Gość: Praszczur
IP: 212.244.189.*
02.09.06, 23:06
Post dedykuję Beatrix 13 i zonie.pijaka
Niech nas trochę pokołysze łódka w tę noc. Po przeczytaniu dominujących
tematów postów uważam , że należy się nam odpoczynek. Gdyby przyjąć, że
Miasto Szczecin jest przedsiębiorstwem, to mieszkańcy są przecież niczym
innym jak walnym zgromadzeniem akcjonariuszy, rajcy radą nadzorczą a
burmistrz prezesem zarządu. Przy takim założeniu, jedyne kryteria oceny to
menedżerskie predyspozycje kandydatów na stanowiska, do których aspirują. Do
personaliów przywiązuję dużą wagę, bowiem gdy w prowadzonym dobrze
przedsiębiorstwie, jakim jest dom publiczny, źle się dzieje to wymienia się k…
y a nie łóżka. Tak, więc zupełnie nie ma znaczenia czy ktokolwiek utrzymuje
kontakty z kobietami czy mężczyznami i w trakcie intymnych zbliżeń ubiera się
w zbroję husarza, strój płetwonurka czy krakuskę, jest liberalnym ekonomistą
ze szkoły Miltona Friedmana, albo wyznawcą Keynsowskiej doktryny monetarnej,
czy jest absolwentem AWF i tematem jego pracy magisterskiej była ”Technika
rwania sztangi oburącz i sposób jej oceny”, jest wierzącym lub ateistą, czyta
Biblię lub Talmud, należał do Sodalicji Mariańskiej lub do drużyny
harcerskiej przy Komendzie Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej. Nieważne czy
kot jest biały czy czarny ważne, aby dobrze myszy łowił./cyt. z Deng Siao
Pinga/ A propos Komendy Wojewódzkiej to na Małopolskiej vis a vis kawiarni
Neptun było kasyno milicyjne w soboty zamieniające się w ekskluzywny,
tętniący życiem i muzyką, środowiskowy klub „Pod Pałami”, o którym mówiono z
zazdrością, że wódka tam serwowana była po cenach detalicznych tj. bez marży.
Obrzeża Parku Żeromskiego obfitowały w różne ciekawe miejsca jak Parkowa, Bar
Posejdon na Malczewskiego czy kawiarnię Teatralną przy Parkowej róg
Szarotki. Ja najmilej wspominam bar na rogu Kapitańskiej i Jana z Kolna,
którego nazwy nie pomnę, ale podawano tam wyborną smażoną wątróbkę wieprzową
i schabowe wielkości klapy od sedesu przy bardzo przyzwoitych cenach.
Niebuszewo, to z kolei kawiarnia ABC/Abyś Bywał Częściej/ na Krasińskiego,
Marago na Niemcewicza i tamże mordownia zwana Bolek, której nazwy nie
pamiętam. Przy braku tzw. angielek czasem wódkę podawano tam w kuflach, co
stanowiło dodatkowy koloryt. Na Krasińskiego znajdowała się również siedziba
Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów w Polsce. Warto pamiętać, że w tych
czasach mieszkała w Szczecinie liczna grupa Polaków pochodzenia Żydowskiego,
którzy ocaleli na przekór akcji „ostatecznego rozwiązania kwestii Żydowskiej”
zaplanowanej przez funkcjonariuszy, których wydalił naród, wcześniej znany z
wielu znanych kompozytorów muzyki klasycznej. Szczęścia tego nie mieli
zabiegani kupcy wraz ze swymi bliskimi należący do mej dalekiej rodziny,
zamieszkujący okolice ulic Nowolipia, Nalewek i Smoczej tworzące później
centrum warszawskiego Getta. Sam pochodzę z głęboko zasymilowanej rodziny o
nie specjalnie semickim wyglądzie, co skutkowało tym, że podczas okupacji nie
musieliśmy się obawiać szmalcowników. Mieszkając wtedy na peryferiach w
zasadzie nie pamiętam okupacji czy Powstania gdyż Rodzice odgrodzili mnie
skutecznie od źródeł złych wspomnień. Dopiero później zacząłem kojarzyć pewne
fakty. Niektórzy mogą nazwać to żydowską przebiegłością. Jestem nieco
ryżawym, mocno już wyliniałym blondynem i jako młodzieniec podobny byłem do
Junaka z plakatu Służba Polsce, przecudnego blondyna o bezkompromisowej
urodzie partyzanta z Brygady Świętokrzyskiej. Jedną z ciekawszych ulic miasta
w tym czasie, dla ówczesnego playboya, do którego aspirowałem zupełnie
zresztą nieświadomie, była ulica Jagiellońska. Już sam początek ulicy na
górce, gdzie znajdowała się rozlewnia wódek musiał wywrzeć piętno na jej
dalszym ciągu. Na rogu Boh. Warszawy znajdowała się restauracja Bar Tulski,
obecnie „U Barbary”, a dalej chyba Wiarus, obecnie Korner. Oba lokale
prowadzone są od jakiegoś czasu przez b. miłe osoby, które w jakimś
poprzednim wątku znalazły należne im miejsce. Idąc dalej w kierunku centrum
blisko po lewej na Piastów znajdowała się Artystyczna a naprzeciw będący
niesamowitą mordownią Bar Gościnny.
