Gość: okninska@op.pl
IP: *.a.pppool.de
10.05.04, 12:19
SERCE, SCHOWAJ SIĘ NA STRYCHU!!!
Przypadek sprawił, że byłam z dzieckiem w Teatrze Polskim we Wrocławiu na
premierze bajki „Serce na strychu”. Autor tekstu i reżyser spektaklu - Maciej
Kowalewski.
Spektakl trwał 1,5 godziny. Potwornie nudny, miałki dramatycznie, z dużą
ilością niepotrzebnych efektów i upiornym, ogłuszającym nagłośnieniem. Mimo
tego hałasu dziecko ziewało, ja również. Osoby siedzące obok z
niecierpliwością zerkały na zegarki.
Właściwie nic niezwykłego. Odwiedzam teatry w różnych miastach i przywykłam
już do tego, że spektakle robione są bez pomysłu, wyobraźni i wrażliwości. A
zwłaszcza przedstawienia dla dzieci, choć niby wszyscy wiedzą, że teatr dla
dzieci trzeba robić tak samo, jak dla dorosłych, tylko lepiej.
Zapomniałabym pewnie szybko o tej premierze, gdyby nie to, że dwa dni później
przeczytałam w „Gazecie Wyborczej” recenzję. Tytuł i nazwiska realizatorów
się zgadzały; gdyby nie to, byłabym przekonana, że recenzent napisał o innym
przedstawieniu. Ale recenzent „Gazety” nazwał ten właśnie spektakl „mądrym”,
a jego autora „dowcipnym i obdarzonym wyobraźnią”. To jest po prostu
dezinformacja. A na łamach „Gazety Wyborczej” – czyn o wysokiej szkodliwości
społecznej.
Nie może być mądrą bajka, po obejrzeniu której nic w sercu nie zostaje. Ani
obraz, ani refleksja, ani uspokojenie. Ani nadzieja. Nic.
Uwaga: wysłany przez Ciebie post może pojawić się z opóźnieniem
do jednej minuty.
Poleć ten adres swoim znajomym | Ustaw ten
serwis jako Stronę Startową | Dodaj tę stronę do Ulubionych
| Zgłoś problem lub
błądGazeta.pl: Wiadomości • Gospodarka • Sport
• Praca • Dom • Auto • Film • Są cztery pory roku, a i
owszem. Nie schodzą na ziemię, bo nikt tam na nie nie czeka. Więc próbują
zabawiać się komputerem. Notabene, widz od razu karmiony jest obrazem gry
komputerowej na wiszącym ekranie. Pory Roku na ziemię nie schodzą, bo jakieś
licho zabrało serce ziemi i schowało je na strychu. Zanim dojdą na strych
opowiadają, a raczej wyśpiewują historie, które je poruszyły. Poza tą
śpiewaną przez Wiosnę, o piesku „A?więcu”, żadnej nie pamiętam. Poezja tak
banalna, że człowiek nawet nie próbuje przebić się przez ryczące głośniki,
żeby usłyszeć słowa. Zresztą historia o piesku też „malutka”, ale może
najsprawniej zbudowana, więc łatwiejsza do zapamiętania.
Trzymanie się wątku jest trudne, bo reżyser robi wszystko, żeby widz się
zagubił. Czyżby bał się konfrontacji z tekstem. Gdy jedna osoba śpiewa, za
nią rozgrywają się jeszcze dwa plany, na których różne osoby biegają po
scenie z mikroportami i krzyczą, nie bardzo wiadomo co i po co. W tym
zamieszaniu trudno jest usłyszeć solistę i zrozumieć, o czym on opowiada. A
jak już wyłowi się i zrozumie słowa, to jest to albo niby-dziecięcy żargon,
albo - pożal się Boże – „poezja”, od słuchania której żadne serce z ukrycia
nie wyjdzie, ale schowa się jeszcze głębiej.
Jesień nie może przypomnieć sobie historii. I nagle pojawia się bard z
dredami i gitarą. Co śpiewa? Nie wiem. Ale to coś ma przywrócić Jesieni
pamięć. Aha... i tego barda nazwano Synapsą. Ta „Synapsa”, proszę pana, to
dla dzieci w jakim wieku? Notabene, bardzo mozolne rozwiązanie. Nie dało się
prościej i ciekawiej przywrócić Jesieni pamięci?
