Klaustrofobia: Kosmiczna historia pewnego plagiatu

20.02.11, 20:35
Ludzie zrozumcie, że problem plagiatów to przede wszystkim brak wiedzy. Nie rozumiem czemu pracowników naukowych nikt porządnie nie nauczy:
- kiedy jest plagiat i jakie są jego cechy
- co to jest autoplagiat.

Tego nikt nie uczy żadnego naukowca. Polski naukowiec tego nie rozumie, bo jego profesorowie tego nie rozumieja, nie mają tej wiedzy, dlatego nie podejmują żadnych działań na katedrach.

Oczywiście, że są sytuacje ewidentne, gdzie mamy lewizne w żywe oczy, ale w przypadku całej reszty to często sprawa jest niejednoznaczna. Na razie w walka z plagiatami przypomina zabawę w łapaj złodzieja. Np. póki Andrzejak nie skłócił się ze związkami zawodowymi, to nikomu nie przeszkadzał jego "plagiat".

Trzeba przestać szukać fajerwerków i towarzyskich incydentów, tylko najpierw ludzi nauczyć co to jest prawo autorskie. Dopiero potem wziąć za uszy.

Ciekawe ilu profesorów miało choć raz w ręce ustawe o pr. autorskim?
I tak w tej ustawie nic nie ma o plagiacie...
    • Gość: babkazwroclawia Re: Klaustrofobia: Kosmiczna historia pewnego pla IP: *.sip.mia.bellsouth.net 20.02.11, 22:39
      Mnie taki jeden cwaniak nauczyciel jeszcze jako studentke okolo poltora roku temu chcial wrobic w plagiat, byl to piekny czerwiec w okresie egzaminow, kolezanka moja przy tym byla, po tym dluuuuuuuuuuuuuuuugo zastanawialam sie dlaczego to robil, a nie robil tego raz, i dlaczego tak czesto mnie sie wypytwal o tym co mysle o plagiatach, mnie to bardzo zastanawialo po tym jak pare razy mnie sie pytal, no i dlaczego tak czesto mnie sie wypytwyal o to co mysle o rektorze. Faceta nie znalam i szczerze kompletnie mi wisial, jeszcze wtedy nie wiedzialam o co pa licho chodzi. Wiec jak mnie sie pytal, to co ja temu staremu zboczencowi powiedzialam? To co myslalam. Mysle ze kobiety sa lepsze w tych rolach i ze nie podoba, mi sie jak na uczelni tocza sie publiczne walki. Malo co mi glowy w samochodzie nie odgryzl, tak sie wkurzyl. Potem nastapilo wiele miesiecy upokarzania, unikalam tego swira ktoremu bog wie co strzelilo do glowy jak moglam, a nie bylo latwo poniewaz byl kolega dziekana, no i mial ciekawe politczne powiazania. No i jak sie czesto chwalil znal iludzi z wojska i z policji i Bog wie kogo. Dopiero na jesien, rok puzniej i wiele miesiecy puzniej jak stary dziad podwazal mnie i upokarzal , jak afera na uczelni sie rozpetala, to dopiero wtedy domyslilam sie o co mu chodzi. On byl kolega rektora i cos sobie stary dziad umamil. Chyba to ze rocznik przed moim oskarzyl jakas nauczycielke ze plagiatuje lekcje z internetu i sie rozpetala z tym afera. Potem wszyscy na uczlenie oskarzali sie o plagiaty. A stary dziad kolega mojego dziekana i rektora :) myslal ze to byl nasz rocznik i sie uwzial myslac ze my mielismy cos z tym wspolnego, na podstawie swojego urojenia. To jest kosmiczna historia plagiatu. Stary dziad, robiacy usluge koledze, wraz z jego kolegami ktorzy znecali sie tylko na zlym zalozeniu i nie na tych co to rozpetali. To jest prawdziwa farsa. A to co zaszlo po wrzesniu, to jest tragedia.
      • jarek.kucypera Re: Klaustrofobia: Kosmiczna historia pewnego pla 20.02.11, 23:00
        > Faceta nie znalam
        > Malo co mi glowy w samochodzie nie odgryzl

        A coś Ty w tym samochodzie robiła ?! ;) Coś mi się wydaje, że to nie o plagiat owemu dobrze ustosunkowanemu panu mogło chodzić ... ;)

        pzdr
        J.K.
        • Gość: Łoś_bimbacz "przejściowe" zawieszenie IP: *.ip.netia.com.pl 20.02.11, 23:19
          Może warto dodać, że ów minister zrezygnował publicznie w telewizji z tytułu doktora "przejściowo" jak się wyraził, do czasu wyjaśnienia sprawy.
        • Gość: babkazwroclawia Re: Klaustrofobia: Kosmiczna historia pewnego pla IP: *.sip.mia.bellsouth.net 22.02.11, 01:16
          Wiozl mnie z "badan naukowych" na ktore mnie zaprosil, na kore jemu wiele papierow i prezentacji tlumaczylam, a dziekan jego polecil. Zaufalam ich rzetelnosci. Ale ta banda kurdupli to jest banda hanebnych gnojow z tytulami. A szczegolnie ten stary zwiotczaly grand-gnoj wielki kurdupel. Nie chodzilo im o badania naukowe, ani dziekanowi ani temu zboczencowi. Z programu zrobili sobie punkt rekrutacyjny mlodych d*p dla kolegow. Jak nie chcialam nadstawiac d**y to mi ten stary agent i ikoledzy pokazali. Tak wygladaja uczelnie w polsce. Burdele, miejsca gdzie sie gnebi mlodytch ambintych ludzi, a uczy sie tylko zpokrewnionych. Ciekawa jestem co dziekan by zrobil gdyby taki zboczeniec jak jego kolega zabral sie za d**e jego coreczki na 3 roku studii. Pewnie by jemu zdrowo pokazal. Albo co ten zygolak by zrobil gdyby jakis zboczenec upokarzal jego mlodziutka corke na studiach tak jak on mlode kobiety upokarza.

