60-lecie Lotniczych Zakładów Naukowych !

12.10.06, 20:16
Lotnicze Zakłady Naukowe, najsłynniejsza niegdyś w Polsce szkoła średnia,
obchodzą w sobotę 60-lecie.

Ukończyli ją Wojciech Pokora, Janusz Rewiński i Adam Grehl. Tak jak inni
uczniowie Lotniczych Zakładów Naukowych wstawali skoro świt, chodzili w
szaroniebieskich mundurkach, gdy chcieli zapalić, udawali dzikie gęsi i przez
cały semestr klepali młotek, żeby dostać zaliczenie.
Dyscyplina z małym Meksykiem
Budzić się trzeba było razem z kurami. Cały dzień chodzić w szaroniebieskim
mundurku. Przez pierwszy semestr klepać młotek na zaliczenie. Udawać dziką
gęś, jak się chciało zapalić. A mimo to w czasach świetności o jedno miejsce w
szkole starało się do 10 kandydatów z całej Polski!

Nic dziwnego – chłopcy w dzieciństwie jak nie chcą zostać strażakami, to na
pewno latać samolotami. A zanim się siądzie za stery, wiadomo, że dobrze jest
umieć naprawić silnik odrzutowca. Albo zreperować podwozie, które nie chce się
chować do środka. Po pięciu latach w Technikum Budowy Silników Lotniczych, bo
tak najpierw nazywały się Lotnicze Zakłady Naukowe, można więc zacząć się
uczyć na pilota albo inżyniera od mechaniki na politechnice. Pójść do pracy w
przemyśle, np. do Fabryki Samochodów Osobowych, jak zrobił to na kilka lat
absolwent Wojciech Pokora, fenomenalny aktor komediowy. Można też usłyszeć
głos z prawdziwej góry, gdzie samoloty już nie dolatują, i przyjąć święcenia.
– Jakieś 80 proc. naszych adeptów poszło ścieżką techniczną – oblicza Zbigniew
Bocheński, przez 53 lata nauczyciel przedmiotów zawodowych w LZN. – Ale kilku
moich wychowanków zostało księżmi, a jeden rabinem.

Drut na szpiegów
Bocheński trafił do szkoły zupełnym przypadkiem. Był rok 1952, skończył
Wydział Mechaniczny na Politechnice Krakowskiej (tam miał najbliżej z Nowego
Targu, skąd pochodzi). Dostał po prostu nakaz pracy.
– Przyjechał pan z ministerstwa szkolnictwa do spraw zatrudnienia – opowiada
Bocheński. – Mnie i dwóch kolegów spytał, czy znamy Wrocław. Nie znaliśmy,
więc przez trzy lata mieliśmy okazję to nadrobić.
Szkoła, jeszcze o nazwie Technikum Budowy Silników, otoczona drutem
kolczastym, mieściła się w budynkach Wytwórni Sprzętu Komunikacyjnego na Psim
Polu. Nazwa WSK, podobnie jak druty, powstała z myślą o szpiegowskim
elemencie, który mógł kręcić się wokół byłej fabryki silników Fasil.
Produkowało się w niej przecież silniki do migów, iskier i innego sprzętu
latającego. Jeden z budynków to był internat, którym zarządzało dwóch
komendantów. Każda klasa, oprócz wychowawcy w szkole, miała też opiekuna w
internacie. W szkole kadra chodziła w białych fartuchach i wykładała z
wysokich katedr, uczniowie – w szaroniebieskich mundurach, z obowiązkową
tarczą, czyli gapą na ramieniu.
– Te mundury były zmorą, bo obowiązywały jeszcze na początku lat 90. –
wspomina Marek Gutterwill, analityk bankowy. – Ale szybko odkryliśmy, że
dzięki nim udawało się w kawiarni dostać lampkę wina. Bo wyglądało się poważniej.
W barakach, w których przedtem mieszkali robotnicy z WSK, powstały warsztaty i
laboratoria. Tam nie trzeba było słuchać lekcji w takim skupieniu, jak w
szkole. Warczały maszyny, można się było porozumieć z kolegami nie tylko na
temat zajęć.
– Gdzieś na początku lat 50. ówczesny dyrektor Bekier spytał kierownika
laboratorium, Jana Hobota, co tam się dzieje, bo doszły go niepokojące słuchy
– wspomina Bocheński. – Hobot wtedy powiedział: Panie dyrektorze, no jak to
panu wytłumaczyć? Taki mały Meksyk w karnawale.
Dyrektor nie miał więcej pytań. Dziś na budynku warsztatów wisi napis Mexico City.