Pójdźmy dalej. Pory Roku dostają się w końcu na strych, żeby odnaleźć owo
serce, czy też owo licho, i serce odebrać. Tam spotykają różne postacie.
Ukrywające się , a może też szukające . Pory Roku organizują konkurs. Jaki?
Nie wiem. W konkursie mają brać udział owe postacie, które też nie wiedzą, o
co chodzi, i co jest nagrodą. Mają opowiedzieć lub zaśpiewać coś płynącego z
serca, co obudzi owo licho i pozwoli odzyskać serce ziemi. Czy też obudzi
samo serce? Co jakiś czas zawisa w powietrzu narrator i krzyczy, że to
straszna historia.
Postacie zaczynają występy.Nudą wieje coraz bardziej. Nawet sceniczne jury
się nudzi.
Jest jeż, co był koniem i tęskni za tym , ale nie pamiętam dlaczego. Na
ekranie pojawia się koń. Lekcja zoologii dla przedszkola. Z buszującą po
scenie Synapsą.
Jest babcia, która śpiewa o piesku „Awięcu” , którego znalazła, kiedy była
dziewczynką. Poezja tak ckliwie zawodząca, że aż czuję niesmak. Na ekranie
pojawia się młoda dziewczyna, baletnica. To na wypadek gdyby ktoś nie mógł
uwierzyć, że babcia była niegdyś młoda. Swoją drogą, ciekawe, co żal za
minioną młodością ma wspólnego z „Erą pozera”, której wszyscy chcą się pozbyć?
Reżyserowi pewnie się wydaje, że obrazkami na ekranie wzbogaca poetykę
przedstawienia. Proszę pana, jeśli słowo nie wywołuje obrazów, a obrazy nie
poruszają serca, to ekran też nie pomoże
Umizgi dziadka Waldemara są niesmaczne. O czym mówi, nie pamiętam. A może on
śpiewa?
Jest jeszcze Chińczyk. Też coś tam opowiada. Spotyka się na konkursie z ową
Synapsą i ... okazuje się, że są szukającymi się braćmi.
Tfu... mam ochotę wyłączyć telewizor. Ale nie... nie mogę, to przecie teatr.
Zapomniałam o poecie, który biega za jakąś Marylką. Dość marnym, wyśmianym
przez autora,. Nie śmiem pytać, czy to aluzja do mickiewiczowskiej miłości.
Bardzo złożona, więc przepraszam, ale nie rozumiem. Tylko: co z tym wspólnego
mają dzieci. Swoją drogą, jeśli poezja ma świat uratować, to dlaczego pan
Kowalewski wyśmiewa i gasi owo jedyne światło w tunelu, jakim powinien być w
jego spektaklu właśnie poeta? A Marylka, która pokocha, jeśli dostanie
samochód – to też dla sześciolatków? Bardzo głęboka mądrość.
Konkurs się kończy. Oddycham z ulgą. Jury również. Nie wiadomo o co konkurs,
nie wiadomo kto wygrywa. To jedyne konsekwentne posunięcie w tym spektaklu.
Pojawia się owo złe licho. Do tej pory myślałam, że to narrator jest lichem.
Wszak wisi i straszy. Ale nie. Synapsa, która była połączeniem w głowie
Jesieni, a później poszukującym i odnalezionym bratem, okazuje się
dekadentem, któremu wcale nie chce się żyć.
Licho czyli zło, jest przez chwilę lichem, ale nie bardzo wiadomo, czy takim
złym, bo zaraz się rozczula i już jest dobrym lichem.
Choreografia? Jeśli użycie tego terminu przy opisywaniu tego spektaklu nie
jest nadużyciem, to choreografia jest tu Rowem Mariańskim banału. Zespół
tancerzy w estradowych, niesmacznych, wcale nie bajkowych strojach, który ma
swoim byciem uzupełniać poetykę. Bez komentarza. Powierzchowny, prosty (żeby
nie powiedzieć prostacki ) tekst. Szmirowata komercja niesiona sitcomowym
humorem. „ Rzucenie papierka od cukierka” jest niczym w porównaniu z tym, co
proponuje pan Kowalewski. Lepiej posadzić dziecko przed komputerem, niż
zaprowadzić do teatru, który nie ma nic do zaproponowania.
Nie chce się wierzyć, że w „Gazecie Wyborczej”, będącej dla ogromnej rzeszy