es_wu
09.09.04, 19:47
Witam,
i kolejny kamyczek w sprawie dyskusji o inwestycjach. Szczególnie polecam
kawałki nt. przedwojennej i powojennej Warszawy, sposobu podejścia do
inwestycji w Wawie i Berlinie oraz Złotych Tarasów. Aha i wykrzykniku proszę
nie pisz mi, że to oderwane od rzeczywistości. Ja wiem, że opinie wykładowcy
ASP to nic, ja wiem, że Ty wiesz lepiej.... Ale i tak to wkleje.
I jescze jedno: nie chodzi mi o to, żeby kogokolwiek przekonać. Mam do
wszystkich czytających tylko jedną prośbę. Proszę Was bardzo serdecznie
przeczytajcie to, zrozumcie i POMYŚLCIE nad tym tematem przez 10 min. Nic
więcej nie oczekuję.
http://serwisy.gazeta.pl/wyborcza/1,34474,2226130.html
Dlaczego tak brzydko
Michał Stefanowski* 12-08-2004 , ostatnia aktualizacja 12-08-2004 18:07
Statystyczny Polak, który zatracił przekazywane z pokolenia na pokolenie
poczucie estetyki, ma kłopot z odróżnieniem ładnego od brzydkiego. Naśladuje
więc innych i często wybiera kiepskie wzorce
Polska to piękny kraj. Góry, morze, jeziora, zabytki. To prawda. Ale niezbyt
często w ten sam sposób można powiedzieć o miejscach, w których mieszkają i
które kształtują współcześni Polacy. Dlaczego wokół nas jest tak brzydko? Co
się stało, że zatraciliśmy poczucie estetyki?
Z chałupy do bloku
Nasze miasta od lat rozwijały się harmonijnie. Wsie nie były bogate, ale z
pokolenia na pokolenie przekazywano w nich wiedzę o sposobach budowania,
tradycyjnych formach i materiałach. Położone w malowniczych okolicach
ziemiańskie dwory to miejsca, w których chciało się żyć. Tak wyglądał świat
przeszłości.
Druga wojna światowa i kilkadziesiąt lat komunizmu skutecznie przerwały naszą
ciągłość kulturową. Wojna zdziesiątkowała polskie elity, zniszczyła świat i
kulturę żydowską. Komunizm zniszczył świat ziemiański. Za wroga uznał
mieszczaństwo. Jego celem była budowa nowego człowieka oderwanego od tradycji
i historii. Do tego potrzebna była zmiana struktury społecznej. Migrujące do
miast, oderwane od korzeni, chłopskie dzieci miały być doskonałym materiałem
do ulepienia "nowego człowieka". Pomieszanie kulturowe, przerwanie ciągłości i
brak wzorców sprawiły, że powojenne pokolenia Polaków zatraciły przekazywane z
pokolenia na pokolenie poczucie estetyki. Pozostali na wsi chłopi marzenia o
cywilizacji realizowali, przenosząc się z drewnianych chałup do wybudowanych z
pustaków minibloków. W ten sposób ulubiona przez przedwojennych artystów,
malownicza podhalańska wieś Szlembark, podobnie jak wiele w innych częściach
Polski, zamieniła się w skupisko betonowych pudełek. Materiał z tradycyjnych
chałup został zapewne wykorzystany do budowy domów letniskowych. Domów z
elektrycznością, bieżącą wodą i WC.
Zamiana drewnianych chałup na murowane domy nie musiała wynikać z konieczności
cywilizacyjnej. Wynikała z nieuświadomienia wartości własnej tradycji i chęci
zbliżenia wsi do miasta. Wystarczy spojrzeć na Skandynawię. Klimat surowszy od
naszego, poziom cywilizacyjny wyższy, a tradycyjne, drewniane domy są tam
dobre dla wszystkich.
Terror wielkiej płyty i graffiti
Spustoszenie przestrzenne dokonało się również w miastach. W wyniku szybkiej i
taniej rozbudowy w latach 60., 70. i 80. XX wieku powstały ogromne, trudne do
odróżnienia blokowiska. Powielane w całym kraju typowe projekty, a następnie
wielka płyta zniszczyły tożsamość i odmienny charakter wielu miejsc, w których
się pojawiły i które zdominowały. Przejeżdżając obok zbudowanych dla
pracowników płockiej Petrochemii szarych osiedli, trudno domyślić się, że parę
ulic dalej znajduje się malownicze miasto - historyczna stolica Mazowsza.
Takie same niespodzianki kryją się za wieloma osiedlami w różnych częściach
Polski.
