Uniwersytet oszczędza na zajęciach po angielsku

IP: *.chello.pl 22.04.10, 09:52
Chociaż jestem absolwentem UWr muszę niestety stwierdzić, że jest on
po prostu prowincjonalny i to w w skali Polskiej, np.w porównaniu z
Uniwersytetem Warszawskim, który jest z kolei głęboką uniwersytecką
prowincja świata (5-ta setka). A więc prowincja prowincji, gdzie,
dla przykładu, władzom uczelni nawet nie przychodzi do głowy by
płacić uczonym za tłumaczenia artykułów, które chcieliby opublikować
w międzynarodowych czasopismach. To jest bylejaka dydaktyka i nauka
w całkowitej zapaści.
    • Gość: turysta Uniwersytet oszczędza na zajęciach po angielsku IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 22.04.10, 10:10
      Duzy krok wstecz.

      " Gonimy " Europe.
    • Gość: kolo Re: Uniwersytet oszczędza na zajęciach po angiels IP: *.wroclaw.dialog.net.pl 22.04.10, 10:14
      Całkowicie się zgadzam. To nie Uniwersytet, to urząd, a wykładowcy
      to w większości zwyczajni urzędnicy. Prywatyzacja UWr to dla niego
      jedyny ratunek.
    • trzy.14 Re: Uniwersytet oszczędza na zajęciach po angiels 22.04.10, 10:30
      Płacić uczonym za tłumaczenia artykułów, które chcieliby opublikować
      w międzynarodowych czasopismach? A dlaczegoż ci "uczeni" od razu nie piszą i
      publikują w czasopismach międzynarodowych w ramach podstawowych obowiązków
      pracowniczych?
      • Gość: fizyk Re: Uniwersytet oszczędza na zajęciach po angiels IP: *.ifd.uni.wroc.pl 22.04.10, 10:50
        Fizycy (i nie tylko oni) publikują po angielsku
        bez dyskusji.
        • elektryczny.klecznik Re: Uniwersytet oszczędza na zajęciach po angiels 22.04.10, 13:35
          Rzeczywiście, o ile się jako tako orientuję, nauki ścisłe są mniej czerstwe i
          wydajniej otwierają się na świat nauki.

          Reszta gnije, pisząc po polsku, które to prace lądują później w piwnicach
          wydziałów. I, aby po nie sięgnąć, trzeba starać się o zgodę. Dramat.
      • wari Re: Uniwersytet oszczędza na zajęciach po angiels 22.04.10, 11:38
        trzy.14 napisał:

        > Płacić uczonym za tłumaczenia artykułów, które chcieliby opublikować
        > w międzynarodowych czasopismach? A dlaczegoż ci "uczeni" od razu nie piszą i
        > publikują w czasopismach międzynarodowych w ramach podstawowych obowiązków
        > pracowniczych?

        Z tego samego powodu z jakiego szkoli się językowo nieodpłatnie wojskowych,
        policjantów, celników i przedstawicieli innych zawodów. Nie widzę powodu
        dlaczego naukowcy (poza filologami) mieliby za własne pieniądze uczyć się
        języków obcych. Poza tym naiwna jest wiara, że jak po angielsku, to lepsze.
        Pomijam fakt, że tłumaczenie na angielskijest w przypadku wielu dziedzin
        naukowych bezsensowne.
        • Gość: bezimienny Re: Uniwersytet oszczędza na zajęciach po angiels IP: *.bihz.up.wroc.pl 22.04.10, 15:00
          O ile się nie mylę, to jest wymóg znajomości co najmniej jednego
          języka obcego przez wszystkich nauczycieli akademickich, począwszy
          od doktorantów, dlatego nie ma takiej potrzeby by ktoś im tłumaczył
          prace naukowe
          • sselrats To uczeni nie chodzili do szkoly 22.04.10, 17:20
            i dlatego nie znaja jezykow?
          • Gość: Arek Re: Uniwersytet oszczędza na zajęciach po angiels IP: *.wroclaw.mm.pl 22.04.10, 17:36
            A może zafundować wszystkim pracownikom naukowym sprawdzianik znajomości języka angielskiego w ramach okresowej oceny kompetencji zawodowych? Od razu zwolniłoby się mnóstwo etatów, które będzie można zapełnić bezrobotnymi absolwentami studiów doktoranckich (oczywiście tymi ze zdanym egzaminem z języka obcego).
            • wari Re: Uniwersytet oszczędza na zajęciach po angiels 22.04.10, 19:03
              Niestety prowincjonalność nie tylko uniwersytetu, ale też absolwentów i tzw.
              szerokiej publiczności znajduje potwierdzenie w wypowiedziach. Oto bowiem
              znajomość angielskiego ma być decydującym kryterium pracy naukowej! Zgadzam się,
              ale chyba na filologii angielskiej! Gdyby zastosowac kryterium, że każdy badacz
              ma znać język obcy biegle w mowie i piśmie, to "kosimy" tak z połowę noblistów,
              bo znali, biedacy, tylko swój język ojczysty. Ta metoda można będzie przyjąć na
              stanowiska naukowe wracająca ze "zmywaków" młodzież wracającą z Londynu. Ja tam
              wolę naukowców znających przede wszystkim dziedzinę, którą się zajmują,
              pasjonatów i tych, którzy umieją zarazić pasją innych. Nie wyklucza to
              znajomości angielskiego, ale też nie może stanowić kryterium "mądrości".
              Nawiasem mówiąc, kolega (nauki przyrodnicze) pisząc doskonały doktorat korzystał
              z prac w 8 językach (tłumacząc w większości sam), a żadnego z nich nie znał w
              mowie. Wolę takich niż "anglistów" z pustą głową.
              • Gość: Arek Re: Uniwersytet oszczędza na zajęciach po angiels IP: *.wroclaw.mm.pl 22.04.10, 22:48
                Bzdury piszesz. Nikt tu nie pisze, że znajomość angielskiego ma być decydującym kryterium pracy naukowej, ani tym bardziej kryterium "mądrości" (polecam najpierw słownik w celu zapoznania się, co ten termin oznacza). Ale chcąc nie chcąc, jest to podstawowe narzędzie pracy, język komunikowania się w nauce, tak jak znajomość matematyki u fizyków. Podaj mi nazwisko choć jednego współczesnego noblisty w nauce, który nie zna języka angielskiego.

                I skąd wiesz, że ten kolega napisał "doskonały doktorat"? Bo tak mu powiedział jego promotor i kolega promotora, czyli recenzent? Żeby się dowiedzieć, czy doktorat jest dobry, trzeba napisać publikację i wydrukować go w renomowanym ("niestety" anglojęzycznym!) czasopiśmie naukowym. Ale nie znając dobrze angielskiego, tego pewnie kolega nie zrobił.
          • hugow Re: Uniwersytet oszczędza na zajęciach po angiels 22.04.10, 21:51
            lecz nie jest to obowiązek angielskiego
            osobiście po angielsku sam sobie piszę ale na rosyjski tłumaczenie
            zlecam
    • Gość: Ang. wykładowca Uniwersytet oszczędza na zajęciach po angielsku IP: *.tktelekom.pl 22.04.10, 11:01
      Warto poruszyć jeszcze jedną kwestię związaną z zajęciami po angielsku na
      UWr.: mianowicie planowane rozporządzenie zabijające programy pełnych studiów
      anglojęzycznych, z których z założenia mieli korzystać nie tylko studenci
      zagraniczni, ale i polscy, którzy dzięki temu nabyliby umiejętność
      funkcjonowania w środowisku anglojęzycznym w swojej dziedzinie - nie trzeba
      się rozwodzić, że daje to lepsze perspektywy pracy, studiów zagranicznych,
      doktoranckich itd. A przy okazji można przyciągnąć studentów zagranicznych,
      którzy z pewnością ożywiliby trochę miejscowe środowisko. Władze uniwersytetu
      planują mianowicie wprowadzenie odpłatności za takie studia dla polskich
      studentów na równi z obcokrajowcami: ponad 2000 EURO za semestr! Kto z Polaków
      będzie chciał ponosić takie koszty? Nie będzie studentów, nie będzie studiów,
      zagraniczni nie będą mieli do czego przyjeżdżać. I nie będą zapraszać naszych.
      Staniemy się jeszcze większą prowincją :(

      A na marginesie: Na UWr. dotąd też istnieje możliwość liczenia jednej godziny
      zajęć po angielsku za dwie normalne, ale to bajka, że dzięki temu można
      prowadzić mniej zajęć, bo pracowników jest generalnie za mało w stosunku do
      liczby zajęć do przeprowadzenia, więc i tak trzeba brać nadgodziny.

