radoska-1
15.07.11, 16:00
Rzecz dzieje się w jednej z peryferyjnych dzielnic Wrocławia. Wielki „poniemiecki” gmach z pięknym terenem wokół i mieszcząca się w nim mała, społeczna szkoła z garstką uczniów (w roku szkolnym 2010/2011 było ich 35). Jak w każdej szkole, tak i w tej jest DYREKTOR. Żadnemu z rodziców nie przeszkadza brak wyposażenia szkoły w super pomoce naukowe czy kolorowe krzesełka. Rodzice są szczęśliwi, że ich dziecko jest w małej grupie ( w klasie jest maksimum 15 uczniów) i zajmują się nim nauczyciele pasjonaci, z którymi zarówno rodzice jak i dzieci mają doskonały kontakt, a to owocuje dużymi postępami w nauce. Panuje wzajemna życzliwość i uczynność, można byłoby rzec „Rodzinna sielanka”. Organem założycielskim tej społecznej szkoły jest stowarzyszenie i jego prezes, którego funkcja jest czysto społeczna a odpowiedzialność cywilna.
Na pozór wszystko działa poprawnie. Szkołą kieruje pani DYREKTOR, wspomagana przez panią BIBLIOTEKARKĘ, panią SEKRETARKĘ i SZARĄ EMINENCJĘ - wiernego doradcę ( dosłownie, człowiek z pierścieniem biskupim na palcu), który pełni rolę członka honorowego stowarzyszenia.
Każdy z rodziców zastanawia się po jakimś czasie, dlaczego w tej szkole tak mało uczniów? Dlaczego niewykorzystane są pomieszczenia, bo gmach duży, potencjał rodziców i nauczycieli ogromny a szkoła ciągle boryka się z problemami finansowymi, ciągle balansuje na granicy bankructwa? No, ale, jak tłumaczy pani DYREKTOR: „opał jest strasznie drogi, media są strasznie drogie, szkoła jest biedna”. Każdy rodzic szanuje i podziwia panią DYREKTOR za to, co jest, współczuje problemów i wszystko spisuje na karb braku umiejętności managerskich pani DYREKTOR, braku zaradności, ale tłumaczy sobie: ważne, że człowiek dobry!
Taka „Rodzinna” atmosfera przerywana była, co jakiś czas, jak to określała pani DYREKTOR zamachami na szkołę w celu jej przejęcia, raz przez nauczyciela, raz przez radę rodziców, innym razem przez zarząd stowarzyszenia, który sama powołała ( przyjęła zupełnie obcych ludzi, chociaż w dobrym zwyczaju tej organizacji było, aby zarząd i stowarzyszenie składał się tylko z nauczycieli szkoły i rodziców). Nikt z rodziców ani nauczycieli nie wnikał w szczegóły, przekaz pani DYREKTOR był jasny: ratujmy szkołę!!! Apel pani DYREKTOR zawsze był skuteczny, kto żyw rzucał się na ratunek szkole w obronie uciśnionych. Nauczyciel został zwolniony, Rada Rodziców zabrała swoje pociechy i czmychnęła do innych szkół (jak się później okazało wszelkie inicjatywy rodziców czy to w formie pomocy finansowej, czy w formie opracowań poprawy sytuacji finansowej szkoły były odrzucane a pomysłodawcy traktowani jak intruzi, szykanowani i oczerniani) a zaborczy i zły zarząd został rozwiązany i przegoniony.
Jeden z takich obrońców (rodzic dziecka uczęszczającego do tej szkoły) odpowiedział na prośbę pani DYREKTOR, po ostatniej próbie przejęcia przez „obcych” i zgodził się zostać prezesem stowarzyszenia. Zadowolony i szczęśliwy społecznik, pełen satysfakcji z faktu, ze udało mu się obronić szkole przed złymi ludźmi, wziął się z zapałem za pracę społeczną. Pełen zaufania do swojego zastępcy w stowarzyszeniu – pani DYREKTOR, skarbnika pani BIBLIOTEKARKI i członka honorowego stowarzyszenia – pana „z pierścieniem biskupim, który „wieeeele może” jak go określały panie. Prezes mając w stowarzyszeniu tym razem nauczycieli i rodziców, zajął się „gaszeniem pożarów” ( naprawą c.o., cieknącego dachu, kranów…), kwestie zarządzania i finansowe pozostawił zaufanym i doświadczonym pani DYREKTOR i pani BIBLIOTEKARCE.
