Dodaj do ulubionych

Kalwas: wystąpimy o ekstradycję Kobylańskiego

21.03.05, 16:12
Nareszcie
Obserwuj wątek
    • Gość: Jacek Trzeba ukarac za pomoc Radiu Maryja? IP: *.gsi.de 21.03.05, 16:49
      Walka z Radiem Maryja wchodzi w nowy etap.
      Dlatego tym bardziej wspierajmy Radio Maryja, Telewizje Trwam, Wyzsza Szkole
      Kultury Medialnej i Dom Polonii. Oto konta bankowe dostepne takze na
      www.radiomaryja.pl

      Konta Radia Maryja dla słuchaczy w Polsce:

      PKO BP SA II/O Toruń
      nr: 69 1020 5011 0000 9602 0012 9130
      z dopiskiem: "Dar na cele kultu religijnego"

      Bank Pocztowy S.A. I/O Toruń
      nr 77 1320 1120 2565 1113 2000 0003
      z dopiskiem: "Dar na cele kultu religijnego"


    • Gość: Antek Re: Kalwas: wystąpimy o ekstradycję Kobylańskiego IP: 216.223.64.* 21.03.05, 17:27
      Gestapo aresztowało ich, a według zeznań Sarnowskiej Niemcy mieli kartkę
      Kobylańskiego-
      -----------
      Jezeli pani Sarnowska wiedziala czyja kartke mieli Niemcy MUSIALA byc
      niemieckim donosicielem. Jak inaczej by wiedzila kto byl autorem kartki? Byl
      tam podpis Kobylanskiego? A moze agentka rozpoznala charakter pisma? Niemcy
      pokazali karteczke obcej osobie? Ze Kobylanski to typ to wiemy, ale
      przypomnienie sobie o nim ma zwiazek z Rydzykiem a nie sponsorem Rydzyka. Kto
      pociaga sznurki tej sprawy ? Ludzie pana Bolka.
      • Gość: hanyska Kobylanski to wierutny klamca! IP: *.bulldogdsl.com 21.03.05, 17:45
        Nie masz racji! Oto pelna wersja z Rzeczypospolitej:
        "Depozyt u sędziego
        Był 1943 rok i poruszanie się po ulicach miasta wiązało się dla Żydów z
        ogromnym niebezpieczeństwem. Szenkerowie, gdy dowiedzieli się od Sarnowskiej o
        możliwości zdobycia takich dokumentów, mimo niebezpieczeństw, przyjechali do
        Warszawy. Ukryli się w mieszkaniu przy ulicy Boduena. Towarzyszyła im
        Sarnowska, która ściągnęła Janusza Kobylańskiego. Ten spisał ich dane, jakie
        miały się znaleźć na podrobionych dokumentach. Kobylański informacje od
        Szenkerów notował na kartce. Zapowiedział, że dowody osobiste i arbeitskarty
        wyrobi w ciągu trzech dni. Szenkerowie obiecali mu zapłatę w złocie.

        Aby ograniczyć ryzyko oszustwa, wszyscy pojechali na Żoliborz do przedwojennego
        sędziego Sądu Najwyższego Stanisława Juńskiego. Był on znajomym Sarnowskiej i
        mógł być gwarantem ryzykownej transakcji. W obecności Kobylańskiego Szenkerowie
        przekazali sędziemu monetę dwudziestodolarową w złocie, dwie monety po dziesięć
        dolarów w złocie i kilka sztuk złotych pięciorublówek. Kobylański miał otrzymać
        pieniądze po dostarczeniu dokumentów. Potem Szenkerowie wrócili do mieszkania
        na Boduena, w którym mieli czekać na fałszywe papiery. Sarnowska zaś wyjechała
        do Chełma w przekonaniu, że pomogła zagrożonym znajomym.

