Gość: Breslauer81
IP: *.ar.wroc.pl
19.01.07, 06:42
Dzisiaj rano jak zwykle zaspany zerwałem się do pracy na rowerze. 50m za
domem pierwsza niespodzianka, której wszak dojrzeć nie mogłem z winy
nieświecącej latarni: długi element żeliwny starego poniemieckiego domu spadł
był z dachu jego i tak umiejętnie wpasował się w trasę moją, że charakteru
trajektorii nabrała. Pofrunąłem byłem po kolizji z owym dziwadłem o masie
nieskromnej i wlądowałem na bruku przeklinając niemiecką architekturę lat
trzydziestych. Klejną niespodzianką zaś był kubeł śmieci leżacy za zakrętem
ostrym, com miał w zwyczaju do dzisiaj brać ze znaczącą prędkością. Choć
kubeł gruzem nie był napchany i jeno dziecko mogłoby je podnieść to w
zderzeniu z tą niespodziweaną kubaturą skazany byłem na kolejną wywrotkę, co
omały włos w kałuży by się nie skończyła. Resztę trasy pokonałem nad wyraz
ostrożnie jak na tamtą porę dnia. Strach pomyśleć co będzie w drodze
powrotnej, albowiem jadąc dziś rano niemal przez cały czas wicher w plecy mi
wiał sprzyjejąć mojemu bicyklowaniu. A jak u Was rozegrał się owy poranek?
Na pogodę narzekał nie będę, bo i tak sprzyjająca jest mojej rowerowej pasyi.