Gość: adv
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
27.05.05, 02:35
Pare dni temu ktos zauwazyl samochod porzucony w Bielanach Wroclawskich.
Probowalismy dodzwonic sie na policje. Przez pare godzin.
Bezskutecznie.
Telefonu albo nikt nie odbieral albo byl zajety.
Po kilku dniach auto zostalo zdemolowane przez miejscowych.
Kiedy w koncu udalo sie dodzwonic na policje (proby byly podejmowane i z telefonow komorkowych
jak i ze stacjonarnych) okazalo sie ze auto zostalo skradzione i pozostalo nam obserwowac zalamana
rodzinke ktora sprzatala resztki auta z powybijanymi szybami i i poniszczonym wnetrzem.
A przeciez moglo pomoc odebranie telefonu.
Kolejna sytuacja.
Poznym wieczorem w okolicach Nowego Dworu zauwazam lezacego przy drodze czlowieka.
Sprawdzam czy zyje (zyje) i dzwonie na policje bo gosc mamrocze ze go ktos potracil.
DWADZIESCIA MINUT.
W tym czasie gosc zaczyna sie podnosic, okazuje sie ze jest po prostu pijany i mu sie przewrocilo.
Nitk go nie potracil, wszystko jest w porzadku.
A GDYBY NAPRAWDE ZOSTAL POTRACONY I POTRZEBOWAL POMOCY?
Cholera, ludzie, co sie dzieje?
Proste ruchy. W niejakich Amerykanskich Stanach odebranie telefonu na policje z komorki ma
absolutny priorytet nad wszystkimi zgloszeniami i czas odebrania to kilka sekund.
No bo przeciez zwykle polaczenia alarmowe z komorek to sytuacje "w trakcie".
W naszym kochanym miescie DWADZIESCIA MINUT?
Albo pare godzin....
Nie chce myslec co sie moze dziac gdy czyjes zycie jest naprawde zagrozone i usiluje dodzwonic sie
do sluzb ratunkowych szukajac pomocy.
Pozostawiam rozwadze i przemysleniu.