Gość: tepe
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
13.05.06, 21:31
Zaplanowałem jechać na wzgórza Trzebnickie, ale nie wyszło. Podwójnie. Mogłem
zacząć dopiero ok. 11, trasa Żórawina-Kotowice-(w ostatniej chwili cofnąłem
się z drogi nad Odrę na wysokości Czernicy)-jaz na Odrze (ach, jaki zachwycony
byłem)-Ratowice-, Czernica, Chrząstawa Wielka, Kątna, Raków, Borowa, tu
dylemat, wracać pociągiem (bo już lunęło po drodze, ale nie, dalej do przodu,
ale w stronę Wrocławia, tylko nie trasą warszawską), więc polnymi drogami do
Dobroszowa. Jadę leśną drogą, fajnie, sarny pryskają, ptaszki ćwierkają, a tu
bam, łańcuch uwiązł. 54 km od wyjazdu. Złażę z roweru, zaklinowana przerzutka
tylna w szprychach, jakoś dziwnie wysoko, Wyplątuję, a tu cała przerzutka wisi
na łańcuchu. Hak się zerwał (w przerzutkę wbił się patyk, pewnie podniesiony
kołem, zaklinował łańcuch). Uch, ale się las nasłuchał... zdjąłem przerzutkę,
jak to Mac Giver multitoolem (jak na złość imbusy w domu zostały, pewnie
dlatego, że mam dwa komplety...) i usiłowałem założyć łańcuch na największe
koła. Gdzie tam, co chwila spadał. Nie mam spinki, skrócić nie miałem jak. No
to na piechotę. Wichura, piaskiem w oczy, później już solidna ulewa, a ja
truchtam z rowerem po drodze w stronę Szczodrego, stamtąd stacja Długołęka, do
Wrocławia. Tempo 6 km/h, czasem 7. Co chwila łańcuch spada, wlecze się po
ziemi albo blokuje tarczę z przodu. W Szczodrem miałem jeszcze ok. 40 min do
pociągu, ale mocno powątpiewałem. Kierowca pchał rowery do furgonetki,
uprzejmie odmówił podwiezienia do Długołęki. Autobus 604 bardzo uprzejmie
wziął mnie, dojechałem do pl. DOminikańskiego, rączy kłus na stację, 10 minut
do pociągu i mogłem sobie kontemplować swój rower. Shit. A w piątek wybieram
się w 80 km, do Nysy, chyba mi zrobią. Ten hak dziwnie wyglądał w przełamaniu:
jak żeliwo, a nie stal wysokogatunkowa. Ale albo zgubiłem albo wyrzuciłem
(części przerzutki mam).