      I na marginesie marginesu: Podane stawki są stawkami brutto - co nie znaczy,
      że są niskie, ale tak gwoli jasności. Poza tym nawet gdyby pracownicy
      "zachowali się racjonalnie" - jak chce Rektor - i "schylili się" po zwykłą
      stawkę za godzinę (nie 200, nie 100, tylko ok. 30 zł), to studenci i tak będą
      musieli płacić tyle samo.
    • Gość: gosc Uniwersytet oszczędza na zajęciach po angielsku IP: 141.14.245.* 22.04.10, 11:09
      Kiedys cos podobnego zdazylo sie na Politechnice, ludzie zachodzili w
      glowe co jest, czy jakis beton to wymusił czy jak?

      Aż pewnego dnia spytałem o to przy okazji jednego z prorektorów PWr i
      uzyskałem taką odpowiedź: "dlaczego mielibyśmy płacić więcej za coś
      co powinno być standardem minimum? - za chwilę Ci, którzy nie chcą
      prowadzić zajęć po angielsku nie będą tu po prostu pracować".

      I tyle w temacie. Pozdrowienia dla prof. Cacha, niech UWr nie
      panikuje, macie naprawdę niegłupiego człowieka na stołku, tylko
      musicie skruszyć beton na wydziałach.
      • Gość: Arek Re: Uniwersytet oszczędza na zajęciach po angiels IP: *.wroclaw.mm.pl 22.04.10, 11:26
        Zawsze mi się wydawało, że dobra znajomość angielskiego to minimum, bez którego nie jest możliwe uprawianie nauki. Czy ktoś może mi wyjaśnić, na czym polega większa trudność i pracochłonność przygotowania zajęć po angielsku? Jak ci naukowcy w takim razie bez dobrej znajomości angielskiego czytają zagraniczną literaturę naukową, piszą artykuły, jeżdżą na konferencje, dogadują się z innymi naukowcami spoza Polski itp.?

        Poza tym nie zapominajmy, że "godzina" pracy na uniwersytecie to w rzeczywistości tylko 45 min. Jak komuś nie pasuje 100 zł za 45 min. pracy, to zawsze może sobie poszukać pracy gdzie indziej. Chętnych na etat na uczelnie nie brakuje.
        • Gość: fizyk2 Re: Uniwersytet oszczędza na zajęciach po angiels IP: *.217.146.194.generacja.pl 22.04.10, 11:41
          zgadzam się, że angielski, jego znajomość, winien być podstawą każdego naukowca.
          I nie powinno być problemu, z wykładami czy prowadzeniem zajęć w tym języku.
          Niestety jest wielu pracowników na UWr, naukowców, którzy po prostu nie znają
          angielskiego nawet na poziomie komunikatywnym..., ale to dotyczy chyba
          najbardziej słynnego wydziału prawa, ekonomii i administracji,...

          Co do wyceny zajęć. Często przygotowanie zajęć 45 minutowych czy to po polsku
          czy angielsku (to nie ma znaczenia, bo chodzi o meritum a nie język) może
          kosztować nawet cały dzień czasu..., np. na fizyce, warto o tym pamiętać, gdy
          się wycenia czas na zasadzie godzin ;)
        • wari Re: Uniwersytet oszczędza na zajęciach po angiels 22.04.10, 11:51
          Nie zauważyłem, żeby na niemieckich, czeskich, włoskich czy francuskich
          uczelniach masowo odbywały się zajęcia po angielsku. Wszędzie są to tylko
          niektóre kierunki i nie jest to główny język wykładowy. Nie ma co wpadać w
          histerię. Facet od naprawiania zamków w drzwiach bierze 100 zł za 5-10 minut
          pracy. Na niektórych wydziałach adiunkt zarabia połowę tego, co murarz na
          budowie i 20% tego, co kierowca autobusu dowożącego pracowników na budowę w
          dużej firmie budującej drogi. Jeśli więc adiunkt będzie zamiast 2500 zł,
          zarabiał 10 tys. zł, + jeśli liczba kadry nauczającej wzrośnie proporcjonalnie
          do liczby studentów i skończy się polityka przyjmowania każdego, kto chce
          studiować, to zacznijmy wtedy gadać o jakości nauczania, oczekiwaniach i językach.
          • Gość: wole-anonimowosc Re: Uniwersytet oszczędza na zajęciach po angiels IP: *.lanet.net.pl 17.10.10, 10:40
            Zgadzam się z Tobą w pełni. Wówczas pracownik uczelni nie musi wybierać między rozwojem naukowym a poszukiwaniem sposobów (finansowych), aby utrzymać rodzinę. Nie mówiąc już o motywacji do pracy.
        • titta Re: Uniwersytet oszczędza na zajęciach po angiels 22.04.10, 11:59
          Godzina wykladu to nie 45 minut. Dobra zasada jest liczenie
          podwojie: kazda godzina wykladu czy zajec dzydaktycznych wymagaja co
          najmniej tyle samo czasu na przygotowanie. (W przypadku wykladu
          znacznie wiecej, ale rownowarzy sie to z innymi, mniej
          czasochlonnymi zajeciami).
          • Gość: Arek Re: Uniwersytet oszczędza na zajęciach po angiels IP: *.wroclaw.mm.pl 22.04.10, 13:08
            No tak, ale program zajęć przygotowuje się raz, a później co roku odklepuje. Inna sprawa, co na tych zajęciach się robi: czy cały czas prowadzi je wykładowca, czy też to studenci przedstawiają np. swoje referaty. Znając poziom dydaktyki w UWr, podejrzewam, że to drugie.
            • Gość: martie Re: Uniwersytet oszczędza na zajęciach po angiels IP: *.ssp.dialog.net.pl 22.04.10, 20:23
              Razy dwa to jest w kolejnym roku (aktualizacja). Przygotowywanie to razy 4 lub
              więcej. No i wykład to wykład, a nie seminarium czy inna inszość
              • Gość: Arek Re: Uniwersytet oszczędza na zajęciach po angiels IP: *.wroclaw.mm.pl 23.04.10, 00:02
                Skoro "naukowcy" mają czas na odwalanie chałtur na innych uczelniach, to widać przygotowywanie zajęć w praktyce nie jest specjalnie czasochłonne. Ciekawe, czy kasjerka hipermarketu znalazłaby czas na drugi czy trzeci etat, a ona chyba jeszcze mniej zarabia, czyż nie?
        • Gość: Postdoctor Re: Uniwersytet oszczędza na zajęciach po angiels IP: *.as.kn.pl 22.04.10, 19:39
          Egzamin doktorski obejmuje egzamin z bardzo dobrej znajomości języka
          obcego. A że w praktyce wygląda to tak, jak wszędzie: egzamin się
          zdaje, języka się nie zna, to już inna sprawa, a przede wszystkim
          sprawa samych uczonych, którzy przecież taki egzamin kiedyś
          zaliczyli.
      • Gość: martie Re: Uniwersytet oszczędza na zajęciach po angiels IP: *.ssp.dialog.net.pl 22.04.10, 20:27
        > coś co powinno być standardem minimum?

        ta... tylko kto na te obcojęzyczne wykłady będzie chodził...

