Gość: Roman
IP: *.ip.WRO.Korbank.PL
13.08.05, 00:51
Najpierw o przebiegu trasy. Miałem zamiar wybrać się na kilka dni w góry, ale
ze względu na nieciekawe prognozy dot. pogody zrezygnowałem. Dziś jednak
zapowiadało sie trochę lepiej (choć nie było tak różowo) więc ok 11.30
zebrałem się i wyruszyłem. Kierunek Sobótka, a co dalej to się zobaczy.
Spróbowałem innej trasy, ze Skałki do Małkowic i do Sadowic. Wyjeżdża się
przed Kątami, ale omija Romnów i Stoszyce z ich parszywym asfaltem. Minusem
jest dodatkowe 4 km. Za Kątami, nad autostradą, Kilianów, Piława, Kamionna,
mostek nad Bystrzycą i jesteśmy w Czerńczycach. Dalej wiadomo - Mirosławice,
Rogóe i Sobótka. Rozgrzany podjazdem wspinam się na przeł. pod Wieżycą
(najostrzejszy, choć krótki, asfaltowy podjazd w Masywie). Tu popas, i co
dalej. Godzina młoda więc jedziemy dalej, na przeł. Tąpadła. Decyduję się na
asfalt (trawersy leśne błotniste i miejscami mocno kamieniste - szkoda
roweru). Szybki zjazd spod Wieżycy ale nie można puścić się swobodnie, droga
kręta i dziurawa a spadek spory. I tak licznik pokazuje ponad 50. Po drodze
zjeżdżam nad zalew (dawno tam nie byłem). Pogoda nie najlepsza, chmury i
niezbyt ciepło. Wspinam się na przeł. Tąpadła, w porównaniu z poprzednim
podjazdem wydalam znacznie mniej potu mimo znacznie dłuższej drogi. Krótki
odpoczynek - sporo samochodów, większość przyjezdnych poszła chyba na Ślężę,
na ąćzce popasa kilka osób. Kolejna decyzja - jadę do Świdnicy (godzina nadal
młoda). Piękny zjazd do Tąpadeł (wioska o takiej samej nazwie jak przełęcz
między Ślężą a Radunią) - polecam. Nie chodzi w tym wypadku o napawanie się
prędkością, choć ta dochodzi do 50. Po kilkuset metrach wyjeżdżamy z lasu i
otwiera się wspaniały widok na góry, przede wszystkim Sowie z Wielką Sową na
czele. Wydają się olbrzymie, wraz ze zjazdem maleją i w końcu wcale ich nie
widać. Dziś powietrze słabo przejrzyste więc wrażenie umiarkowane. Widoczne
też G. Wałbrzyskie z charakterystycznym Chełmcem i dalej położone na zachód
pasma (dziś Karkonoszy nie widać). Zjeżdżałem tędy kilka razy i miłem okazję
podziwiać G. Sowie przy wspaniałej widoczności. Droga do Świdnicy wymarzona -
ruch minimalny. Z dala widać monumentalną wieżę bazyliki świdnickiej - chyba
najwyższa wieża kościelna na Śląsku (o ile pamiętam 103 m, wyższa była tylko
wieża kościła garnizonowego we Wrocławiu przed pożarami). To punkt
odniesienia gdy się nie zna Świdnicy i chce trafić do Rynku, który jest w
pobliżu i jest piękny. Tym razem Rynek omijam (byłem już w ostatnich
miesiącach 2 razy) i krystalizuje się cel podróży - Jawor. Dlaczego? Od
pewnego czasu myślę o odwiedzeniu rowerem Wąwozu Myśliborskiego. W latach 90.
byłem tam 3 razy, ale samochodem, ostatni chyba 10 lat temu. Dziś jednak tam
nie pojadę, ale choćby Jawor. Poza tym znam dobrą drogą powrotną. Każdy kto
jeżdził na trasie Krzeptów (Smolec) - Kębłowice - Skałka - Bogdaszowice
musiał spotkać drogowskazy właśnie na Jawor: Rakoszyce - Cesarzowice - Ujazd
Górny - Jawor. Droga prowadzi wioskami, z dala od większych miejscowości i
ruch samochodowy jest tu umiarkowany.
Szukam wyjazdu ze Świdnicy, trzeba kilkaset metrów jechać główną drogą z
Wrocławia do Wałbrzycha (znając miasto możnaby tak jechać by tylko ją
przeciąć). Jest - kierunek Legnica. Niestety, droga jest ruchliwa i dość
wąska, sporo ciężarówek. Za zjazdem na Jaworzynę, obok stacji benzynowej
Petrochemii Płock skęcam w prawo, kierunke Stanowice (wynik studiowania mapy,
droga prawie bez samochodów prowadzi równolegle do głównej). Dojeżdżam prawie
do Strzegomia. Tu popas. Jadę dalej, do Jawora 15 km. W połowie drogi starcie
z tirowcem (taka męska odmiana tirówki w przypadku tego egzemplarza), ale o
tym niżej. Jawor, krótki odpoczynek i dożywianie. Godz. 18, licznik pokazuje
118 km. Od Świdnicy towarzyszy mi już słońce, które przyjemnie grzeje. Szukam
wyjazdu - jest drogowskaz na Wrocław, a za przejazdem kolejowym na Ujazd
Górny. Teraz mam z wiatrem (do Jawora praktycznie cały czas pod wiatr).