        Niech pani odda pieniądze
        Po dwóch dniach Sarnowska dostała depeszę od Janusza Kobylańskiego. "Proszę o
        natychmiastowy przyjazd do Warszawy. Coś się wydarzyło" - alarmował. Sarnowska
        koleją dotarła do Warszawy. Kobylański miał dla niej tragiczne wieści:
        Szenkerów w mieszkaniu, w którym się ukrywali, aresztowało gestapo. Zostali
        rozstrzelani. Jednocześnie zapytał o pieniądze dla niego, bo dokumenty dla
        Szenkerów miał gotowe. Sarnowska uznała, że zapłata mu się należy, bo wywiązał
        się z umowy. Pojechali razem do sędziego Juńskiego. U sędziego jednak złotego
        depozytu Szenkerów już nie było. Juński wyjaśnił, że nazajutrz po uzgodnieniu u
        niego warunków zapłaty za fałszywe dokumenty odebrał telefon od Szenkera, który
        prosił, aby sędzia wydał kosztowności granatowemu policjantowi, który się do
        niego zgłosi. Po kilku godzinach zapukał do mieszkania sędziego granatowy
        policjant i wręczył Juńskiemu kartkę z wykazem złotych monet, jakie zdeponowali
        Szenkerowie. Sędzia je wydał.

        Kobylański zareagował bardzo gwałtownie. "Zażądał ode mnie zwrotu pieniędzy,
        grożąc, że jeżeli nie zwrócę, to odda mnie w ręce Niemców" - zeznała w
        powojennym śledztwie Sarnowska. Jego groźby uznała za realne.

        "Po wielkich targach Kobylański zgodził się przyjąć połowę zapłaty, jaką
        obiecali mu Szenkerowie" - powiedziała prokuratorowi. Kobylański miał wtedy
        zadzwonić do swego ojca adwokata z pytaniem, czy może na takie warunki
        przystać. Dostał zgodę. Sarnowska miała przy sobie część pieniędzy i przekazała
        je Kobylańskiemu. Resztę kwoty po sprzedaży futra wysłała z Chełma na
        warszawski adres Janusza Kobylańskiego.

        Przebieg wypadków potwierdził w powojennych zeznaniach sędzia Juński. Zeznał
        także, że w tydzień od wizyty Sarnowskiej i Kobylańskiego w drzwiach swojego
        mieszkania zobaczył... Szenkera, który - jak zapewniał Kobylański - miał być
        rozstrzelany przez gestapo.

        Szenker mieszkał z rodziną w warszawskim getcie. Przedarł się jednak na odległy
        Żoliborz do sędziego, by powiedzieć, co się naprawdę wydarzyło. I poprosić, aby
        sędzia wezwał z Chełma Sarnowską. Zamierzał jej wszystko wyjaśnić.

        Po kilku dniach Sarnowska spotkała się z Szenkerem przy bożnicy na Tłomackiem.
        Opowiedział jej, jak gestapowcy, którzy aresztowali go wraz z rodziną w
        mieszkaniu na Boduena, pokazali im kartkę, na której Janusz Kobylański
        zapisywał dane, jakie miały się znaleźć na podrobionych dokumentach na nazwisko
        Barscy.

        "Gestapowcy byli dla nas względni" - powiedział Sarnowskiej Szenker.
        Przytoczyła jego słowa w powojennym śledztwie. Nie rozstrzelali ich, jak innych
        ukrywających się Żydów. Przekazali granatowej policji, aby umieściła ich w
        getcie. Dlaczego wtedy gestapowcy ich oszczędzili? Szenkerowie mogli uratować
        życie, dając łapówkę.

        Z zeznań Sarnowskiej: "Szenker przeczuwając, że Janusz Kobylański, który ich
        wydał gestapo, pobierze od sędziego Juńskiego pieniądze, nie chcąc do tego
        dopuścić, darował je policjantowi, który konwojował ich do getta. Przedzwonił
        do sędziego i poprosił o przekazanie kosztowności policjantowi, który się
        zgłosi". Kobylański pisał do niej później i domagał się całej kwoty, na jaką
        umówił się z Szenkerami.

        W maju 1948 roku w Jędrzejowie miejscowy prokurator przesłuchał Stanisława
        Kobylańskiego, który prowadził tam kancelarię adwokacką. Potwierdził, że Janusz
        to jego syn z pierwszego małżeństwa. Podczas okupacji mieszkał u niego w
        Warszawie przy ulicy Wspólnej 24. "Janusza Kobylańskiego aresztowało gestapo za
        czyny patriotyczne - zeznał. - Uwięziono go na Pawiaku, przebywał w Oświęcimiu
        i Gross-Rosen". Wyjaśniał prokuratorowi, że nie wie, czy Janusz żyje, co się z
        nim stało po wojnie. Przekonywał, że nie słyszał nic o wyłudzeniu pieniędzy od
        Sarnowskiej.