        (ostatnio mając do wyboru ten sam wykład w języku polskim, lub angielskim,
        pierwszy wybrało 60 osób, drugi - 7)
    • Gość: akoj23 Uniwersytet oszczędza na zajęciach po angielsku IP: *.dawid.uni.wroc.pl 22.04.10, 11:53
      Juchnowski jak zwykle proponuje znaleźć pieniądze obcinając administrację. To
      już jest nudne panie pseudonaukowcu...
      • Gość: kloc Re: Uniwersytet oszczędza na zajęciach po angiels IP: *.meteo.uni.wroc.pl 22.04.10, 13:54
        no to akurat ZAWSZE dobry pomysl
        • Gość: gosc Re: Uniwersytet oszczędza na zajęciach po angiels IP: 141.89.226.* 22.04.10, 14:54
          Inna sprawa, ze UWr jest najbardziej efektywna kosztowo organizacja w
          regionie jesli chodzi o administracje...
      • Gość: Postdoctor Re: Uniwersytet oszczędza na zajęciach po angiels IP: *.as.kn.pl 22.04.10, 19:42
        I słusznie! Administracji na uniwersytecie jest bezwzględnie za
        dużo. W żadnej prywatnej firmie czegoś takiego nie ma!
    • vikmik łał! 100zł za godzinę! 22.04.10, 11:55
      czyli jakieś 25euro. wystarczy na pizzę i szklankę piwa na wycieczce do paryża
      czy innego rzymu. Ups, zapomniałem odjąć podatek i zus. Zostaje 15 euro. No
      dobra, to tylko na pizzę wystarczy. Albo żeby wejść na wieżę eiffla.

      Nic dziwnego, że polska nauka leży, skoro naukowcy muszą dorabiać na 10
      uczelniach, bo jedna im łaskawie płaci 100pln brutto za godzinę.

      Jak dla mnie to mogą zarabiać i 200pln doktorzy na godzinę, tylko niech siedzą
      w jednej uczelni, niech będą dostępni dla studentów i niech nie latają z
      wywieszonym językiem (niekoniecznie angielskim) do następnej chałtury.
      • Gość: wolę-anonimowosc Re: łał! 100zł za godzinę! IP: *.lanet.net.pl 17.10.10, 10:33
        To i tak dobrze! Magister za godzinę zajęć otrzymuje ok 30 pln (minus podatek i składki).
    • titta Re: Uniwersytet oszczędza na zajęciach po angiels 22.04.10, 11:56
      Dziwne to. Rozumiem, ze ludzie chca wiecej zarabiac ale
      twierdzenie,ze wyklad po angielsku wymaga wiecej wysilku? Literatura
      specjalistyczna jest po angielsku, poblikuje sie po angielsku (tak
      to przynajmniej powinno wygladac w teori) vide - to tlumaczenie na
      polski wymaga wiecej czasu i wysilku.
      Na uniwersytece na ktorym pracuje, to czy dane
      zajecia/seminaria/wyklady beda po angielsku czy w narodowym jezyku
      decyduje sie czesto w ostatniej chwili w zaleznosci od tego czy
      wszyscy sluchacze rozumieja miejscowy jezyk. Zdazalo sie, ze
      wchodilam gdzies spozniona i prowadzacy w tym momecie przechodzil na
      angielski. Analogicznie, studenci nie musza i nie sa informowani
      wczesniej ze dany wyklad/zajecia beda po angielsku. (Przy zapisach
      uprzedza sie natomiast, ze zajecia sa wylacznie w narodowym jezyku).
      Dobra znajomosc angielskiego jest bezwzglednym warunkiem przyjecia
      na studia. Wszak wiekszasc podrecznikow (przynajmniej na wydzialach
      scislych) jest po angielsku.
      Co ciekawe w Polsce pod tym wzgledem bywa podobnie: gdy studiowalam
      na UW 10 lat temu, z kilku przedmiotow podstawowy podrecznik byl
      angielskojezyczny. Jak maja sobie radzic ci, ktorzy tego jezyka nie
      znaja?
      • Gość: kloc Re: Uniwersytet oszczędza na zajęciach po angiels IP: *.meteo.uni.wroc.pl 22.04.10, 13:37
        wg mnie problem w tym ze nie chca dostawac mniej za ta sama robote co do tej
        pory, a nie ze chca wiecej. poza tym to chyba do tej pory zajecia anglo nie
        wlaczane byly do pensum, wiec oprocz "normalnych" nadgodzin dostawalo sie anglo
        - bo ktos to musi robic. zadne wyroznienie, raczej problem dla tych, co ruszyli
        paluchem i sie nauczyli angielskiego (zreszta bez wsparcia uczelni). na uczelni
        jak zwykle sprawdza sie zasada - nie wychylac sie: nie znac angielskiego (lub
        znac slabo, zeby nie bylo ze wogole), nie pisac artykulow, nie robic habilitacji...
    • wari Re: Uniwersytet oszczędza na zajęciach po angiels 22.04.10, 12:03
      Gość portalu: halfliner napisał(a):

      > Chociaż jestem absolwentem UWr muszę niestety stwierdzić, że jest on
      > po prostu prowincjonalny i to w w skali Polskiej,

      Faktycznie jest prowincjonalny, ale także szkoła podstawowa do której chodziłeś
      musiała być prowincjonalna, skoro nie nauczono Cię zasad pisania przymiotników
      utworzonych od nazw krajów, a sam na to nie wpadłeś.
      W linku podaję spis niektórych zasad ortograficznych dla szkół podstawowych
      (polecam szczególnie punkt 11):
      www.oke.krakow.pl/inf/filedata/files/orto_inte_je.pdf

    • elektryczny.klecznik No to po zabawie 22.04.10, 13:33
      I to by było na tyle, jeśli chodzi o całe to pieprzenie z otwieraniem polskiej
      nauki na zachód i otwieraniem się na zachód w ogóle.

      O ile się orientuję, środowisko naukowe powinno być w stanie wymieniać się
      doświadczeniami, integrować miedzy sobą, mieszać. Podstawą do tego jest
      aktualnie język angielski. Jeśli rektor byłby łaskaw mniej kasy poświęcić na
      żenujące Juwenalia, może znalazłoby się ciut więcej grosza dla tej garstki
      ratujących nasze uczelnie przed kompletną kompromitacją wykładowców
      anglojęzycznych. Ż E N A D A i cyrk.

      Kolejny dowód na zachowawczy, konserwatywny, zaściankowy charakter polityki
      aktualnie nam miłosiernie panującego rektora.
      • Gość: gosc Re: No to po zabawie IP: 141.89.226.* 22.04.10, 14:58
        A ja powtorze, nie wiem czemu mieliby dostawac wiecej. Powinni dostac
        wybor: masz dwa lata, uczysz sie jezyka i zaczynasz normalnie
        publikowac po angielsku tak zeby ktos to czytal, podobnie z wykladami
        albo masz 2 lata na uporzadkowanie swoich grantow i spraw i zmiane
        uczelni, a na twoje miejsce wchodza mlodsi, moze bez habilitacji ale za
        to pracowici.
        • wari Re: No to po zabawie 22.04.10, 19:14
          A ja powtórzę, dlaczego naukowcy mieliby być inaczej traktowani niż inne służby
          państwowe. Podobnie jak dla wojska, policji powinny byc bezpłatne, na dobrym
          poziomie lektoraty dla wykładowców, od których wymaga się angielskiego.
          Jest wiele osób, które mają słabe zdolności językowe, z różnych powodów nie
          znają angielskiego a są świetne w swojej dziedzinie, daleko wyprzedzając
          "angielskojęzycznych" kolegów. Do korzystania z literatury obcojęzycznej nie
          trzeba znać języka, wielu naukowców zna angielski tylko w piśmie, bo korzysta z
          literatury a nie w mowie. Wole, żeby skupili się na swojej pasji niż na wkuwaniu
          słówek dla grupki niedowartościowanych studentów.
          • Gość: edek Re: No to po zabawie IP: 188.141.29.* 22.04.10, 23:37
            >nają angielskiego a są świetne w swojej dziedzinie, daleko wyprzedzając
            >"angielskojęzycznych" kolegów.


