Gość: henio56 IP: *.comnet.krakow.pl 30.11.03, 21:41 Czy Rydzyk też jest honorowym obywatelem Torunia ? Odpowiedz Link Zgłoś czytaj wygodnie posty
Gość: pon Re: Jezuita Władysław Wołoszyn honorowym obywatel IP: 158.75.8.* 01.12.03, 08:33 Znam o.Wołoszyna od 20 lat i zapewniam Cię, Heniu, że z Rydzykiem nie ma on tyle wspólnego Zamek Królewski z zamkiem Gerda. Wołoszynowi gratuluję raz jeszcze, a Tobie proponuję zweryfikować ciasne schematy. Pozdrawiam. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: krotki Re: Jezuita Władysław Wołoszyn honorowym obywatel IP: *.torun.mm.pl 01.12.03, 09:22 a mnie jak zwykle rozbawiają komunści - Zaleski właził w dupę Wołoszynowi jakby nie pamiętał co wygadywał na zebraniach na Jego temat - jak był w zarządzie młodzieżowej przybudówki PZPR - o walce ideologicznej o wyrywani młodych spod wpływu Wołoszyna a teraz mu wręcza i liże wiadomo co- co za wyjątkowa szmata tean nasz prezydent Pozdrawiam Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Mirek Kwiatkowski Zasłużył na ten tytuł i gratuluję Mu z całego IP: *.zsmeie.torun.pl 01.12.03, 11:36 serca. To była osoba, która promieniowała na całe miasto. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Mariusz Bondarczuk Kustosz Wolnej Polski IP: *.przasnysz.sdi.tpnet.pl 06.12.03, 20:41 Kustosz Wolnej Polski Wchodziło się tam od ul. Piekary 24 po kilku stopniach do wysokiego korytarza i dalej schodami na II piętro. Za drzwiami na powierzchni zaledwie kilkudziesięciu metrów pokrytych ciemną wykładziną leżała Wolna Polska Toruńska. Bywałem tam niemal co tydzień w okresie 1966-1971 jako student, a później przez kolejne trzy lata już niemal codziennie jako sekretarz Klubu Inteligencji Katolickiej. Ale cóż znaczyłoby to miejsce bez kogoś, kto nadawał mu tak niezwykłą rangę i znaczenie. Osobą tą był Władysław Wołoszyn, Jezuita, akademicki duszpasterz, „Tedy”, jak mówili o nim ci, którzy byli najbliżej. Ale najczęściej powtarzanym określeniem był „ojciec”, bo tak zwyczajowo zwracają się wierni do zakonnika. Dziś z kilkudziesięcioletniej perspektywy, kiedy zatarło się już wiele wspomnień, a patyna czasu pokryła ich ostre krawędzie, myślę o Ojcu Władysławie na inne jeszcze sposoby. Jawi mi się on - co zabrzmi nieco patetycznie - jako kustosz tamtej Wolnej Polski Toruńskiej. Bo przecież ci, którzy pięli się przez lata na jego zaproszenie po drewnianych schodach jezuickiej kamienicy, zaludnili po 1989 roku niemal co do joty pierwsze strony ogólnopolskich gazet wolnych już od cenzury ogólnopolskich. Bywali tu późniejsi premierzy, ministrowie, i marszałkowie obu izb, znamienici teologowie, filozofowie, publicyści, pisarze, artyści. Żeby zorganizować w 1972 roku w Muzeum Etnograficznym kilkugodzinny Przyczółek Niepodległości ze Stefanem Kisielewskim na czele, potrzebne były wielomiesięczne zabiegi także z udziałem ówczesnego posła koła „Znak” Tadeusza Mazowieckiego. Pamiętam jak dziś, kiedy po udanych pertraktacjach, które umożliwiły zaproszenie do Torunia Kisiela na oficjalne, publiczne spotkanie, wyszliśmy z bydgoskiego Urzędu do Spraw Wyznań, a towarzyszący Mazowieckiemu mój poprzednik na KIK-owskim stolcu Stefan Frankiewicz (dziś b. ambasador RP przy Stolicy Apostolskiej) powiedział mi na osobności: - Gdyby to były inne czasy, Tadeusz na pewno zostałby