Na świecie dużo wcześniej zrozumiano, że typ budownictwa mieszkaniowego, który
przez tyle lat fundowano nam w PRL-u, czyli duże, anonimowe, betonowe
sypialnie, jest przyczyną zerwania więzi społecznych, agresji, patologii i ma
destrukcyjny wpływ na kształtowanie osobowości młodzieży. Tam, gdzie to
możliwe, takie osiedla są po prostu likwidowane. Nam, z oczywistych powodów,
PRL-owskie osiedla będą jeszcze długo towarzyszyć - na mieszkania w tych
blokach ludzie czekali po kilkanaście lat. Jak na razie trzeba robić wszystko,
żeby je "uczłowieczyć" i nasycić innymi funkcjami niż tylko mieszkalne. Po
tym, co wydarzyło się w innych państwach, można mieć nadzieję, że w dalszej
perspektywie i nasze blokowiska znikną z pejzażu miast.
Nieodłącznym elementem obecnym w większości tego typu osiedli mieszkaniowych w
Polsce i za granicą jest graffiti - symbol wykluczenia, próba zademonstrowania
obecności przez młodzież z dołów społecznych. Różnica między Polską i
zagranicą polega na tym, że w cywilizowanych krajach graffiti ogranicza się
głównie do enklaw zamieszkanych przez tę młodzież, a u nas wkroczyło do
centrów miast, jest wszędzie. Przestrzeń publiczna jest terroryzowana przez
grafficiarzy. Niektórzy twierdzą, że graffiti stało się już wręcz symbolem
współczesnego miasta.
Praktyka większości miast europejskich dowodzi jednak, że wcale tak być nie
musi. Wystarczy odpowiednia organizacja służb miejskich i egzekwowanie prawa.
Podobnie jak nieprawdą jest, że niemożliwe jest wyeliminowanie nieuczciwych
taksówkarzy z ulic cywilizowanego miasta.
Polaka odwiedzającego Madryt, Mediolan czy Oslo może uderzyć wygląd
tamtejszych klatek schodowych. Są zazwyczaj eleganckie i bardzo zadbane.
Czasem wchodzi się z nich do skromnych mieszkań. U nas bywa odwrotnie. Żeby
dotrzeć do zadbanych mieszkań, przedzieramy się często przez upiorne, godne
slumsów "zony". Taka klatka schodowa to wciąż symbol sowietyzacji, braku
poczucia własności, identyfikacji z miejscem i braku wrażliwości na
przestrzeń, w której się żyje.
Zadbana świadczy o tym, że ludzie poczuli się u siebie, utożsamili się z
przestrzenią wspólną. Na szczęście to się już zmienia. Są spółdzielnie i
wspólnoty mieszkaniowe, w których mieszkańcy zrozumieli, że przestrzeń wspólna
jest również elementem ich życia. Kiedy w dwudziestoleciu międzywojennym
budowano spółdzielcze domy na warszawskiej Ochocie, ich mieszkańcy
własnoręcznie sadzili drzewa na pobliskich skwerach. Drzewa rosły i starzały
się razem z nimi. To były ich drzewa i ich miejsce.
Nowe oblicze miasta
Jakiś czas temu w holu Zamku Ujazdowskiego w Warszawie ustawiono obok siebie
dwie plansze pokazujące centrum stolicy sfotografowane z lotu ptaka w latach
30. i 80. XX wieku. To były dwa różne miasta. Przedwojenne - naturalnie
rozwijające się, zrozumiałe i logiczne, choć z pewnością nieidealne. Powojenne
- poszarpane, przypadkowe, niepołączone w jedną całość. Upadek komunizmu dał
Warszawie szansę na nowe życie, zdobycie "nowej twarzy". Duża część
niezabudowanych terenów w centrum miasta to szansa na wielkie inwestycje.
I są inwestycje. I jest "nowa twarz". Ale nie jest to twarz miasta
europejskiego. Decydują często pieniądze i chwilowe partykularne interesy.
Chaos przestrzenny i przypadkowość kojarzą się z miastami Ameryki czy
Dalekiego Wschodu.
Przeciwieństwem tego, co dzieje się w Warszawie, jest polityka władz Berlina,
obecnie największego placu budowy w Europie. Tam urbaniści precyzyjnie
zaplanowali, jak ma rozwijać się połączone miasto, i konsekwentnie ten plan
realizują. Do współpracy, obok architektów niemieckich, zaproszono czołowych
architektów z zagranicy. Ich zrealizowane projekty stanowią atrakcję
turystyczną. Co roku wydawana jest zaktualizowana wersja przewodnika po nowych
inwestycjach w Berlinie.
Nie wynika to tylko z zamożności jednego i braku pieniędzy drugiego miasta. To
efekt długofalowej polityki lokalnych władz w Berlinie. Jednym z autorów nowej
zabudowy Potsdammer Platz jest wybitny architekt Renzo Piano. Był
zainteresowany pracą nad projektem warszawskich Złotych Tarasów. Pojawiła się
więc szansa, że w centrum stolicy powstanie nie tylko wielka inwestycja, ale
równocześnie dzieło światowej architektury. Proje