            szkoda ze swojej swietnosci nie prezentuja na zewnatrz tak aby ich
            angielskojezyczni koledzy o nich ulyszeli
          • Gość: Arek Re: No to po zabawie IP: *.wroclaw.mm.pl 22.04.10, 23:50
            Odpowiedź jest prosta: z tego powodu, że zdanie egzaminu z języka obcego jest obecnie warunkiem dopuszczenia do obrony doktoratu. Tak więc ten język oni powinni już znać!
            • Gość: dr house jasssssne IP: *.nat.umts.dynamic.eranet.pl 25.04.10, 05:01
              Czyli rusycysta o jezyku rosyjskim pisac powinien artykuly po
              angielsku, mimo, ze pisze je dla Polakow i Rosjan, a publikuje w
              rosyjskim czasopismie? To samo dotyczy romanisty, germanisty, rzeszy
              historykow, ktorzy np. Dajmy na to maja kaprys zajmowac sie Niemcami
              czy Francja... zanim mi ktos zarzuci, ze to margines - mowimy tu o
              jakiejs 1/5 akademickiej braci..
              NIE MA obowiazku znania angielskiego, nalezy tylko znac 1 jezyk obcy.
              Wspolczesne esperanto nie jest tez jezykiem nauk wszelakich, a jedynie
              co najwyzej scislych.
              Nie o to tu jednak chodzi, a o fakt, ze przeprowadzenie zajec w jezyku
              obcym, nawet dobrze mi znanym, JEST trudniejsze, niz prowadzenie ich w
              jezyku, w ktorym bez wysilku mowie odlad ukonczylem lat 3. Prywatna
              uczelnia za zajecia w jezyku polskim zaplaci mi 2-3 razy tyle, ile UWr,
              to po co sie mam wysilac? Moja pasja jest nauka, a nauczanie to tylko
              bardziej lub mniej przykry obowiazek.
              A ze przyjedzie mniej studentow z zagranicy, ze nasi studenci
              nienawykli do zajec po angielsku nie poradza sobie na wyjazdach w
              ramach programu Erasmus... no coz, przykro mi, ale ja nie jestem
              instytucja harytatywna ani Matka teresa. Wystarczy, ze czesc materialow
              do swej pracy musze sprowadzac za wlasna niewielka pensje (grubo
              ponizej sredniej krajowej, bo tyle adiunkt zarabia) i z wlasnych
              srodkow pokrywam wyjazdy na niektore konferencje - instytut co ma, to
              podzieli, ale zasoby ma ograniczone, a i grant nie zawsze jest pod
              reka.
              • Gość: gwiazdeczka Re: jasssssne IP: *.opera-mini.net 27.04.10, 13:00
                Przeczytałam twój komentarz i mogę wyrazić tylko swój głęboki smutek, że takich pracowników naukowych i dydaktycznych ma uniwersytet, z takim podejściem do zajęć ze studentami. Nie na darmo mówi się, że szkolnictwo wyższe to relikt komunizmu, twoja mentalność ("po co się wysilać?", "Prywatna uczelnia za zajecia w jezyku polskim zaplaci mi 2-3 razy tyle", "nauczanie to tylko bardziej lub mniej przykry obowiazek") tylko to potwierdza. Myślę, że nic się nie zmieni, dopóki takie osoby jak ty pracują na uczelniach. pozdrawiam i życzę więcej samokrytyki
    • Gość: ? Studenci kiepskich studiów zaocznych, IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 22.04.10, 18:55
      finansowali studia dziennym po raz drugi, raz z podatków, a po raz drugi w opłatach za studia. Ciekawe kiedy w Polsce zostanie zlikwidowane to nieporozumienie zwane studiami niestacjonarnymi?
      • wari Re: Studenci kiepskich studiów zaocznych, 22.04.10, 19:22
        Nie widzę powodu, aby rzucać się na otwieranie kierunków na które Polski i UWr.
        nie stać. Po prostu trzeba płacić na naukę 4x więcej, a potem zaczać wymagać.
        Jeśli budżet na naukę mamy najniższy w UE, na poziomie kraju afrykańskiego, a
        oczekiwania jak na Zachodzie, to chyba nie jest normalne. Jeśli adiunkt zamiast
        2500 zł na ręke dostanie 10 tys. i nie bedzie musiał chałturzyć i szukać
        dodatkowej pracy, jeśli bedzie miał opieke nad kilkoma, a nie dziesiątkami
        studentów, to wtedy oczekiwania moga być uzasadnione. Nie spodziewajcie się
        wysokich standardów nauczania przy takim finansowaniu - to się po prostu nie
        może udać.
        • Gość: Aika Re: Studenci kiepskich studiów zaocznych, IP: *.as.kn.pl 22.04.10, 19:53
          Taki jesteś mądry, a nie rozumiesz, że istotą pieniądza jest
          nieustające pragnienie posiadania więcej, że proponowane przez
          Ciebie 10 tys. byłoby za chwilę za mało i ci, co mają tyle czasu na
          chałturzenie, i tak by chałturzyli.
        • Gość: Arek Re: Studenci kiepskich studiów zaocznych, IP: *.wroclaw.mm.pl 22.04.10, 23:54
          Nie spodziewajcie się wysokich standardów nauczania przy takim finansowaniu - to się po prostu nie może udać.