          Dlatego trzeba wyplewic nepotyzm i kumaterstwo. Ono niszczy mlodych ludzi i robi z uczelnie jeden wielki burdel.
          • Gość: babkazwroclawia no GW IP: *.sip.mia.bellsouth.net 22.02.11, 02:59
            ...ale to moze po prostu tak juz w Polsce jest. Moze w terazniejszej Polsce kazdy nadstawia i sprzedaje swoja d**e za poldarmo byle komu.

            Wiec moze nie powinnam sie takim zjawiskom dziwic w srodowiskach uczelni, to jest zjawisko powsechne na wszystkich szczeblach. Tam kazdy siebie, szacunek do czlowieka,i swoje wartosci, i przyszlosc mlodych Polakow, sprzeda za byle GW no.

    • map4 Hr. Bachmann zapomniał o kilku faktach 20.02.11, 23:20
      1.
      Kiedy wódz Bawarczyków, niejaki Seehofer wyciągał nikomu nieznanego von und zu Guttenberga z politycznego kapelusza redakcje w Niemczech rzuciły się na oficjalny życiorys tegoż. Wbrew jego zapewnieniom nie znaleziono firmy, którą miał zarządzać. Ba, podana przez niego w referencjach firma stanowczo odcięła się twierdząc, że pan Guttenberg jedenastu imion nie ma z nią nic wspólnego.
      Owszem, istniała fundacja, ale była to fundacja rodzinna, zarządzająca schedą szlacheckiego rodu o zbiegiem okoliczności identycznej nazwie do nazwy firmy podanej w referencjach. Dla fundacji pracowało pięciu ludzi, którymi najwyraźniej zarządzał zu Gutenberg.

      2.
      Kiedy wysoki generał Bundeswehry ośmielił się otwarcie wypowiedzieć swoje zdanie odmienne od zdania ministra obrony, natychmiast pożegnał się ze stanowiskiem. Jego zasługi i kariera nie miały znaczenia, został w trybie natychmiastowym przeniesiony do rezerwy. Taki stary, a jeszcze się nie zorientował, kto tu rządzi.

      3.
      Von und zu Guttenberg latając do Afganistanu zabrał ze sobą na wycieczkę żonę. Niestety, była to jego własna żona, a nie żona któregoś z cierpiących na samotność żołnierzy. Małżonka poleciała podobno po to, żeby coś tam zamanifestować. Poleciała w obszar wojny, bo przecież logiczne jest, że wojsko zabiera swoje kobiety ze sobą.

      4.
      Podczas jednego z kryzysowych posiedzeń rządu bundesrepubliki kanclerzyca zażądała od ministrów planu cięć w ich budżetach. Każdy jeden kręcił i psioczył, broniąc swojego podwórka, godząc się co najwyżej na marginalne ograniczenie swojego budżetu, czyli własnej władzy. Natomiast zu Guttenberg wywalił prosto z mostu, że zamiana armii przymusowej na ochotniczą pozwoli zaoszczędzić miliardy. Kanclerzyca odpowiedziała, że nie nie da się zmienić bundeswehry w jedno niedzielne popołudnie, po czym z przerażenia zamknęła posiedzenie gabinetu. Zu Gutenberg zmilczał, ale postarał się, żeby historia trafiła do prasy (tajemnice w Niemczech są bardzo dobrze strzeżone, chyba, że politykom zależy, żeby przedostały się do prasy).

      Podstawiona przed faktem dokonanym Merkelowa z typową sobie zdolnością do kradzieży cudzych pomysłów twierdzi dzisiaj, że zawodowa bundeswehra jest lepsza, choć jeszcze na początku 2010 roku stwierdziła publicznie, że "armii z poboru zazdroszczą nam inne kraje" oraz że ta reforma ma na celu usprawnienie wojska, a nie oszczędności budżetowe. No i oczywiście, że to wielka zasługa jej gabinetu.

      Oczywiście cała ta "reforma" dokonuje się przy akompaniamencie trzeszczącej niemieckiej ustawy zasadniczej, która jasno definiuje siły zbrojne bundesrepubliki jako siły opierające się na służbie zasadniczej wszystkich zdolnych do tego młodych obywateli.

      Ale zu Gutenberg wydaje się wcale tego nie zauważać.

      Oto kilka faktów, o których redaktor Bachmann kreśląc sylwetkę fajnego w gruncie rzeczy niemieckiego polityka zapomniał wspomnieć.

      Na sam koniec wreszcie: grupa nudzących się internautów skupiona wokół projektu "gutenplag wiki" twierdzi, że na 247 stronach pracy doktorskiej pana zu Gutenberga liczącej w sumie 2000 stron znalazła teksty pożyczone od innych autorów, które nie zostały wymienione przez niego w bibliografii.
      Zapewne przypadek, nieszczęśliwy zbieg okoliczności, przeoczenie ...
Pełna wersja