        Prokuratura zamknęła sprawę w 1954 roku z powodu nieodnalezienia Janusza
        Kobylańskiego. Na aktach znalazła się adnotacja: "Przechowywać 30 lat", czyli
        do 1984 roku. Przetrwały dłużej.

        Nieznane są losy żydowskiej rodziny Szenkerów. W warszawskim Żydowskim
        Instytucie Historycznym istnieją księgi ocalonych z Holokaustu. Nie ma w nich
        nazwiska Szenkerów-Barskich z Chełma. Zapewne, jak większość mieszkańców
        warszawskiego getta, zostali przetransportowani do obozu zagłady w Treblince i
        tam ponieśli śmierć.

        Więzień, którego nie było
        Kobylański nie chciał rozmawiać z "Rzeczpospolitą" o swojej działalności w
        okupowanej Warszawie.

        W Muzeum Pawiaka nie ma akt potwierdzających pobyt Janusza Kobylańskiego, co
        twierdził jego ojciec i co on sam dziś mówi. Niemcy wprawdzie zniszczyli
        dokumentację, a źródłem wiedzy o tym, co działo się na Pawiaku, są wspomnienia
        więźniów. Nigdzie jednak nie pojawia się nazwisko Janusza Kobylańskiego. W
        wydanej w 1978 roku książce Reginy Domańskiej "Pawiak - więzienie gestapo"
        zamieszczono listę uwięzionych. Nie ma na niej jego nazwiska.

        Nazwisko to pojawia się dopiero w drugim tomie "Księgi pamięci" o transportach
        do Auschwitz wydanej w 2000 roku. Według tej publikacji Janusz Kobylański
        został wywieziony z Pawiaka transportem 5 października 1943 roku. Podana jest
        jego data urodzenia (23 lipca 1923) i numer obozowy (156 228). Zapis ten jednak
        powstał na podstawie dostarczonych w latach dziewięćdziesiątych przez
        Kobylańskiego dwóch dokumentów Międzynarodowego Biura Informacyjnego Czerwonego
        Krzyża w Niemczech.

        Franciszek Piper, współautor "Księgi pamięci" i pracownik Muzeum
        Oświęcimskiego, twierdzi jednak, że dokumenty się wykluczają. - Z Kobylańskim
        mamy zamieszanie. Nadesłane przez niego zaświadczenia o pobycie w Auschwitz nie
        są zgodne. Jedno wygląda wręcz na sfałszowane.

        Hipotez co do faktycznej roli Janusza Kobylańskiego w obozach koncentracyjnych -
        jeżeli tam się znalazł - jest wiele. Bardzo prawdopodobne, że sędzia Juński,
        spotykając się w okupowanej Warszawie w 1943 roku z przestępczą działalnością
        Janusza Kobylańskiego, która i jemu zagrażała, powiadomił akowskie podziemie.
        Ścigało one szmalcowników. Czy Kobylański, wiedząc, że grunt pali mu się pod
        nogami, nie wybrał "ucieczki do przodu" i nie dał się wywieźć do obozu
        koncentracyjnego? Profesor Władysław Bartoszewski, więzień Auschwitz, wyklucza
        taką możliwość. - To za ciężki kacet, by dać się tam dobrowolnie umieścić -
        mówi profesor.

        Polski emigrant w Ameryce Południowej, oficer Drugiego Korpusu Leopold
        Białozur, twierdzi, że Kobylański po wyzwoleniu obozu w Dachau, gdy byli
        więźniowie chodzili w pasiakach, miał swój samochód z szoferem ("Podwójne życie
        don Juana", Mikołaj Lizut, "Gazeta Wyborcza" z 28 czerwca 2004 r.).