          Czyżby? Każdy wiedział, na co się decyduje, jest wiele zawodów, gdzie się mniej zarabia i tam nikomu nie mają prawa przyjść do głowy takie usprawiedliwienia. Jak komuś nie pasuje, to paszoł won z uczelni, jest mnóstwo lepiej wykształconych absolwentów studiów doktoranckich, którzy nie mogą dostać etatów - oni z pocałowaniem ręki wezmą taką pracę.
          • Gość: pikus Re: Studenci kiepskich studiów zaocznych, IP: *.centertel.pl 23.04.10, 07:43
            pewnie ze wezma, i po roku-poltora uzerania sie z administracja, organizacja
            zajec (np permanentny brak listy studentow!) i samymi studentami, ktorzy w duzej
            mierze maja zajecia w glebokiej dziurze, pukna sie w glowe i jesli maja odrobine
            zdrowego rozsadku, poszukaja roboty gdzie indziej. wiem bo sam przez to
            przechodzilem.
            • Gość: Arek Re: Studenci kiepskich studiów zaocznych, IP: *.wroclaw.mm.pl 23.04.10, 11:56
              Mylisz się, jest wiele osób, którzy akceptują takie warunki, bo np. pasjonuje ich nauka. Narzekają głównie ci, którzy nic nie robią. Sam też przez to przechodziłem i powiem ci, że to nie zarobki (wg mnie wcale nie tak niskie, jak się powszechnie trąbi) czy obciążenia dydaktyczne są najgorszą rzeczą na uczelniach, ale wzajemna zawiść i złośliwość, jaka panuje w środowisku akademickim. Gdyby nie ona, z pocałowaniem ręki wziąłbym taką pracę, a tak doszedłem do wniosku, że jak mam za takie pieniądze całe życie użerać się z kolegami z pracy, żeby cokolwiek osiągnąć zawodowo, to już lepiej poszukać sobie pracy gdzie indziej - w lepszej atmosferze i lepiej płatnej. I nie żałuję tej decyzji. Poza tym: czy to jest sprawiedliwe, że jedni mają po kilka etatów na różnych uczelniach, a inni nie mogą zdobyć ani jednego? Tym bardziej, że ci wieloetetowcy są przeważnie najgorszymi naukowcami, bowiem cały swój czas poświęcają - zamiast na robienie badań - na odwalanie chałtur gdzie tylko się da.
      • j-50 Re: Studenci kiepskich studiów zaocznych, 23.04.10, 10:48
        Niestety - stwierdzam wielką szczelinę pomiędzy dziennymi i
        zaocznymi. Zaocznych muszę traktować jako szympansów, choć oni
        przecież bulą za swoje studia. Nie mam innego wyboru i moi koledzy
        też. Doszło już do tego, że to są studia na uniwersytecie
        roboptniczym. Wszyscy o tym wiedzą. Ale na razie chodzi tylko o
        papierek. To tak, jak z tym szefem naszego banku, co zrobił sobie
        papierek na na jakimś licencie. A właściwie na zwykłym dokształcie.
        Bo MBA robi się bardzo fikuśnie. Ja na egzaminach miałem takich z
        Kazachstanu. Był człowiek znający tylko język kazachski. Ilu w
        Polscer ten język zna? Bo ja go jako egzaminator nie znałem. Na
        szczęście znam rosyjski dobrze i mogłem wykonać egzamin po rosyjsku
        z pomocvą studentki znającej i rosyjski, i kazachski. A co ona tam
        dodała ze swojego przy tym egzaminie, to ja do dzisiaj nie wiem. Ale
        to nie ja rządzę burdelem pt Uniwersytet.
        • Gość: :) Re: Studenci kiepskich studiów zaocznych, IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 23.04.10, 19:23
          Studia zaoczne powinny zostać zlikwidowane. Wyjściem dla pracujących powinna być możliwość wzięcia udziału w części wykładów, które odbywają się popołudniami dla studentów dziennych (wiele wykładów odbywa się popołudniami). Siłą rzeczy studenci pracujący w semestrze nie mogliby zaliczyć taką samą ilość przedmiotów jak studenci niepracujący, więc ich studia trwałyby odpowiednio dłużej. Z tym, ze wtedy otrzymywaliby i dyplom i wykształcenie takie same jak na obecnych studiach dziennych.
    • Gość: zdziwiony Uniwersytet oszczędza na zajęciach po angielsku IP: *.chello.pl 22.04.10, 22:00
      1: Kwestia znajomości języka obcego nie ma naprawdę tutaj nic do rzeczy.
      Stawka dla doktora za zajęcia po angielsku po zmianach-75 zł brutto (czyli
      minus zus i podatek)-wychodzi ok. 50 złotych netto; stawka za zajęcia po
      polsku w szkole prywatnej-minimum 70 zł (minus tylko podatek)-wychodzi 63
      złote netto... Odpowiedzcie szanowni interlokutorzy, prowadzenie których zajęć
      wybierze racjonalny aktor na rynku ekonomicznym?
      2: Wszystkim, którzy sądzą, że prowadzenie zajęć z nauk humanistycznych po
      polsku dla Polaków oraz po angielsku dla studentów z różnych krajów świata o
      radykalnie odmiennych poziomach językowych, jest tak samo trudne, wybaczam, bo
      nie wiedzą, co mówią... Spróbujcie poopowiadać-o wielcy poligloci-o dowolnej
      kwestii, niesprawiającej trudności merytorycznych, przez choćby 10 minut po
      angielsku tak, aby zarówno znająca znakomicie język Litwinka i średni
      (eufemizm....) językowo Włoch byli zajęciami usatysfakcjonowani...
      3: Prawdziwym skandalem wydaje się natomiast fakt, że honoraria za zajęcie
      obcojęzyczne np. w ramach programu Erasmus finansowane są ze środków własnych
      uczelni, a nie z któregoś z najprzeróżniejszych funduszy unijnych... Na takie
      cele naprawdę są pieniądze, tyle tylko, że kompetentna administracja musi
      umieć o nie zabiegać
      • j-50 Re: Uniwersytet oszczędza na zajęciach po angiels 23.04.10, 10:29
        Jaq nie wątpię, że na kierunkach humanistycznych dominują diplodoki
        nieznające angielskiego. I oni się kiszą we własnym gronie "poetów i
        prozaików" własnego języka. W rzeczywistości tworzą kaczorów. Tak
        się bowiem składa, że znajomość języka polskiego wśród studentów
        jest żenująco niska. To jest raczej język urew dworcowych. Ten język
        urew jest jednak bardziej staropolski, niż nawet pana Miodka. Pan
        Miodek nie używa takich słów, czemu się wielce dziwię. Np. stare
        słowo "pizda" jest dawnym indoeuropejskim określeniem i
        oznacza "miejsce, na którym się siedzi". O-pis-da, czyli miejsce, na
        którym się siedzi. Czy my mamy eliminować nasze korzenne określenia
        językowe i asymilować obce? Dlaczego nie możemy używać naszych
        polskich słów i dlaczego mamy je uznawać za niewłaściwe?
    • Gość: katia Uniwersytet oszczędza na zajęciach po angielsku IP: *.chello.pl 22.04.10, 23:00
      swoją drogą, juchnowski to świetny facet ;)
    • j-50 Popieram decyzję JM Rektora 23.04.10, 09:29
      Uważam, że wszystkie zajęcia powinny się odbywać po angielsku i wg
      zwykłych zasad płatności. Pracownik dydaktyczny nieznający
      angielskiego w stopniu umożliwiającym prowadzenie zajęć ze
      studentami powinien być uznany za diplodoka. Szanowny Panie
      Rektorze - tak trzymać i nie popuszczać! Bo jeśli JM Rektor popuści
      w tym cokolwiek, to będziemy mieli pracowników i studentów
      niekumatych w podstawowym języku nauki! Znajomość angielskiego jest
      psią powinnością pracowników naukowych wyższych uczelni. Nie należy
      za to bulić im dodatkowo, a uczynić z tego warunek zatrudnienia!
    • j-50 Wielce się dziwię protestującym 23.04.10, 11:20
      Od wielu lat mam problem z magistrantami. Bo nie znają języków, a
      zwłazcza angielskiego. Obecnie jest to język nauki. Jak ja mam uczyć
      studentów nieznających angielskiego? To jest niewykonalne! Najwyżej
      1% studentów mojej uczelni wyższej zna j. angielski w stopniu
      umożliwiającym studiowanie. Jak ja im dać literaturę do robienia
      licencjatu, że o mgr nie wspomnę? Jak ja mam od nich żądać
      znajomości najważniejszych dokonań w nauce? Oni są przecież zupełnie
      niekumaci językowo! Ponoć "uczy" się studentów języków. To jest
      zupełna paranoja! Uczelnie bulą za to uczenie - a z tego zupełnie
      nic nie wynika! Ja jako wykładowca wyższej uczelni żądam od JM
      Rektora UWr, aby obowiązkiem pracownika oraz studenta była znajomość
      angielskiego. Szanowny Panie Rektorze! Nie bulić za znajomość
      angielskiego, tylko uczynić z tego warunek zatrudnienia! Bo inaczej
      nie da się w nauce i dydaktyce uczelnianej.
      • Gość: zdziwiony Re: Wielce się dziwię protestującym IP: *.chello.pl 23.04.10, 23:49
        Uprzejmie informuję, że Pan Rektor nie płaci za "znajomość języka angielskiego",
        ale za prowadzenie DODATKOWYCH (ponad obowiązujące pensum) zajęć. Świadczenie
        tego rodzaju usług NIE JEST objęte umową o pracę. Zapewne każda z osób
        prowadzących wykłady po angielsku wyrabia pensum zajęciami dla polskich
        studentów (najczęściej mając także znaczne nadgodziny z uwagi na niedobory
        kadrowe na niektórych wydziałach). Obniżone stawki wydają się natomiast
        niekonkurencyjne w porównaniu ze stawkami oferowanymi przez szkoły prywatne.
        Wielu z wykładowców stanie np. po prostu przed wyborem: albo 30 godzin na umowę
        zlecenie w szkole prywatnej po polsku np. za 2300-2500 zł netto albo 30 godzin
        na dodatkową umowę zlecenie na uniwersytecie po angielsku za 1500-1700 zł netto.
        Nawiązując do wspomnianego w artykule argumentu z racjonalności, domaganie się
        przez niektórych forumowiczów od prowadzących zajęcia działania wbrew własnemu
        interesowi ekonomicznemu nie jest chyba szczególnie racjonalne. Wszystkie
        wywody na temat konieczności znania przez wykładowców angielskiego czy
        zasadności prowadzenia studiów dla Polaków w języku angielskim (swoją drogą
        ciekawe, ile osób chciałoby studiować np. prawo po angielsku i jaki miałoby to
        sens...) są cokolwiek "off topic".
        • Gość: Arek Re: Wielce się dziwię protestującym IP: *.wroclaw.mm.pl 24.04.10, 00:23
          To dlaczego nie przeniesiesz się do szkoły prywatnej? Nie od dzisiaj wiadomo, że tam generalnie płace są lepsze, nie tylko za nadgodziny. Podejrzewam, że szybko znajdą się inni na twoje miejsce, i to nie tacy, którzy będą kalkulować, czy lepiej wziąć "30 godzin na umowę zlecenie w szkole prywatnej po polsku np. za 2300-2500 zł netto albo 30 godzin na dodatkową umowę zlecenie na uniwersytecie po angielsku za 1500-1700 zł netto". Dlaczego prowadzisz zajęcia "wbrew własnemu interesowi ekonomicznemu"?

