Gość: Mikołaj
IP: 85.219.243.*
11.01.06, 19:39
Tak jakoś zauważyłem ostatnio, że wcale nie tęsknię do sportowej/turystycznej
jazdy na rowerze. Obserwuję to u siebie od prawie roku, odkąd kupiłem holendra
i uczyniłem go swoim głównym środkiem transportu we Wrocławiu. Rower stał się
dla mnie narzędziem do przemieszczania się od punktu A do punktu B gdzieś na
planie miasta. Długie wycieczki, obcisłe ciuchy, rekordy predkości, śmieszne
kaski, kosmiczne technologie, tzw. "śrubkarstwo", liczenie kilometrów... te
aspekty kolarstwa całkowicie przestały mnie "kręcić". Rower ma mnie zawieźć na
uczelnię czy gdzie tam akurat potrzebuję się dostać.
Nie mówię, że to źle, specjalnie mnie to nie martwi, jazda miejska dostarcza
mi dość rowerowych przyjemności. Ale dziwną dla mnie jest ta przemiana. Ktoś z
Was doświadczył kiedyś czegoś podobnego?