozmówki aktualne
Trener
- Dajemy światu przykład - temu słowy odezwał się Trener, gdy wreszcie usiadł.
Dymiące dziennikarskie głowy zwisły nisko niczym śpiący trzmiel.
Przygotowywane przez prawie dwa tygodnie podchwytliwe pytania i zaskujące
porównania okazały się bezsilne w obliczu nieśmiertelnej prawdy. Dawanie
światu przykładu to zapisany przez tysiąclecia w podświadomości, świadomości i
nadświadomości obowiązek każdego kraju tego świata i każdego człowieka tej
planety. I jeśli inne kraje lub inni obywatele tych innych krajów odbierają to
cokolwiek inaczej, to tym gorzej dla nich, a lepiej dla nas, dziennikarzy
właściwie wykształconych i wychowanych, rozumiejących rolę, obowiązki, prawdy
ogólne i mniej ogólne, w tym objawione.
- Powiem więcej - odezwał się Trener po krótkiej przerwie, a na brać żyjącą z
pytania i pisania padł przymrozkowy strach, bo więcej to znaczy ... Nikt nawet
nie odważył się pomyśleć.
- Tak powiem - Trener trwał w swojej roli, jak księżyc w pełni - daliśmy
światu przykład!
Na te słowa, choć nie było to możliwe, zrobiło się jeszcze ciszej. Któż by
bowiem nie chciał dać światu przykładu? No któż? A tu, chciał, nie chciał,
dał! I to kto dał? Oczywiście my, czyli każdy z nas. Tak powiedział Trener.
Nie powiedział, że dał, albo dali, ale że - daliśmy! Przez niezroszone do tej
pory pomyślunkiem czoła i skronie zaczęły się nieśmiało ideować wartości
panludzkie. Ale przede wszystkim panpolskie i panojczyźniane.
- Nie jesteśmy, jak inni ... - odezwał się ponownie Trener, gdy poczuł, że
pismaki nieco ochłonęły - i nie ograniczamy się do słów jedynie.
Tak jest, oczywiście, liczą się przede wszystkim czyny. Ale jakie czyny? Jeśli
nawet takie pytanie wyjajeczkowało z czyjejś nadskroni, to przecież nie był to
czas na pytanie! O nie!
- Nie jak inni, o nie! - niemal zagrzmiał Trener - nie jak łoenzety, ojrojunie
czy hamieryki, co to deklarują, deklarują, niczego nie dają, a do tego łupią.
A więc jesteśmy lepsi niż inni! Zawsze byliśmy i teraz też jesteśmy. Nie
wypadamy z roli przez wieki nam danej. Co nam tam potęgi, my i tak znaczymy
więcej, robimy więcej, umiemy więcej...
- Byliśmy do tej roli znakomicie przygotowani - Trener upuścił głośności -
odporni na niespodzianki, gotowi na wszelkie scenariusze, wytrenowani do
niemożliwości...
Byliśmy? Pytanie jak kandaharski samobójca uderzyło w tłum.
- A nie było to łatwe!... - Trener nie dawał im odpocząć od myślenia -
musieliśmy przygotowywać się z dala od utartych szlaków, unikać wyświechtanych
schematów i opanować nowe motody.
Tłum pismaków nie zafalował. Nikt nie już podążał za Trenerem. Powoli
nieoczywiste stawało się oczywiste, ale nikt tego jeszcze nie wiedział.
- Ale najważniejsze było przygotowanie psychologiczne - Trener widocznie
wiedział o czym mówi, a wulkaniczny tłum w milczeniu to uznał.
- Nauczyliśmy się odrzucać własną pychę, zachcianki, nieumiarkowanie,
pożądanie ...
Tłumowi zaczynały się rozdziawiać rozliczne usta.
- ... i zastąpiliśmy to zrozumieniem drugiego człowieka, narodu, całego świata
w potrzebie.