          Natomiast kwestia znajomości angielskiego przez pracowników uniwersytetu to nie jest wątek off topic - to jest realny problem, o którym chyba wie każdy, kto się z nimi zetknął, i który przy okazji wypłynął. No bo wytłumacz mi proszę, jak może nie znać języka obcego osoba, która żeby uzyskać stopień doktora, musi zdać egzamin z tego języka na dość wysokim poziomie? Jak może nie znać języka angielskiego osoba, która żeby prowadzić badania musi się posługiwać tym językiem? Na czym polega większa trudność przygotowania zajęć w języku angielskim dla osoby, która powinna się nim dobrze posługiwać? Wytłumacz mi proszę te rzeczy, bo ja wciąż ich nie rozumiem. Chyba że to tak ma być, bo jest to kolejne spośród wielu kuriozów, jakie można spotkać na naszych uczelniach, do którego pracownicy uczelni już dawno się przyzwyczaili.
          • Gość: zdziwiony Re: Wielce się dziwię protestującym IP: 156.17.122.* 24.04.10, 17:09
            I jeszcze co do trudności z zajęciami po angielsku-tylko 2 przykłady
            1: Pamiętaj, że nie prowadzimy tych zajęć sobie a muzom, ale dla studentów o
            zróżnicowanym poziomie językowym. Musimy im przedstawić zagadnienia w sposób
            zrozumiały-w każdej chwili muszę upewniac się, że np. student z Chorwacji, Litwy
            czy Turcji mnie rozumie, tj. czy zna słowa, których używam. Jeśli nie, to muszę
            mu zagadnienie wyjaśnić inaczej, prościej, bardziej przystępnie, zarazem nie
            zanudzając pozostałych, którzy język znają lepiej... Owszem, mogę teoretycznie
            powiedzieć studentowi "nie rozumiesz mnie, to twój problem", ale czy naprawdę
            postulujesz takie traktowanie słuchacza? Z tych właśnie powodów trudniej jest
            wyjaśnić np. filozofię Kanta Polakowi po polsku aniżeli mieszanej narodowościowo
            grupie po angielsku.
            2: Jeśli omawiam po polsku np. definicję narodu wg. Edmunda Burke'a, to u mnie
            na półce stoi polskie wydanie jego prac. Jeśli mam to samo zrobić po angielsku
            to muszę dotrzeć do trudno dostępnych oryginałów (bo przecież nie ma sensu
            tłumaczenie przetłumaczonego z angielskiego na polski tekstu z powrotem na
            angielski-wiele rzeczy może zostać "lost in translation"), co jest czasochłonne
            lub bardzo kosztowne
            Jak widać, większa uciążliwość zajęć po angielsku nie ma nic wspólnego z moim
            stopniem znajomości języka
            • Gość: Arek Re: Wielce się dziwię protestującym IP: *.wroclaw.mm.pl 24.04.10, 18:42
              Z tych właśnie powodów trudniej jest wyjaśnić np. filozofię Kanta Polakowi po polsku aniżeli mieszanej narodowościowo grupie po angielsku.

              Sam sobie zaprzeczasz. To co w końcu jest trudniejsze: zajęcia po angielsku czy po polsku???

              Jeśli omawiam po polsku np. definicję narodu wg. Edmunda Burke'a, to u mnie na półce stoi polskie wydanie jego prac. Jeśli mam to samo zrobić po angielsku to muszę dotrzeć do trudno dostępnych oryginałów (bo przecież nie ma sensu tłumaczenie przetłumaczonego z angielskiego na polski tekstu z powrotem na angielski-wiele rzeczy może zostać "lost in translation"), co jest czasochłonne lub bardzo kosztowne

              No faktycznie, bardzo czasochłonne i bardzo kosztowne. Jasne, że bardziej czasochłonne i kosztowne jest samemu przetłumaczyć niż bezmyślnie przepisać z odpowiedniej książki (co większość z was robi), którą wtedy trzeba kupić, a później tylko odklepać. No, ale jak ktoś w ten sposób przygotowuje się do zajęć, to ja dziękuję za taką usługę. Jakbyś dobrze znał angielski, nie miałbyś najmniejszego problemu z przetłumaczeniem z polskiego na angielski bez żadnego "lost in translation" i nazad. Podejrzewam, że wy z taką znajomością angielskiego i podejściem do zajęć dydaktycznych tylko ośmieszacie się przed obcokrajowcami.
        • Gość: Arek Re: Wielce się dziwię protestującym IP: *.wroclaw.mm.pl 24.04.10, 00:29
          I jeszcze jedno: chyba jednak Pan Rektor płaci za znajomość języka angielskiego, skoro stawki za godziny, nawet po zmniejszeniu, są dużo większe. Więc wytłumacz proszę, dlaczego rektor ma płacić komuś dodatkowo za coś, co obecnie jest warunkiem koniecznym przy zatrudnianiu w chyba wszystkich uczelniach? Bo ja - przyznam - na miejscu rektora bym nie płacił dodatkowo za znajomość angielskiego, tylko z miejsca bym zwolnił wszystkich tych, którzy nie znają tego języka na bardzo dobrym poziomie.
          • Gość: zdziwiony Re: Wielce się dziwię protestującym IP: 156.17.122.* 24.04.10, 16:53
            Uff, widzę, że jednak jest problem z logiką... Jedyne, co mogę zrobić to
            powtórzyć ponownie: Rektor nie płaci za znajomość angielskiego (np. nie mam-i
            oczywiście słusznie-żadnego dodatku za znajomość języka obcego) ale za
            PROWADZENIE DODATKOWYCH ZAJĘĆ W WYMIARZE PRZEKRACZAJĄCYM TEN WYNIKAJĄCY Z
            OBOWIĄZKÓW PRACOWNICZYCH (ustalony na podstawie prawa o szkolnictwie wyższym,
            statutu uczelni, umowy o pracę lub aktu mianowania). Jeśli nie będę prowadzić
            tych zajęć, to nie zarobię więcej (mimo, że znam język) i kropka:) Nazywając
            rzecz po imieniu (może na przykładzie będzie łatwiej...)-ja mam obowiązek
            prowadzić 210 godzin zajęć dydaktycznych, prowadzę ich z reguły ok. 400
            (nadgodziny) po polsku w wymiarze wynikającym z programu studiów, a prowadzenie
            dodatkowo płatnych zajęć w języku obcym jest kwestią ODRĘBNEJ UMOWY. Ja nie mam
            żadnego obowiązku (ani prawnego, ani moralnego) prowadzić tych zajęć, bo
            realizuję swoje zobowiązania pracownicze w ramach zajęć po polsku:) Fakt, że je
            prowadzę jest efektem zgodnej woli mojej oraz władz uczelni. Do tej pory taka
            zgodna wola była, bo stawki były satysfakcjonujące. Cały problem sprowadza się
            zatem do tego, czy wynagrodzenie po zmianach będzie skłaniało pracowników do
            podejmowania tych dodatkowych obowiązków. Moim zdaniem, nie do końca (właśnie z
            uwagi na możliwość bardziej intratnego dorobienia w szkole prywatnej czy też po
            prostu niechęć do prowadzenia wykładu za kwotę o połowę mniejszą niż
            dotychczas). Sam jeszcze nie podjąłem decyzji ostatecznej w tej materii, ale
            racjonalna byłaby rezygnacja i wzięcie większej ilości godzin zleconych w szkole
            prywatnej (a czy będę racjonalny, to już inna sprawa...;))
            Natomiast wspomniane przeze mnie kwestie są "off topic" nie dlatego, że są
            nieistotne (bo pewnie nie są), ale dlatego, że w najmniejszym stopniu nie
            rzutują na odpowiedź na pytanie, czy zmniejszenie stawek ma sens. Zwróćcie
            uwagę, że namiętne filipiki piętnujące leniwych i niedouczonych pracowników
            naukowych usprawiedliwiają w tym akurat kontekście decyzję o obniżeniu
            honorariów tym, którzy języki obce znają i wykorzystują je w toku aktywności
            dydaktycznej...
            • Gość: Arek Re: Wielce się dziwię protestującym IP: *.wroclaw.mm.pl 24.04.10, 18:30
              Faktycznie, problem z logiką jest, ale chyba twoją. Skoro za zajęcia w języku angielskim dostajecie więcej niż za nadgodziny po polsku, to chyba logiczne jest, że płacą wam dodatkowo za przygotowanie zajęć w obcym języku? No bo za co? I nie zmienią tego twoje zawiłe, mało logiczne wyjaśnienia, za pomocą których oszukujesz chyba tylko siebie, bo nie innych.

