nomina
13.09.13, 17:45
I oto mamy rewelacyjny lek na depresję - zostać ginekologiem. Oto kobieta o włos unika śmierci, zostaje ubezpłodniona, okaleczona, a jej dziecko, do dnia porodu zdrowe jak rybka, umiera - a ginekolodzy nie mają sobie nic do zarzucenia.
W tylu sprawach umiera noworodek, matka zostaje kaleką i pozbawia się ją możliwości urodzenia dziecka - a ginekolodzy NIGDY nie mają sobie nic do zarzucenia. NIGDY. Co za szczęśliwa społeczność!
NIGDY nie usłyszałam, żeby taki ginekolog powiedział: "W moim odczuciu dołożyłem starań, by wypełnić swoje obowiązki prawidłowo. Uważam za swoją zawodową porażkę śmierć dziecka/kalectwo dziecka/matki/niepotrzebne skreślić i z uwagą zapoznam się z ekspertyzą, która wykaże, w którym momencie procedura nie zadziałała i czy był w tym mój nieświadomy udział". Nigdy żaden lekarz, wyuczony do ratowania zdrowia kobiet i pomocy dzieciom w przyjściu na świat, nie miał sobie nic do zarzucenia w związku z faktem, że pozostająca pod jego opieką kobieta została okaleczona, a dziecko zmarło. Pogratulować doskonałego samopoczucia! Ginekologia zamiast prozacu!
Jak budowlańcom zawali się chałupa, którą stawiają, to chociaż powiedzą głośno: " o, k..a, spier...ło się, szefie". A ginekolodzy - nieodmiennie szczęśliwi i "niemający sobie nic do zarzucenia".
Pozostaje mi powtórzyć nieśmiertelne życzenie dla lekarzy: oby Wam tak mechanicy hamulce w samochodach naprawiali, jak Wy nas leczycie.