Usta pozostały rozdziawione. Prawdy Trenera, jak każde wielkie prawdy, były
trywialne, ale nikt wcześniej na nie nie wpadł. W czas mistrzostw, w czas
wielkiego piłkarskiego święta, gdy wszyscy są razem i razem grają, kibicują,
świętują, cieszą się, nikt nie pomyślał, że świat ma potrzeby, lub że jest
niezrozumiany. Nikt, tylko Trener. I nie wiadomo było, co teraz powinno się
czuć; wstyd, że tak się stało, czy dumę, że oto mamy Trenera, który stanął jak
i gdzie trzeba, niczego i nikogo się nie uląkł, i mimo ...
- Tak - wpadł w te myśli Trener - mimo bardzo nie sprzyjających warunków, mimo
wszelkich możliwych przeszkód... - lekko zacichł - powiem więcej...
Znów!. Znów powie więcej! Tłum był blisko całkowitego zaniemyślenia.
- ... mimo pieniędzy i obiecanych nagród, luksusów, zielonej murawy, sztabu
trenerów, kompanii lekarzy, dywizjonu etatowych pomocników i armii
ochotników... - Trener wziął ekipę w kamasze - mimo tych wszystkich przeszkód,
nasze zadanie zrealizowaliśmy i szczytny, ach, jak szczytny cel osiągnęliśmy!
Twarze tłumu przepuszczonego przez trzęsienie ziemi powoli się podnosiły...
- Zrealizowaliśmy nasz cel jako jedyna, podkreślam, jedyna drużyna. Jeden
tylko jest taki naród na świecie, my właśnie.
Niektóre twarze już się podniosły i świeciły zachwytem, inne ciągle się
podnosiły...
- A do tego mieliśmy dylemat! - Trener ogłosił niespodzianie, że miał rozterki
- komu bardziej pomóc, komu więcej dać, komu przede wszystkim się należy...
No, komu? Zaniemyślony tłum dziennikarsko-fotograficzny nie wiedział, bo niby
skąd. Wszyscy teraz zdawali się na Trenera, przewodnika, wizjonera, ojca...
- Zdecydowaliśmy, że zdamy się na los... - takiego wyznania Trenera nikt nie
oczekiwał, ale każdy je uznał.
Los to przecież ..., właśnie! Teraz jest poprawność, choć na szczęście coraz
mniejsza...
- ... i z każdym zespołem trzeciego świata zagramy tak samo, bo nam w sumie i
tak jest bez różnicy.
Jeśli tłum pismaków zaczął myśleć, to Trener im na to nie pozwolił.
- Liczy się nie gra, ale pomoc, pomoc potrzebującemu, pomoc słabemu i
zacofanemu. To słaby i zacofany potrzebuje sukcesu, więc mu ten sukces
umożliwiliśmy.
Może temu i owemu błysnęło do czego Trener zmierza.
- Zagraliśmy tak samo słabo, bez chęci i woli, bez chuci i pożądania, bez
pychy i nieumiarkowania, bez nieuzasadnionej manii wielkości.
To tłum wiedział i bez tego wyznania.
- Aby to zrobić, musieliśmy prowadzić przemyślną grę pozorów i podstępów.
Musieliśmy najpierw awansować do finałów...
Ach co?
- ... bo przecież wiadomo było chyba prawie na pewno, że inna drużyna
ojrounijna nie będzie zdolna do takich poświęceń.
Ach nie?
- I celowo w ramach pomocy, jako przykład dla całego świata, oddaliśmy nasze
miejsce w dalszych rozgrywkach finału mistrzostw świata innej drużynie -
dokończył Trener pełnym zdaniem i spojrzał na krajobraz po tsumami. Po czym
wyszedł.
- A mówią, że nie mam dobrego kontaktu z mediami - rzucił po drodze do Asystenta.
Napisane: 21 czerwca 2006, pierwszy dzień lata.