              A co do dorabiania w szkole prywatnej, to na miejscu rektora dawno bym pozwalniał takie osoby. Bo zdecydowana większość z was nie robi tego w czasie wolnym, tylko kosztem pracy naukowej albo jakości prowadzonych zajęć, a więc kosztem swoich obowiązków w podstawowym miejscu zatrudnienia. Jaki inny pracodawca wyraziłby zgodę na coś takiego, no jaki?

              Poza tym, czy ktoś cię zmusza do prowadzenia zajęć po angielsku? Nie chcesz, nie bierz tych godzin, wezmą inni (chętni pewnie się znajdą), najgorsi są tacy, co to sami narzekają, ale innym nie oddadzą. Ja wiem, że narzekanie to jest to, co pracownicy uczelni robią najlepiej, taki swoisty obyczaj akademicki, ale trochę obiektywizmu i zdrowego rozsądku też trzeba mieć
              • Gość: zdziwiony Re: Wielce się dziwię protestującym IP: *.chello.pl 24.04.10, 18:47
                O.K. skoro dla Pana stwierdzenia "płacenie za znajomość angielskiego" oraz
                "płacenie za przeprowadzenie dodatkowych zajęć w języku angielskim" w ramach
                dodatkowej umowy znaczą to samo, to faktycznie nie mamy o czym rozmawiać:):)
                Przepraszam również za zawiłość moich wyjaśnień-zaiste nieopatrznie przeceniłem
                Pana umiejętność czytania ze zrozumieniem.
                Co do zwalniania za zlecenia w szkole prywatnej-ja oczywiście rozumiem, ze Pan
                może nie znać przepisów prawa, ale żaden pracodawca (nie tylko w szkolnictwie
                wyższym, ale w każdej dziedzinie) nie ma prawa zwolnić pracownika tylko za
                podejmowanie gdzieś dodatkowej pracy (chyba, że jest to działalność
                konkurencyjna i zakaz konkurencji znajduje się w umowie). A co do osób źle
                pracujących-pewnie, ze należy je zwolnić...
                • Gość: Arek Re: Wielce się dziwię protestującym IP: *.wroclaw.mm.pl 24.04.10, 20:04
                  O.K. skoro dla Pana stwierdzenia "płacenie za znajomość angielskiego" oraz "płacenie za przeprowadzenie dodatkowych zajęć w języku angielskim" w ramach dodatkowej umowy znaczą to samo, to faktycznie nie mamy o czym rozmawiać:):)

                  To się sprowadza do tego samego. Jeśli komuś znacznie trudniej prowadzić zajęcia w języku angielskim niż polskim, to znaczy, że słabo zna ten język.

                  Przepraszam również za zawiłość moich wyjaśnień-zaiste nieopatrznie przeceniłem Pana umiejętność czytania ze zrozumieniem.

                  Zapomniałeś o drugiej możliwości: może po prostu piszesz w ten sposób, że inni nie potrafią tego zrozumieć? I tutaj nasuwa się pytanie: czy w ten sam sposób komunikujesz się ze studentami?

                  Co do zwalniania za zlecenia w szkole prywatnej-ja oczywiście rozumiem, ze Pan może nie znać przepisów prawa, ale żaden pracodawca (nie tylko w szkolnictwie wyższym, ale w każdej dziedzinie) nie ma prawa zwolnić pracownika tylko za podejmowanie gdzieś dodatkowej pracy

                  Przeważnie nigdzie poza uczeniami nie ma takiej potrzeby: nikt nie ma czasu na dodatkowe etaty. To wy macie takie przywileje (ech, ta budżetówka...), z których zresztą obficie korzystacie. Za to rektor ma prawo zwolnić za złe wykonywanie obowiązków naukowo-dydaktycznych i szkoda, że tego nie robi: może dlatego, że średni poziom pracy jest u was tak niski, że gdyby obiektywnie i uczciwie oceniał wasze "dokonania" zawodowe, musiałby wyczyścić uniwersytet z co najmniej połowy pracowników.