        Miliony na znaczkach
        W biografii Kobylańskiego j
        • Gość: mkopek Re: Kobylanski to wierutny klamca! IP: *.ericsson.net 22.03.05, 09:46
          Ja tam Kobylanskiego bronic nie chce, jednak to nie sa zadne dowody, na to, ze
          Kobylanski wydal ta rodzine gestapo. Moglobyc np. tak: Kobylanski przeciez
          wlasnorecznie tych odkumentow nie wyrabial. Gestapo mogl doniesc falszerz lub
          mogl wpasc zaraz po wyrobiemiu dokumentow i przekazaniu ich Kobylanskiemu.
          Kobylanski poniosl koszty zwiazane z wyrobieniem dokumentow i dlatego domagal
          sie zaplaty uzgodnionej z Szenkerami. Szenker kiedy zobaczyl kartke, na ktrej
          spisane byly ich dane byl pewien ze to sprawka Kobylanskiego. Mogl nawet nie
          widziec tej kartki, ale tak powiedziec bo byl pewien ze to Kobylanski go wydal
          (bo niby po co Niemcy mieliby pokazywac im ta kartke). Kobylanski zas kiedy
          dowiedzial sie o wpadce Sznkerow, nie mogl przypuszczac, ze przezyli i sa w
          getcie. Mogl byc pewien, ze sa rozstrzelani. Oczywiscie historyjka jest
          calkowicie zmyslona przeze mnie, ale pokazuje, ze zeznania swiadkow nie sa
          dowodami przeciw Kobylanskiemu. Kobylanski mogl tez wpasc i zostac przymuszony
          przez gestapo do wspolpracy. Taka wspolpraca mu chluby nie przynosci, jednak
          odorobine bylaby usprawiedliwiona. W takim przypadku Kobylanski moglby nie
          chciec o tym mowic i przyznawac sie do takiej wspolpracy, jednak moglby czuc
          sie ofiara w tej sprawie nie zas winowajca. To tez tylko luzne fantazje, ale
          tez mozliwe. Zas artykul w GW oparty jest na samych polprawdach,
          przypuszczeniach, skojarzenich i pomowieniach. Jedynym przytoczonym faktem,
          jest to, ze poproszono o ekstradycje Kobylanskiego z blizej nie znanych
          przyczyn, ktora i tak wiadomo, ze nie dojdzie do skutku. Ciekawe wiec po co to
          wystapienie o ekstradycje. To tak jakby policja dala w prasie ogloszenie,
          ze: "Panie Kowalski my wiemy, ze to pan popelnil przetepstwo, wiec prosze
          przyjsc na komisariat i do wszystkiego sie przyznac", a potem zrobili
          konferencje prasowa, ze podjeli powazne dzalania w celu ujecia groznego
          przestepcy. Takze zadnego zwiazku ze sprawa nie ma fakt, ze Kobylanski daje
          pieniadze na Radio Maryja. Gdyby skazany za zabojstwo przestepca modlil sie w
          celi calymi dniami i co miesiac przesylal jakas kwote pieniedzy na Radio
          Maryja, to tez bylby to powod do publicznego obrzucania blotem radia? Ja tam
          ani grosza nigdy nie przekazalem na to radio, ale innym tego nie bronie. Jesli
          sa ludzie, ktorzy chca sluchac tego radia i ktorym jest ono potrzebne, to chyba
          ma prawo byc takie radio.
    • Gość: talking_head Re: AŻ TAK BARDZO NAS, POLAKÓW NIENAWIDZICIE ? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 21.03.05, 17:43
      PO RZEKOMYM MAYBACHU OJCA RYDZYKA MAMY KOLEJNĄ BREDNIĘ ROZGŁASZANĄ PRZEZ
      GAZETĘ MNIEJSZOŚCI NARODOWEJ. ROZUMIEM, ŻE MOŻNA ŻYWIĆ JAKIEŚ UPRZEDZENIA DO
      DRUGIEGO NARODU, ALE SAMI NAZYWACIE TO SZOWINIZMEM. WASZ ANTYPOLNIZM PROWADZI
      WAS DO ŚMIESZNOŚCI. OTA JAKAŚ PANI ZEZNAJE, ŻE PAN KOBYLAŃSKI OBIECAŁ POMOC
      W UKRYCIU RODZINIE ŻYDOWSKIEJ. KRYJÓWKA ZOSTAŁA ZDEKONSPIROWANA, JAK TWIERDZI
      TA PANI ZA SPRAWĄ DONOSU SAMEGO KOBYLAŃSKIEGO. NASÓWA SIĘ PYTANIE, SKĄD TA
      WIEDZA U TEJ PANI ? CZY GESTAPO CHODZIŁO PO WARSZAWIE I POKAZYWAŁO WSZYSTKIM:
      " O, PATRZCIE, DOSTALIŚMY DONOS OD KOBYLAŃSKIEGO I IDZIEMY ARESZTOWAĆ TYCH
      ŻYDÓW", NO CHYBA, ŻE TA PANI SAM BRAŁA UDZIAŁ W TEJ AKCJI JAKO FUNKCJONARIUSZ
      GESTAPO. O ILE WIEM TAJNA POLICJA, A TAKĄ BYŁO GESTAPO, NIE ROZGŁASZAŁA NA LEWO
      I PRAWO NAZWISK DONOSICIELI.
      A, I PANI ZAPOMNIAŁA DODAĆ, IŻ PAN KOBYLAŃSKI W NAGRODĘ ZA DONOS WYLĄDOWAŁ
      NA 4 LATA W OBOZIE KONCENTRACYJNYM.
      MYŚLAŁEM, ŻE W WYŚCIGU NA NAJWIĘKSZĄ BZDURĘ NIEDAWNY DONOS MOŚKA LIZUSA
      NA PANA KOBYLAŃSKIEGO BĘDZIE NIEDOŚCIGNIONY. WIDAĆ INWENCJ PISMAKÓW Z WYBORCZEJ
      JEST NIEOGRANICZONA.
      • Gość: hanyska W jakim obozie? Moze wypoczynkowym na Florydzie? IP: *.bulldogdsl.com 21.03.05, 17:48
        Przeczytaj "prawdziwy Polaku" caly artykul, jesli rozumiesz po polsku:

        "Więzień, którego nie było
        Kobylański nie chciał rozmawiać z "Rzeczpospolitą" o swojej działalności w
        okupowanej Warszawie.

        W Muzeum Pawiaka nie ma akt potwierdzających pobyt Janusza Kobylańskiego, co
        twierdził jego ojciec i co on sam dziś mówi. Niemcy wprawdzie zniszczyli
        dokumentację, a źródłem wiedzy o tym, co działo się na Pawiaku, są wspomnienia
        więźniów. Nigdzie jednak nie pojawia się nazwisko Janusza Kobylańskiego. W
        wydanej w 1978 roku książce Reginy Domańskiej "Pawiak - więzienie gestapo"
        zamieszczono listę uwięzionych. Nie ma na niej jego nazwiska.

        Nazwisko to pojawia się dopiero w drugim tomie "Księgi pamięci" o transportach
        do Auschwitz wydanej w 2000 roku. Według tej publikacji Janusz Kobylański
        został wywieziony z Pawiaka transportem 5 października 1943 roku. Podana jest
        jego data urodzenia (23 lipca 1923) i numer obozowy (156 228). Zapis ten jednak
        powstał na podstawie dostarczonych w latach dziewięćdziesiątych przez
        Kobylańskiego dwóch dokumentów Międzynarodowego Biura Informacyjnego Czerwonego
        Krzyża w Niemczech.

        Franciszek Piper, współautor "Księgi pamięci" i pracownik Muzeum
        Oświęcimskiego, twierdzi jednak, że dokumenty się wykluczają. - Z Kobylańskim
        mamy zamieszanie. Nadesłane przez niego zaświadczenia o pobycie w Auschwitz nie
        są zgodne. Jedno wygląda wręcz na sfałszowane.

        Hipotez co do faktycznej roli Janusza Kobylańskiego w obozach koncentracyjnych -
        jeżeli tam się znalazł - jest wiele. Bardzo prawdopodobne, że sędzia Juński,
        spotykając się w okupowanej Warszawie w 1943 roku z przestępczą działalnością
        Janusza Kobylańskiego, która i jemu zagrażała, powiadomił akowskie podziemie.
        Ścigało one szmalcowników. Czy Kobylański, wiedząc, że grunt pali mu się pod
        nogami, nie wybrał "ucieczki do przodu" i nie dał się wywieźć do obozu
        koncentracyjnego? Profesor Władysław Bartoszewski, więzień Auschwitz, wyklucza
        taką możliwość. - To za ciężki kacet, by dać się tam dobrowolnie umieścić -
        mówi profesor.

        Polski emigrant w Ameryce Południowej, oficer Drugiego Korpusu Leopold
        Białozur, twierdzi, że Kobylański po wyzwoleniu obozu w Dachau, gdy byli
        więźniowie chodzili w pasiakach, miał swój samochód z szoferem ("Podwójne życie
        don Juana", Mikołaj Lizut, "Gazeta Wyborcza" z 28 czerwca 2004 r.).