Na rogu Jagiellońskiej kawiarnia Pomorzanka a naprzeciw knajpa Wisła czy też
Wisełka.
Na rogu Wojska hotel Gryf ze swą restauracją i barem „piekiełko” z gronem
bywalców, ale bez szczegółów. Idąc dalej zaraz za rogiem na Bogusława była
kawiarnia Mokka . Z kronikarskiego obowiązku należy wspomnieć o bardzo
dobrym zakładzie krawieckim Pana Andrzejewskiego /wejście z bramy na Armii
Czerwonej/.Szyłem u Niego garnitury, gdy stałem się trochę zasobniejszy w
sztony. Na rogu Śląskiej była restauracja Piastowska a dalej taka
jadłodajnia „u Ciotek”, gdzie swe miejsce znalazł Bar Kaukaski po wyburzeniu
pawilonów na Wojska i Śląskiej. Jagiellońska dobiegała swego końca przy Placu
Lotników gdzie znajdował się Balaton. On chyba jeszcze wcześniej nosił inną
nazwę, ale tu nie mam pewności. Z lewej strony wejścia znajdowała się sala
restauracyjna z sadzawko-akwarium na środku parkietu bywało, że na dansingu
ogłupieli od wódy konsumenci usiłowali przy pomocy widelców upolować ospałe
karpie dokonujące resztek żywota w tej sadzawce, która dla kuchni tego
szacownego lokalu robiła za wannę w okresie Świąt. Z prawej był natomiast
barek z dość długim bufetem i stolikami pod oknem. Tu kojarzą mi się miłe
momenty związane z obchodami Międzynarodowego Dnia Kobiet. Otóż, 8 marca
Panie tzw. lokalówki urządzały integracyjne obchody ww. święta i nie
pracowały zawodowo. Dla znajomych było zawsze miejsce i kieliszek w tym miłym
gronie. Rozpoczynało się to rano i trwało w zależności od stanu biesiadników
do wieczora, gdy najbardziej odporni przenosili się na dancing. Bywało bardzo
miło i bezpruderyjnie, wygłaszane teksty i opowiadane historie były
niesamowite i zupełnie antyustrojowe. Wędrówka nocą po Jagiellońskiej
dostarczała ciekawych obserwacji socjologicznych. W niektórych bramach
pracowały weteranki najstarszej profesji świata, próbując zarabiać na życie
odwołując się nierzadko do uczuć wyższych potencjalnych klientów. Ale też
wykazywały tzw. charaktrność. Zostałem kiedyś zaczepiony prośbą o
poczęstowanie papierosem. Po spełnieniu życzenia i podaniu ognia, po
pierwszym machu, zostałem zaskoczony propozycją cyt. ”Chcesz se chłopcze
strzelić gola? Honorowa jestem.” Przepraszam tych, co czytają te moje
wspominki,/jeżeli w ogóle tacy się znajdą/ za frywolny nieco charakter
powyższego postu i ewentualne nieścisłości, bowiem posługiwałem się jedynie
pamięcią tak, aby to, co popełniłem miało charakter osobistej impresji.
Zostało oczywiście jeszcze sporo miejsc, które warto ocalić od zapomnienia.
Już tak na koniec wspomnę człowieka, przez jakiś czas związanego ze
Szczecinem, który wcześniej wsławił się wyjątkowym draństwem, ale tak już
jest, że to łajdacy przeważnie kształtują historię. Nie sięgałem do żadnych
mateczników encyklopedycznej wiedzy cyberprzestrzeni, opieram się na
wspomnieniach Tych,którzy byli pionierami Szczecina a już nie ma ich miedzy
nami. Mam na myśli Ludwika Kalksteina-Stolińskiego, gestapowca pochodzącego
z „tych” Kalksteinów z Prus elektorskich , który w Warszawie zdekonspirował i
doprowadził do pojmania Dowódcy AK Gen. Grota-Roweckiego. Pod nazwiskiem,
którego nie pamiętam pracował tuż po wojnie jako taki szalejący reporter w
powojennym Szczecinie nie konspirując się zupełnie. Pózniej został
zdemaskowany przez jakiegoś AK-owca, który osiedlił się po stłumionym przez
gen SS Ericha von dem Bach-Żelewskiego Powstaniu Warszawskim w Szczecinie. A
ponieważ były to czasy w bardzo wielu przejawach haniebne, dalsze jego losy
były dość niejasne, jako że będący wtedy władzą uważali, iż czyniąc to, co
uczynił, w zasadzie nie uczynił niczego nagannego, a nawet wręcz