Gość: Historyk
IP: 216.233.72.*
11.10.05, 18:48
W czasopiśmie "Viva" z dnia 29 stycznia 2001 r. ukazał się obszerny wywiad z
Donaldem Tuskiem jako współtwórcą nowego wtedy ugrupowania politycznego pod
nazwa Platforma Obywatelska. W ramach tego wywiadu polityk mówił o
zagrożeniach jakie pojawiały się dla jego rodziny w trakcie jego kariery
politycznej. W pewnym momencie przeprowadzający ten wywiad Piotr Najsztub
zadał następujące pytanie: "A późniejsze zagrożenia parlamentarne, życie
towarzyskie etc? Nie groziła Panu na przykład choroba alkoholowa?"
Pytanie to wywołało żywą reakcję polityka. Zaczął zwierzać się ze swoich
przeżyć i niepokojów. Między innymi powiedział: "Była taka groźba. Dużo się
tu pije. Tutaj na Wiejskiej to jest problem bardzo wielu ludzi. Nasze życie
przypomina trochę życie w akademiku, trochę na biwaku, trochę na nieustannej
imprezie. (...) Rozejrzałem się i uznałem, że jestem na pewno w grupie
zagrożonej. Zacząłem poważnie myśleć o abstynencji."
Polityk stwierdza, że sam poradził sobie z problemem alkoholowym ale problem
ten ma, jego zdaniem, większość posłów: "Na pewno wprowadziłbym badania
alkomatem. Ludzie nie mogą przychodzić nietrzeźwi do pracy, nie mogą
przebywać na terenie zakładu pracy pod wpływem alkoholu. Nie ma w Polsce
ważniejszego zakładu pracy niż sejm, bo praca tych ludzi wpływa na życie
milionów ludzi. Gdyby tu wprowadzić alkomat i dyscyplinarne zwolnienie czyli
utratę mandatu, to byłaby rzeź straszna. Z całą pewnością ludzi zagrożonych
alkoholizmem lub alkoholików jest wśród parlamentarzystów bardzo dużo. Oni
muszą zacząć myśleć o tym jako o problemie."
Te dwie wypowiedzi jednego z najpoważniejszych, według sondaży
przedwyborczych, kandydatów na Urząd Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej
muszą wzbudzać poważny niepokój i rodzić ważne pytania.
Jeżeli elity polityczne, które stanowią w Polsce prawo i decydują o jej
losach robią to nierzadko w stanie upojenia alkoholowego to społeczeństwo nie
tylko może ale powinno się niepokoić.
Wypowiedzi Donalda Tuska dotyczą co prawda sytuacji z roku 2001, ale jeżeli
naprawdę była wtedy taka sytuacja "alkoholowa" w sejmie to może się ona
powtarzać i dziś i jutro tym bardziej, że wielu posłów to
posłowie "dożywotni". Być może Donald Tusk nieco przesadzał w ocenie rozmiaru
problemu. Byłoby to zrozumiałe. Im więcej posłów miałoby taki problem tym
łatwiej usprawiedliwiać siebie.
Istotnym pytaniem jest tu pytanie: dlaczego w ogóle Donald Tusk przyznał się
publicznie do tego, że ma takie problemy? Czyżby te jego problemy tak bardzo
rzucały się wielu osobom w oczy, że nie można już było tego przemilczać i
trzeba było uprzedzić sprawę, stępić ostrze ewentualnej krytyki?
Ważne również jest tu pytanie: jaki problem, dokładnie, miał Donald Tusk z
alkoholem w 2001 r. Czy było to "tylko" częste sięganie do kieliszka? A może
był to już alkoholizm? Jak wiadomo kto zostanie raz alkoholikiem jest nim do
końca życia. Nie musi to oznaczać, że będzie pił, ale zagrożenie jest stałe.
Zagrożenie takie zwiększa się gwałtownie w momentach szczególnego stresu.
Wielu alkoholików potrafiło nie pić przez kilka czy nawet kilkanaście lat, by
w momencie jakiejś sytuacji kryzysowej sięgnąć do kieliszka i powrócić do
nałogu. Sprawowanie urzędu Prezydenta RP naraża na wiele głębokich i
permanentnych stresów. Najłatwiej rozładować je sięgając po alkohol.
Sprawujący urząd Prezydenta Aleksander Kwaśniewski miał ten problem i rzucało
się to w oczy kilkakrotnie, co nie przyczyniło Państwu Polskiemu "punktów" na
arenie międzynarodowej i miało zapewne negatywny wpływ w wielu innych ważnych
porządkach.
Wszystkim chyba zależy na tym, aby kolejny prezydent nie posiadał takich
skłonności i nie powielał (czy nie zwielokrotniał) takich zachowań.
Wydaje się więc oczywiste, że trzeba domagać się od Donalda Tuska wyjaśnienia
i uszczegółowienia cytowanej wyżej wypowiedzi z 2001 r. oraz dowodu na to, że
takich problemów dziś już nie ma.