zybben
25.04.12, 13:15
Żaden mityczny "system" nie wymusza przyjmowania na uczelnie (a ściślej: na pewne kierunki) większej liczby studentów niż mieści się krzesełek w salach wykładowych, jakby chcieli niektórzy nasi akademicy. Problem nadmiaru studentów dotyczy wyłącznie szeroko rozumianych kierunków humanistycznych i społecznych, a więc tych, gdzie koszty kształcenia studenta są najmniejsze i można je jeszcze bardziej zaniżać, wręcz w nieskończoność, oczywiście razem z poziomem nauczania (m.in. też dlatego, że rynek dużo mniej skutecznie weryfikuje jakość dyplomów w naukach humanistycznych niż technicznych czy ścisłych), a także gdzie mizerne osiągnięcia badawcze polskich naukowców są rekompensowane dotacjami dydaktycznymi. Na kierunkach ścisłych i technicznych w zasadzie nie ma tego problemu. Zjawisko to znajduje oddźwięk wśród kandydatów na studia i studentów, dla których wciąż tanio kupiony dyplom ma większą wartość niż zdobyte solidne wykształcenie (co też jest pochodną sytuacji na polskim rynku pracy, gdzie przeważnie większe znaczenie w zdobyciu pracy i awansach mają znajomości i układy niż wiedza i kompetencje, a jedynym formalnym, obiektywnym kryterium jest właśnie "mgr" przed nazwiskiem). Jest popyt, to i jest podaż (która także w dużym stopniu wpływa na popyt), a uczelnie doskonale zwietrzyły interes i zbijają łatwą kasę w czasie boomu edukacyjnego. To uczelnie zepsuły jakość edukacji wyższej w Polsce i rynek absolwentów z dyplomem magistra. Dopóki ministerstwo odgórnie nie ureguluje corocznych limitów miejsc na kierunkach humanistyczno-społecznych, dopóty patologia będzie trwała. Choć, znając swoisty spryt polskich akademików, obawiam się, że nawet wówczas polskie uczelnie znajdą inną ścieżkę do ominięcia niewygodnych przepisów, mając tak naprawdę gdzieś poziom nauczania. Oczywiście nadal będą zwalać winę za fatalne rezultaty swojej działalności na trzech najwygodniejszych chłopców do bicia: "system", "szkoły średnie" i minister Kudrycką.
Co do poziomu dziennikarstwa i pasjonatów zaludniających redakcje gazet, stacji telewizyjnych i rozgłośni radiowych, to też miałbym co najmniej wątpliwości w stosunku do tego, co pisze red. Maciorowski, obserwując to, co się dzieje w mediach. Mam właśnie wrażenie, że zaludniają je właśnie tacy niedouczeni absolwenci różnych dziennikarskich szkółek, nie znający się kompletnie na rzeczy (w najlepszym wypadku), albo wręcz różni krewni i znajomi królika, nawet bez takiego wykształcenia (w najgorszym wypadku). Może to ci drudzy są dla red. Maciorowskiego uosobieniem pasjonata dziennikarstwa? Bo jakoś nie chce mi się wierzyć, że dzisiejsi dziennikarze z tytułem magistra piszą gorzej stylistycznie niż moja córka po gimnazjum, nie wiedzą, w którym miejscu w zdaniu postawić przecinek, nawet robią błędy ortograficzne, nie potrafią sprawdzić w Google poprawnej nazwy miejscowości, że Zieleniec nie leży w Karkonoszach, czy że coś takiego jak "Przedgórze Studenckie" zwyczajnie nie istnieje. Proszę nie tłumaczyć się brakiem czasu, bo na to wystarczy kilka sekund. Może by red. Maciorowski wyjaśnił te rzeczy, bo ja, mimo że gazet czytam mnóstwo, mam nawet jakieś doświadczenie dziennikarskie, to jednak wciąż nie potrafię zrozumieć owych tajników dziennikarstwa, które sprawiają, że w redakcjach mediów ludzie inteligentni, z dużą wiedzą i umiejętnościami nie mają szans w rywalizacji o etat z nieukami i ignorantami.