        Miliony na znaczkach
        W biografii Kobylańskiego jest wiele niejasnych, wręcz tajemniczych momentów.
        Jego ojciec zeznał, że syn po aresztowaniu przez gestapo przeszedł przez
        Pawiak, Auschwitz i Gross-Rosen. On sam jednak w swojej biografii wymienia inne
        obozy, a śladów jego pobytu tam jako więźnia nie ma w żadnej dokumentacji.
        (Pisała o tym "Rzeczpospolita" w artykule "Więzień numer 156 228" z 24 kwietnia
        2001 roku).

        Według wersji Kobylańskiego z obozu mieli go uwolnić Amerykanie. Pewne jest
        tylko to, że po wojnie nie wrócił do Polski. Działał na giełdzie metali w
        Zurychu i w Austrii. Podobno miał fabrykę szczotek we Włoszech i prowadził tam
        inne interesy.

        W 1952 roku znalazł się w Paragwaju. Był rządowym konsultantem do spraw
        przemysłu. Otrzymał kontrakt na druk paragwajskich znaczków pocztowych i
        rozprowadzał je wśród kolekcjonerów całego świata. Utrzymywał przyjacielskie
        stosunki z dyktatorem, generałem Alfredo Stroessnerem. W 1965 roku paragwajska
        prasa oskarżała go o nielegalne wzbogacenie się. W 1967 roku przeniósł się do
        Urugwaju. Dorobił się (nie wiadomo jak) olbrzymiej fortuny, jest
        multimilionerem.

        Odznaczenie dla prezesa
        Pod koniec lat osiemdziesiątych Kobylański zajął się działalnością polonijną.
        Stworzył Unię Stowarzyszeń i Organizacji Polskich w Ameryce Łacińskiej
        (USOPAŁ), której do dziś jest prezesem.

        - To organizacja fasadowa - mówi Jarosław Gugała, były ambasador RP w
        Urugwaju. - Kilkanaście osób raz do roku przyjeżdża do posiadłości
        Kobylańskiego nieopodal Punta del Este. Prezes otrzymuje zwykle dofinansowanie
        ze Wspólnoty Polskiej lub Senatu. Najgorsze jest, że na tych zjazdach w
        obecności parlamentarzystów z kraju Kobylański wygłasza haniebne uwagi godzące
        w polską rację stanu. To tolerują goście z Polski, by nie urazić gospodarza.

        W latach dziewięćdziesiątych pierwszy raz od ponad pół wieku Kobylański
        odwiedził Polskę. Nawiązał kontakty z krajowymi politykami. Ze szczególnymi
        względami podejmował go peeselowski marszałek Senatu Adam Struzik.

        W 1995 roku Kobylańskiego odznaczono w Ambasadzie RP w Buenos Aires Krzyżem
        Oświęcimskim.

        Zaprzyjaźnić się albo postraszyć
        Ryszard Schnepf przyjechał do Urugwaju jako ambasador na jesieni 1991 roku. Po
        wręczeniu listów uwierzytelniających zgodnie z tradycją składał kwiaty pod
        pomnikiem bohatera narodowego w Montevideo. Nie zjawił się tam nikt z
        miejscowej Polonii. Okazało się, iż Kobylański zawiadomił wszystkich, że
        uroczystość została odwołana. To była próba sił z nowym ambasadorem. Schnepf
        zdumiony dowiedział się, że jego poprzednik otrzymywał od Kobylańskiego gotowe
        listy osób do odznaczeń, które wysyłał do centrali w Warszawie. Był uległy
        wobec prezesa.

        W 1991 roku Urugwaj odwiedził szef MSZ Krzysztof Skubiszewski. Kobylański
        usłyszał o finansowych kłopotach ministerstwa. Zaproponował Skubiszewskiemu, że
        zasili kasę MSZ kilkoma milionami dolarów. Minister odmówił. - Kobylański
        zabiegał, aby ponad głowami ambasadorów decydować o polskich interesach w
        Ameryce Południowej - uważa Schnepf.

