Gość: artek
IP: *.wro.vectranet.pl / 213.199.196.*
16.04.06, 19:04
musze się wyżalić, bo tyle klęsk na raz jeszcze się na mnie nie zwaliło!
wraz z żoną pojechaliśmy na rowerach w rodzinne świąteczne odwiedziny.
trasa tradycyjna - od milenijnego w prawo, wałami aż do bartoszowic i dalej na
pl. grunwaldzki. powrót wałami od szczytnickiego w lewo.
najpierw na bartoszowicach rozpędzony w żółtych okularach nie zauważyłem w
porę żółtej barierki ...
straty - wygięta klamka i urwany uchwyt lampki.
ale jechało się świetnie, wcześnie rano, pusto ...
powrót po południu to już sogoma i gomora!
najpierw awantura tuż za mostem szczytnickiem - pan i władca rodziny wydarł
się że "wystraszyłem jego kobiety" dzwoniąc z odległości paru metrów - szli w
6 osób rozwaleni od lewej do prawej. bo mogłem objechać ...
500 metrów dalej nagłe hamowanie - pogięta przerzutka i urwany hak.
a mówili żeby wozić ze sobą rozkuwacz :))))
cóż, mądrym po szkodzie ...
żona pojechała dalej sama a ja niepyszny dokuśtykałem w butach spd do mamy.
szczęście że miałem świąteczne ubranko na przebranie, bo jechać autobusem w
obcisłych i kasku, sam obciach ;P
wracam do domu, a tam żona w ranach i otarciach! najpierw jełop który stanął
ze swoim rowerem i zablokował wąski podjazd - pierwsze bach!
potem dresiarzyk z panienką spacerujący po drodze dla rowerów - zaczepił przy
mijaniu o kierownicę, no i ewka łup w krzaki. zwraca dresowi uwagę, słyszy
krótki bluzg, i poszli.
spacerujące towarzystwo jest okropne. łażą, nie patrzą gdzie i jak, a w
świątecznym nastroju w najlepsze kwitnie agresja. niestety, są miejsca które w
niedzielne popołudnia należy na rowerze omijać.
za to szacunek i wielkie dzięki dla mijających rowerzystów którzy widząc mnie
w rozpaczy ;P zawracali i pytali czy nie potrzeba pomocy. nawet moja żona była
pod wrażeniem.