premierem. Ojciec Władysław Wołoszyn jawił mi się w tamtych latach jako człowiek bardzo poważny. Miałem nawet wrażenie, (tu pewnie się mylę), że on nie umiał się cieszyć. Nie znaczy to jednak, że nie potrafił się radować. Bywaliśmy często studencką paczką na seansach popularnego wówczas w środowisku akademickim DKF- u (Dyskusyjnego Klubu Filmowego). Zabieraliśmy na niektóre seanse Ojca Władysława. Kiedy na widowni zapalało się światło, po niektórych projekcjach w oczach Tedy`iego dostrzegałem błysk radości. Za chwilę słyszałem komentarz: - Z tego filmu da się zrobić co najmniej trzy kazania. Bez wątpienia Ojcu Władysławowi zawdzięczam w dużej mierze to, iż nie utonąłem w bagnie PRL-owskiego systemu. Kiedy zostałem „funkcjonariuszem” toruńskiego KIK-u musiałem się znaleźć nolens volens w orbicie zainteresowania Służby Bezpieczeństwa. Byłem od samego początku (o czym mogę dziś czytać w swojej teczce obejmującej lata 1971-1989, którą udostępnił mi niedawno IPN) „opracowywany jako kandydat na tajnego współpracownika”. Bezpieka dysponowała bogatym arsenałem środków służących do pozyskiwania donosicieli. Z pewnością najlepsze efekty przynosiło osaczenie i szantażowanie ofiary, a także odcięcie jej od rodzimego środowiska. Podobny scenariusz zastosowano także wobec mnie. Ojciec Władysław otrzymał od szefa ówczesnego Naczelnego Dziekanatu Ludowego Wojska Polskiego, poufną informację, że pozostaję na usługach SB. Ta sensacyjna wiadomość opatrzona była załącznikiem w postaci kolportowanej rzekomo przeze mnie odezwy głoszącej, że Jezus był pierwszym komunistą. Elaborat ten miałem wystukać na klubowej maszynie do pisania. Przez kilka miesięcy, nic o tym nie wiedząc, znajdowałem się pod kloszem podejrzeń środowiska toruńskiego KIK-u. W końcu ktoś powiedział mi mimochodem o owych „rewelacjach”. A ja poszedłem z tym prosto do Ojca Wołoszyna podobnie jak robiłem to za każdym razem, gdy miałem wizyty, czy telefony od „smutnych panów”. To był naturalny niejako sposób obrony i szukania duchowej pomocy, który okazał się skuteczny. Jak wynika z mojej teczki byłem kiepskim kandydatem na tajnego współpracownika, bo o nachodzeniu mnie przez SB-ków informowałem stale swoich toruńskich przyjaciół. Miałem rzecz jasna telefon na podsłuchu, a z tego co mi wiadomo istnienie podsłuchu w toruńskim DA ujawnił już po 1989 roku wywodzący się z Torunia, czy też Bydgoszczy Zbigniew Nowek, ostatni szef Urzędu Ochrony Państwa. Opuściłem Toruń prawie 30 lat temu. Staram się przynajmniej raz w roku, choćby na kilka godzin odwiedzić to miasto. Wchodzę zawsze do kościoła pw. Św. Ducha i Św. Stanisława Kostki, skądinąd mojego krajana, który został ochrzczony w tym samym przasnyskim kościele co i ja. „Do wyższych rzeczy jestem stworzony” – to była Kostkowa dewiza, ale także w gruncie rzeczy przesłanie, którym kierował się w swojej działalności duszpasterskiej Ojciec Władysław Wołoszyn, zawsze skromny, nigdy nie wywyższający się, cichy moderator ludzkich dusz. Jest i pozostanie on osobą niezwykle ważną w moim życiu. Kim byłbym dziś, gdybym go nie poznał? Nie umiem oczywiście odpowiedzieć sobie na to pytanie, a może nawet boję się to uczynić. Wiem jedno, Miałem szczęście, że Cię spotkałem Ojcze Władysławie. Mariusz Bondarczuk, dziennikarz, wydawca Przasnysz Odpowiedz Link Zgłoś