Kibel za baki
W końcu druty wokół szkoły zniknęły, ale Janusz Rewiński, jeden z
najpopularniejszych teraz satyryków kraju, jeszcze je pamięta. Naukę zaczął w
1963. Koledzy mówią, że był wtedy podobny do każdego innego, tylko nie do
siebie. Mały, drobny, z krótkimi, raczej jasnymi włosami i całkiem spokojny.
– A jaki miałem być? – pyta Rewiński. – Na egzaminy z tych moich Żar, gdzie
można było tylko wybrać wino albo kino, jechałem jako 14-letni facet najpierw
pociągiem na Dworzec Świebodzki, potem tramwajem na pl. Grunwaldzki, potem
autobusem na Psie Pole. Jak okazało się, że zdałem, to zaraz chciałem wracać.
Nie usłyszałem, że trzeba zapisać się na szycie munduru i do internatu.
Dlatego potem musiałem chodzić w szarym, kaprawym mundurku, który uszyła mi w
końcu siostra, bo pracowała w więziennictwie i dostała deputat. Mieszkałem na
początku w separatce w szpitaliku przy szkole, w baraku. Byłem brzydkim
kaczątkiem i popychłem wszystkich. Dopiero potem trochę zmężniałem, gdy
dostałem się do internatu – zaznacza.
W internacie panował wojskowy dryl. O atmosferę dbali komendanci: Śledź i
Ślimak. Pomagał im w tym Józef Biczysko, wychowawca klasy Rewińskiego w
internacie.
– Nie byłem najgrzeczniejszy – zaznacza satyryk i aktor. – Dlatego w zapiskach
Biczyska miałem takie uwagi: śpi w łóżku, chodzi w butach, urządza biegi za
WSK – wylicza. Wstawać ci z internatu musieli o szóstej rano, a potem siedzieć
do dzwonka na śniadanie obok łóżka na taborecie. Niektórzy jednak po posłaniu
rzucali się dalej do spania. Wpadał wtedy Śledź, Ślimak lub Biczysko i uwaga
gotowa. W internacie i szkole można było chodzić tylko w kapciach filcowych.
Za zbyt długie włosy lub baki – trzykrotne mycie kibla.
– Żeby zapalić, biegliśmy za WSK – wyznaje Rewiński. – Wzorowaliśmy się na
dzikich gęsiach. Mają taką strategię, żeby wylądować w szczerym polu. Wtedy
widzą, czy nie podchodzi ich drapieżnik. Biegliśmy więc całą bandą i
rozglądaliśmy się, czy leci już za nami Biczysko. Gdy po kilku machach już
nadciągał, rzucaliśmy papierosy i zawracaliśmy do niego. Nic nie czuł, bo sam
palił.

Młotek na michałki
W klasie Rewińskiego było kilka koleżanek. Po co dziewczyny szły do takiej
wojskowej szkoły?
– Mnie posłał tu tata – wyjaśnia Barbara Oleszek, obecna dyrektor szkoły. –
Był pilotem, latał antkami w północnej Afryce. Mnie interesowała historia,
inkwizycja, obyczajowość średniowiecza. Ale tata stwierdził, że na michałki
zawsze znajdę czas i potrzebny mi konkretny zawód – śmieje się dyrektor.
W pierwszej klasie nie było jej jednak do śmiechu. Dyscyplina w szkole ją
przerażała, a młotek, który miała wyklepać w pierwszej klasie na warsztatach
na zaliczenie, śni jej się czasem do dziś.
– Młotek i łyżka do opon – wzdraga się inny absolwent, przewodniczący
samorządu uczniowskiego, Adam Grehl, teraz wiceprezydent Wrocławia. Mimo
ciężkich chwil w tokarni i szlifierni nie wybrałby innej szkoły. Mówi, że
oprócz świetnie prowadzonych zajęć technicznych, na wysokim poziomie były też
przedmioty ogólnokształcące. I niesamowita szkoła życia.
– Polonistka z wielkim wdziękiem prowadziła swoje lekcje. – wspomina Grehl.
– Takiej atmosfery nie miała żadna szkoła – mówi wiceprezydent z przekonaniem,
prawnik z wykształcenia.
Niektórzy absolwenci zostali pilotami.
– Leciałam kiedyś do Turcji na wakacje samolotem – wspomina dyrektor Oleszek.
– W pewnej chwili stewardessa zaprosiła mnie do kabiny pilotów. Okazało się,
że za sterami siedział absolwent naszej szkoły. Powiedział mi: Pani profesor,
niech pani z nami wraca do Polski, w Turcji zaraz będzie lało. Miał rację. Ci
z lotnictwa mają najlepsze prognozy meteorologiczne.

Anna Gabińska

Słowo Polskie / Gazeta Wrocławska
    • el4 pozdrawiam Nauczycieli i Absolwentów 12.10.06, 21:19
      spotkajmy się w sobote
      • sztuk6mistrz Re: pozdrawiam Nauczycieli i Absolwentów 12.10.06, 21:23
        Witam, też chodziłem (częściej biegłem) do LZN-u. Za Świątka podciągającego
        spodnie i mówiącego - za moich czasów w zakładach Fokewulfa...
    • marcinek101 Re: 60-lecie Lotniczych Zakładów Naukowych ! 12.10.06, 22:41
      Oj!!! Będzie się działo!!! Do zobaczenia w sobote!!!

      Miło wspominam te pięć lat !!!
      pozdr. M
      • Gość: yeti Re: 60-lecie Lotniczych Zakładów Naukowych ! IP: *.internetdsl.tpnet.pl 13.10.06, 20:49
        hehehehe, ja tyż bedem. Balanga zapowiada się się nie z tej ziemi.
Pełna wersja