        Przez Mieczysława Wachowskiego zwrócił się do odwiedzającego Urugwaj Lecha
        Wałęsy, że wesprze 200 tysiącami dolarów jego kampanię wyborczą. W zamian
        oczekiwał, że będzie wyznaczał polskich ambasadorów w Ameryce Łacińskiej.
        Wałęsa odpowiedział, że jeśli Kobylański tak go ceni, to niech wpłaci pieniądze
        na jego kampanię, ale bez warunków. - Rozmawiałem z Lechem Wałęsą i
        potwierdził, że Kobylański składał mu taką propozycję - mówi Schnepf.

        Ambasador szybko przekonał się, że ma do czynienia z nieobliczalnym
        człowiekiem. - Jego żywiołem jest walka, gra polityczna w najgorszym tego słowa
        znaczeniu. Watażka, podejrzliwy, manipulujący ludźmi, skłóca każdego z każdym.
        Bardzo mściwy - wspomina Schnepf. Gdy dostał nominację na ambasadora Kostaryki,
        Kobylański chciał to zablokować. Napisał do kostarykańskich władz donos
        odsądzający dyplomatę od czci i wiary. Nic nie wskórał, ale Schnepf odczuł
        atmosferę, jaką donos wywołał.

        W 1999 roku do Montevideo przyjechał jako ambasador Jarosław Gugała. Przed
        wyjazdem dostał polecenie od ówczesnego szefa MSZ Bronisława Geremka, aby
        załagodził sprawy z Kobylańskim. Odbył pierwsze spotkanie.

        - Na dzień dobry usłyszałem od Kobylańskiego: "Myśmy pana sprawdzili bardzo
        dokładnie. Nic na pana nie mamy" - wspomina Gugała. Przez pół roku usiłował
        zapanować nad zaognioną sytuacją, ale się nie udało. Kobylański - zdaniem
        Gugały - zna tylko dwa poziomy relacji z ambasadorami. Uznaje, że może być
        silniejszy, i usiłuje dyplomatą pomiatać albo, doceniając siłę ambasadora,
        stara się z nim zaprzyjaźnić. Gdy się to nie uda, zaczyna szkodzić.

        - Na moich kolegów ambasadorów w Ameryce Łacińskiej pisał listy pełne kłamstw
        do prezydenta RP, do Wspólnoty Polskiej, do Senatu - opowiada Gugała. - Mnie
        zarzucał na przykład, że nie znam języka hiszpańskiego i dlatego jestem
        niekompetentny. Skończyłem iberystykę. Hiszpański znam prawie jak polski.
        Lepiej niż Kobylański. Wszyscy dla niego są Żydami i masonami. Opowiadał bzdury
        o swoich kontaktach z Wałęsą, o rzekomych wpływach w kancelarii Kwaśniewskiego.

        W 2000 roku Władysław Bartoszewski, wówczas minister spraw zagranicznych, na
        wniosek Gugały pozbawił Kobylańskiego funkcji konsula honorowego RP w Urugwaju
        za walkę z polskimi dyplomatami w Ameryce Południowej i krytykę polskiego rządu.

        Cenna lista
        Ostatni, X Kongres USOPAŁ w listopadzie ubiegłego roku odbył się w rezydencji
        Kobylańskiego w Punta del Este. Gościła na nim grupa polityków z kraju.

        -
    • lodz123 Nalezy rowniez pociotkow moskiewskich rozliczyc!! 21.03.05, 17:44
      Takich jak PKWN, PPR, PZPR, SB, UB, ORMO, MO, ZMS i tak dalej. Nalezy takich
      zdrajcow jak miller, kwas, balcerowicz, bierut, gierek, gomulka, jaruzel i
      innych spod znaku targowicy takze rozliczyc a jesli nie zyja to opluc i
      zochydzac bo to byli i sa sprzedawczyki. Jak kolaborantow hitlerowskich to
      takze moskiewskich nalezy ukarac.
    • Gość: Patriota KOBYLANSKI MA CZYSTE SUMIENIE IP: *.dip.t-dialin.net 21.03.05, 17:50
      W przeciwienstwie do tej choloty walczacej z polskoscia !
      Gdyby sie okazalo,ze wydal paru Zydow ,to uczynil to
      z milosci do Polski.Wizjoner,przewidujacy stalinowski
      rezim i jego siepaczy z UB.Polacy powinni wtedy wszystkich
      wydac.Takie bylo prawo.Nie mielibysmy teraz z wami problemow !
      Dziekuje za przeczytanie slow prawdy !!!