Niecały rok trwała „Rodzinna” sielanka. Jeden z nauczycieli śmiał poskarżyć się prezesowi, że dostał informację z ZUS-u o tym, że pani DYREKTOR nie płaci składek emerytalno - rentowych. Prezes, czym prędzej udał się z pytaniem do pani DYREKTOR: czy to możliwe? No i zaczęło się…
Pani DYREKTOR, pani BIBLIOTEKARKA i pan z biskupim pierścieniem zwołali spotkanie (pod pretekstem rozpatrzenia odwołania jednego z członków poprzedniej ekipy), zaprosili prezesa i oznajmili mu, że wszyscy nauczyciele złożyli rezygnacje z członkostwa w stowarzyszeniu, a „oni” je przyjęli i już mają na ich miejsce businessmanów, którzy przyjdą do szkoły „robić interesy”, a za miesiąc od tego spotkania, które nazwali „spotkaniem zarządu” będzie Walne Zebranie członków Stowarzyszenia, ale już z nowymi członkami. Prezes – społecznik, protestował, chciał poznać nazwiska „nowych”, pytał, dlaczego nauczyciele zrezygnowali, gdzie są rodzice? Pan „z pierścieniem biskupim na palcu” trzymając plik rezygnacji (w większości złożonych na ręce prezesa) oświadczył, ze o tym później…
Wciąż ufny w ludzką uczciwość prezes, napisał półprywatny list do pani DYREKTOR z pytaniami, które go dręczyły i wątpliwościami, które nim targały, miał nadzieję, że panie się mylą, a pan „ z pierścieniem biskupim na palcu” wprowadza je w błąd. Jakież było jego zdziwienie nazajutrz, kiedy został wezwany przed oblicze jaśnie panującej pani DYREKTOR wraz z jej pomocną panią BIBLIOTEKARKĄ…To już nie były te miłe panie, które znał, to były wściekłe harpie! Prezes najpierw został oskarżony o ubliżanie, potem dano mu do zrozumienia żeby nie podskakiwał, bo one znają Policję, Prokuratorów i jeszcze wyżej i lepiej byłoby dla niego gdyby trzymał buzię na kłódkę, a poza tym szkoła jest już zadłużona na 130 000zł z tytułu zaległości w ZUS i nie można już tego spłacić. Prezes przeżył szok. Na następny dzień poprosił w formie pisemnej, panią DYREKTOR o przygotowanie pełnej listy członków stowarzyszenia i sprawozdania finansowego, bo chciałby się przygotować do Walnego Zebrania, pierwszego w jego życiu. W odpowiedzi dostał również pismo, że takie „sprawozdanie” to jego sprawa a ona (pani DYREKTOR) nie ma takiego obowiązku. No i zrozumiał prezes, co się kroi. Te dwie mile panie i ten miły pan z „pierścieniem biskupim na palcu” to nie są mili ludzie, a on prezes-konserwator będzie odpowiadał finansowo za długi tego towarzystwa, chociaż nie miał dostępu do kasy. Zrobili z niego „słupa”. Naiwność ludzka nie zna granic! Prezes-słup pobiegł, więc po poradę prawną i usłyszał to, czego się spodziewał: ma Pan do czynienia z profesjonalistami, musi się pan bronić, musi pan zgłosić do Prokuratury te nadużycia, bo inaczej pan będzie odpowiadał za nie. Prezes- słup-społecznik poszedł, więc do Prokuratury, zapytać czy taka sprawa „nadaje się”, aby zaprzątać głowę Prokuraturze, w odpowiedzi usłyszał, że należy ją zgłosić jak najszybciej. Zgłosił, więc za kilka dni.
I na tym nasza opowieść mogłaby się zakończyć. Prezes, za przykładem innych przegonionych przez doborowe towarzystwo mógł zabrać swoją pociechę, znaleźć inną szkołę i odejść…
Tak zapewne by było, gdyby nie prośby i nalegania nauczycieli, ( którzy znaleźli w prezesie-słupie-społeczniku szansę na uratowanie pracy) i rodziców, dla których, tak jak i dla prezesa, ta właśnie szkoła była prawdziwie Rodzinna, a szukanie nowej dla ich pociech byłoby prawdziwą traumą, tragedią.
Podjął się, więc prezes walki o szkołę, o pracę dla nauczycieli, o miejsce nauki dla tej garstki dzieci z profesjonalistami, którzy maja znajomości w Policji, Prokuraturze i jeszcze wyżej. Pierwsze swoje kroki skierował do członka komisji rewizyjnej (po wykreśleniu wszystkich członków z listy stowarzyszenia, została tylko jedna osoba, która 5 lat temu miała córkę w tej szkole i była w serdecznych kontaktach z obiema paniami, zapłaciła tez składki członkowskie). Opowiedział, co wie i co się dzieje w szkole. Na żądanie komisji rewizyjnej stowarzyszenia natychmiast zostało zwołane Nadzwyczajne Walne Zebranie Członków Stowarzyszenia. Wszyscy zostali zaproszeni, oprócz pana z „ z pierścieniem biskupim na palcu”. Oczywiście „towarzystwo wzajemnej adoracji” zwołało naty