lech.niedzielski
27.07.09, 13:29
"Jeden z bossów mafii paliwowej, który kilka lat temu wstrząsnął
Polską swoimi zeznaniami o powiązaniach przestępców z politykami,
wycofał się niepostrzeżenie ze wszystkich oskarżeń." Tak się zaczyna
tekst Cezarego Łazarewicza w "Polityce" (nr 30): "Baronowie saute".
Z czego się wycofał Jan B., który , jak wynika z artykułu,
reprezentuje teraz interesy swojej żony Joanny Bobrek i 18-letniego
syna Jana Bobrka? Otóż B. kilka lat temu po dwóch latach aresztu w
zamian za obietnicę zwolnienia odkrył śledczym "całą prawdę" o
niecnych związkach mafii paliwowej z politykami. Według Jana B.
byłem jednym z tych, którzy trzymali parasol nad członkami mafii.
Jako minister i sekretarz stanu w ministerstwie gospodarki. Miały
być prowizje wpłacane na numeryczne konta za granicą i inne pożytki
z ułatwiania interesów. Inny członek tej grupy Arkadiusz Grochulski
to według Jana B. mój przyjaciel.
Prokuratorska machina ruszyła. Zbigniew Wassermann, Antoni
Macierewicz, Zbigniew Ziobro uważali, że zeznania są wiarygodne. Nie
zapomnę inauguracji kampanii kandydatki PIS na prezydenta Szczecina
w 2006 r. Ówczesny minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro grzmiał
z mównicy, że w Szczecinie bierze początek mafia paliwowa i w tym
mieście są politycy, którzy jej sprzyjają. Dał do zrozumienia, że
chwila ostatecznego wyjaśnienia jest bliska. Niby nie użył nazwiska,
ale dziennikarze natychmiast zgłosili się do mnie jako tego, którego
miał na myśli Ziobro. Warto dodać, że ja również starałem się
wówczas o to, by zostać prezydentem Szczecina.
No i co z tych wszystkich oskarżeń i obietnic zostało? Nic, zupełnie
nic. Jan B. wycofał się niepostrzeżenie, Grochulski stwierdził, że
nie zna mnie prywatnie.
Dlaczego Jan B. wycofał się niepostrzeżenie ? Dlaczego nikt z
dziennikarzy, którzy na podstawie przecieków z organów ścigania
(nazwiska informatorów, rzecz jasna, nie padały) pisali bzdury o
mnie i innych osobach nie zadzwonił, nie napisał nowej wersji
wydarzeń, nie przeprosił ? Ewentualnych chętnych informuję, że
numeru telefonu nie zmieniłem.
Historia przyznaje mi rację. To ładnie brzmi, ale w praktyce mało
znaczy. Kto odda mi lata tłumaczenia się w prokuraturach? Tak jakoś
jest w Polsce, że kilka lat pełnienia politycznej funkcji,
szczególnie na styku z gospodarką, to pewne wieloletnie kłopoty z
organami ścigania. Czasami naprawdę współczułem prokuratorom. Wielu
z nich to porządni ludzie, którzy chcą rzetelnie wykonywać swoje
obowiązki. Ale w mrocznym klimacie stworzonym przez państwo PIS,
prokuratorzy czuli presję na znalezienie objawów korupcji i innego
zła wszędzie, a szczególnie wśród polityków opozycji. Nie musiało
być nawet poleceń wydawanych wprost, urzędnicy wiedzieli, czego się
po nich władza spodziewa. Niektórzy może nawet wierzyli w to co
robią.
Jana B. staram się nawet zrozumieć. "Wydobywczy areszt" zrobił
swoje. Wyrządził mnie i innym osobom wielką krzywdę, ale być może
było mu już wszystko jedno. Byle wyjść na świeże powietrze. Czytam
w "Poltyce", że dobrze mu się powodzi, prowadzi interesy z uśmiechem
na twarzy, jest zrelaksowany. Ciekawe czy zdobywa się od czasu do
czasu na jakie refleksje.
Jaki morał płynie z tej historii ? Zastanów się dziesięć razy, zanim
się zgodzisz na pełnienie ministerialnej funkcji, szczególnie w
resortach gospodarczych. Po zakończeniu kadencji znacznie częściej
będziesz bowiem dawał wykłady o gospodarce w prokuraturach, niż na
biznesowych kierunkach uniwersytetów.
Jacek Piechota.