Jedzie się przyjemnie, ale odczuwam w udach skłonność do skurczów mięśni więc
nie szarżuję. To chyba wynik wychłodznia przez większość trasy, trzeba było
jechać w długich spodenkach. Cały czas trzymamy się głównej drogi na Ujazd
Górny. Przed autostradą również, choć drogowskaz pokazuje
jedynie "Autostrada" ale zaraz za skrzyżowanie ma znów kierunek Ujazd.
Przejeżdżamy na autostradą. Ujazd, kierujemy się na Środę Śląską. Michałow i
Cesarzowice, tu chcąc dojechać do Skałki należy skręcić w prawo i po 100 m w
lewo. Ja jednak jadę do Środy, to moje rodzinne miasto i chcę się na chwilę
zatrzymać. Odpoczynek, zmiana przepoconego stroju na świeży. Ostatni etap -
najktórtsza droga, 94. raczej nie do przyjęcia. Można też jechać na Kąty i w
Rakoszycach skręcić na Skałkę - niestety, ta droga też jest ruchliwa - to
objazd Wrocławia do Oławy i kręci się tu dużo ciężarowców. Najbardziej
komfortowa dla rowerzysty jest trasa: Szczepanów- Zabór Wlk.-Białków-
Wilkostów-Brzezinka-Pisarzowice-Wilkszyn. To jednak za daleko na tę porę -
wyjeżdżam ze Środy o 20.20. Jadę kilka km 94, mijam Komorniki, dwupasmówką do
skrzyżowania Juszczyn i skręcam w lewo na Miękinię. Białków - Wilkostów (ten
odcinek fatalny dla rowera) - Brzezinka Śr. - Pisarzowice - Wilkszyn -
Kozanów. 2 km przed domem łapie mnie bolesny skurcz łydki. W domu jestem o 22.
Licznik pokazuje 198,17 km, 8:40 czystej jazdy i 22,8 AVS.
Mięśnie są obolałe, podczas kąpieli łapią mnie skurcze mięśni prawego uda.
Temperatura maksymalna nie przekraczała dziś 20 st., ale wiatr oraz pęd
powietrza podczas jazdy powodował, że odczuwalna (na rowerze) była o wiele
stopni niższa. To chłodznie, zbawienne podczas trzydzistostopniowych upałów
kosztowało mnie dziś wiele energii. Więcej niż podczas 203 km trasy ze
Śledzikiem (z tego połowa w górach) przy temp. ponad 30 st.
Przy okazji - trasa do Jawora to ok. 80 km mało ruchliwą drogą. Do Myśloborza
jeszcze ok. 5 km. Tak więc wycieczka do Wąwozu to ok. 180 km. Trasa jest
lekko pofałdowana.
Mimo wysiłku jestem z wycieczki zadowolony. Skąd więc mieszane uczucia?
Z zachowania samochodziarzy, a szczególnie jednego tirowca. Droga Świdnica -
Jawor była bardzo ruchliwa, w tym wiele ciężkich ciężarówek. Za Strzegomiem
dojeżdżam do niewielkiego wzniesienia przed Rogoźnicą. Słyszę za sobą
ciężarówkę, za chwile jest tuż za mną i trąbi. Jadę 30-50 czm od prawej
krawędzi jezdni, pobocza w zasadzie nie ma (wąski pas porośnięty zielskiem i
rów). Jadę więc dalej, przecież kroi się mi ok. 200 km trasa, to tyle co 1000
km dla tira. Nie będę wskakiwał co chwilę do rowu. Po chwili tir wyprzedza,
kabiną mija mnie w odległości ponizej 1 m, zaczepą dociska do krawędzi drogi.
Zjeżdżam maksymalnie jak się da, tył naczepy przechodzi kilkanaście cm ode
mnie. Dobrze, ze prędkość nieduża, inaczej zdmuchnął by mnie do rowu.
Wściekły rewanżuję się gestem uważanym powszechnie za obraźliwy (nie był to
gest Kozakiewicza, do tego potrzeba obu rąk). Tirowiec gwałtownie hamuje, ja
również, samochody na mną też. Ostrożnie wyglądam z lewej - facet otworzył
drzwi i coś bluzga, najwyraźniej ma ochotę wyskoczyć do mnie. Wyciągam z
kieszonki telefon i krzyczę, że dzwonię na policję. Tiroweic rusza
(rejestracja OB...). Jadę dalej, wyprzedza mnie przerażona rodzina w
osobówce.
Nie uważam bym zachował się niezgodnie z przepisami - do jazdy nadawała się
jezdnia, pobocze nie (w istocie go nie było).
Kilkanaście minut późnie, dojeżdżam do Jawora, droga pusta, jadę 0,5 m od
prawej krawędzi jezdni. Przeciąły klakson - wyprzedza mnie chyba Scorpio
(DDZ...) z kilkoma łebkami. Coś do mnie gestykulują - świry, droga szeroka na
chyba 5 m.
Już za Jaworem - droga pusta i znów klakson, stary rzęch Audi wyprzedza mnie
na zakręcie.
Co z tymi ludźmi się dzisiaj działo, upału nie było. Może perspektywa
długiego weekendu...
Jeszcze jedno - gdy jedzie za mną tir i nie ma możliwości