balanescu
21.09.02, 18:53
hm,
dziś najadłem się strachu. Jechałem sobie jak gdyby nigdy nic na lśniącym
swym rowerze - wtem! słyszę szczekanie jakiegoś opętanego bydlęcia. Zza
drzewa wyłonił się pędzący jak torpeda doberman i łup! trzasnął głową w moje
tylne koło (miał kaganiec). Właściciel stał gdzieś daleko, beztrosko sobie
wołajac: "Fafik..." czy jakoś tak, a mnie serce o mało nie wyskoczyło!!! Pies
ryknął na pożegnanie i pobiegł dalej. Ja pomyślałem "uf...". Długo stałem
przy murku biadając nad rozcentrowanym kołem i skrzywionym błotnikiem...
Cholera, powinienem był złapać tego przeklętego właściciela i wybatożyć ;)
a ja tylko stałem zdetonowany z wybałuszonymi gałami....
ech...