                  A tak nawiasem mówiąc: nie odpowiedziałeś na pytania, które ci zadałem...
                  • Gość: zdziwiony Re: Wielce się dziwię protestującym IP: *.chello.pl 24.04.10, 21:59
                    O tym, dlaczego prowadzenie zajęć po angielsku jest bardziej czasochłonne i
                    skomplikowane napisałem we wcześniejszym poście, który jakoś dziwnie przeskoczył
                    do góry.
                    Natomiast odpowiedź na inne pytanie została już udzielona kilkakrotnie, tyle
                    tylko, ze Pan z uporem godnym lepszej sprawy odmawia przyjęcia do wiadomości
                    faktu, że zajęcia po angielsku zasadniczo NIE SĄ przedmiotem umów o pracę
                    pracowników uniwersytetu. Nie wiem, czy Pan jest pracownikiem, ale załóżmy, że
                    tak. Powiedzmy, że ma Pan umowę o prace w wymiarze 8 godz. dziennie, a w
                    przypadkach uzasadnionych przepisami prawa bierze pan nadgodziny. Jeśli
                    pracodawca chce, żeby oprócz normalnej pracy pełnił Pan dodatkowo rolę stróża
                    pilnującego w niedzielę zakładu pracy, to musi zawrzeć z Panem osobną umowę z
                    zadowalającym obie strony wynagrodzeniem. Jeśli zatem władze uczelni chcą, bym
                    prowadził zajęcia po angielsku, to muszą zaoferować odpowiadające mi (i innym
                    wykładowcom) warunki finansowe. To naprawdę niczym nie różni się od sytuacji w
                    innych dziedzinach gospodarki. Jeśli pracodawca chce, by pracownik wykonał na
                    jego rzecz dodatkową usługę (poza godzinami pracy), to musi mu zaoferować
                    dodatkowe wynagrodzenie-przecież to banał... Nie wiem dlaczego sądzi Pan, że
                    pracownik uczelni wyższej ma prowadzić ponadnormatywne (PODKREŚLAM
                    PONADNORMATYWNE) zajęcia niezależnie od tego, czy rektor płaci za nie 3500,
                    2500, 1500 czy 20 zł? Jedynym powodem moich postów jest chęć zwrócenia uwagi na
                    fakt, że obniżone stawki mogą być nieatrakcyjne dla wielu pracowników, którzy
                    zrezygnują z prowadzenia zajęć dla studentów zagranicznych
                    P.S.-Żeby nie było nieporozumień, uważam, że pracownikowi, który nie wyrabia
                    pensum dydaktycznego rektor powinien mieć prawo narzucić prowadzenie dowolnych
                    zajęć (w tym po angielsku)-ale tak jest też teraz-ci którzy nie mają pensum i
                    prowadzą zajęcia po angielsku nie zawierają dodatkowej umowy. Te osobne umowy
                    dotyczą TYLKO osób, które już swoje zrobiły.
                    P.S.2 Jeśli natomiast sądzi Pan, że stawki za nadgodziny za zajęcia po polsku i
                    po angielsku powinny być takie same, to oczywiście jest to uzasadniony punkt
                    widzenia, ale proszę wziąć pod uwagę, że pracownik nie ma obowiązku brać
                    nieskończonej ilości nadgodzin... Jeśli zatem pracownik wycenia swoją pracę po
                    angielsku wyżej niż po polsku, to oczekuje wyższej zapłaty. Chyba nie chce nam
                    Pan tego prawa do wyceny własnej pracy odebrać? Jeśli wycena nasza i wycena
                    rektorska okażą się rozbieżne, to po prostu zajęć nie będzie i szlus:)
                    • Gość: Arek Re: Wielce się dziwię protestującym IP: *.wroclaw.mm.pl 24.04.10, 22:18
                      O tym, dlaczego prowadzenie zajęć po angielsku jest bardziej czasochłonne i skomplikowane napisałem we wcześniejszym poście, który jakoś dziwnie przeskoczył do góry.

                      Ja ci napisałem, dlaczego uważam, że takie argumenty są nieporozumieniem. Nie doczekałem się odpowiedzi w tej kwestii.

                      Natomiast odpowiedź na inne pytanie została już udzielona kilkakrotnie, tyle tylko, ze Pan z uporem godnym lepszej sprawy odmawia przyjęcia do wiadomości faktu, że zajęcia po angielsku zasadniczo NIE SĄ przedmiotem umów o pracę pracowników uniwersytetu.

                      Mylisz się - ja to przyjąłem do wiadomości już dawno, to ty z uporem maniaka tłumaczysz wciąż tę samą rzecz, pomijając inne poruszane przeze mnie kwestie.

                      Jeśli zatem władze uczelni chcą, bym prowadził zajęcia po angielsku, to muszą zaoferować odpowiadające mi (i innym wykładowcom) warunki finansowe.

                      Ale ja ci już napisałem: zmusza cię ktoś do brania tych godzin za - zbyt małą, twoim zdaniem - stawkę? Jestem przekonany, że znajdą się inni chętni, dla których przygotowanie zajęć po angielsku nie będzie tak dużym wysiłkiem jak dla ciebie.

                      Jeśli zatem pracownik wycenia swoją pracę po angielsku wyżej niż po polsku, to oczekuje wyższej zapłaty. Chyba nie chce nam Pan tego prawa do wyceny własnej pracy odebrać?

                      Prawo ma każdy, ja ci już napisałem, dlaczego uważam, że taka wycena jest bezzsadna. To jest po prostu nieuczciwe (dlaczego nieuczciwe - też napisałem wcześniej) stawianie władz uczelni pod ścianą, żeby ugrać jak najwięcej dla siebie w trudnej dla rektora sytuacji. A swoją drogą: skoro uważasz, że za mało ci płacą, to co cię jeszcze trzyma na uczelni? Nie lepiej było pójść od razu tam, gdzie gratyfikacje finansowe byłyby dla ciebie satysfakcjonujące i zaoszczędzić nerwów i sobie, i przełożonym?
                      • Gość: zdziwiony Re: Wielce się dziwię protestującym IP: *.chello.pl 25.04.10, 00:49
                        o.k. myślę, że dyskusja doszła do kresu. Ja oczywiscie w dalszym ciągu nie
                        rozumiem, dlaczego domaganie się zachowania dotychczasowych stawek nazywa pan
                        działaniem "nieuczciwym" (czy gdyby panu obcięto za coś wynagrodzenie o połowę,
                        to czy także sprzeciw wobec takiego działania byłby "nieuczciwy"?). Nie rozumiem
                        też, dlaczego nie jest Pan w stanie pojąć, że ktoś może pracować na uczelni i
                        akceptować warunki wynagrodzenia za pracę, a zarazem nie akceptować obniżonych
                        stawek za świadczenie ponadnormatywnych usług (dlatego nie odchodzę z uczelni,
                        do czego pan nieustannie mnie nawołuje...). To właśnie będzie casus wielu
                        pracowników... Nie rozumiem też, dlaczego uważa się pan za kompetentnego w
                        kwestii wyceny mojej pracy (czy ja panu mówię, jakie warunki zatrudnienia ma pan
                        akceptować w swoim zawodzie?). Myślę natomiast, że możemy zgodzić się co do
                        jednego-jeśli znajdzie się dostateczna liczba kompetentnych chętnych do
                        prowadzenia zajęć za obniżone stawki, to problem sam się rozwiąże... Jeśli nie,
                        to piłka będzie po stronie władz. Pożyjemy, zobaczymy
                        • Gość: Arek Re: Wielce się dziwię protestującym IP: *.wroclaw.mm.pl 25.04.10, 01:42
                          Nieuczciwe, ponieważ - jeszcze raz powtórzę - stawiacie władze uczelni pod murem, wobec ciągłego braku pieniędzy na wszystko domagacie się, żeby wam zapłacili za coś, co powinniście już dawno temu perfekcyjnie opanować (czyli znajomość angielskiego). Ciesz się, że do tej pory płacili ci więcej niż innym za podobny nakład pracy. Rozumiem, że niechętnie rezygnuje się z łatwych pieniędzy, ale zrozum, że uczelnia to nie bank mający nieograniczone fundusze dla pracowników. Wcale nie nawołuję cię do odejścia z uczelni - znowu mnie nie zrozumiałeś, napisałem tylko tyle, że jak komuś nie pasują zarobki, nikt nikogo na siłę nie trzyma. Tak ciągle narzekacie na pensje, a jak co do czego to trzymacie się swoich ciepłych posadek jak mało kto. Twoją pracę oceniam wyłącznie na podstawie tego, co tu napisałeś - nie wygląda to różowo. Tak się składa, że wszyscy żyjecie z naszych podatków, więc mamy pełne prawo wiedzieć, ile i za co wam płacą, wyrażać swoje opinie oraz żądać przejrzystości waszych kontraktów. Taka jest różnica między tobą a mną (ja pracuję w sektorze prywatnym), jeśli jeszcze tego nie spostrzegłeś. Myślę, że ci chętni do prowadzenia zajęć się znajdą, znam wielu pracowników uniwersytetu, którzy mają mniejsze obciążenia dydaktyczne niż powinni i rektor ma prawo zmusić ich do prowadzenia tych zajęć. Tylko ilu z nich zna język angielski na tyle dobrze, żeby poprowadzić takie zajęcia? Może to jest dobra wola władz uczelni, że do tej pory prowadzili je te osoby, które chciały i czuły się na siłach, a nie odgórnie przydzielone? Ciekawe, kto teraz, w nowej sytuacji zyska, a kto straci, bo ja mam dziwne przeczucie, że bez względu na to, czy pracownikom uniwersytetu się to podoba czy nie, zajęcia te i tak będą realizowane, już władze uczelni o to zadbają.
Pełna wersja