europejka_blondynka
28.03.07, 00:14
Chciałabym opisać swoje doświadczenia z pewna nieuczciwą firmą zajmującą się
branża komputerową. Konkretnie mówiąc to Ar*st , sklep komputerowy z
Wrocławia.
W miesiącu październiku 2006 roku zakupiłam komputer w sklepie mieszczącym
się na ul. Biskupiej.
Wybrałam notebooka firmy Acer. Oferta wydawała mi się korzystna, ponieważ
sprzęt wykazywał się imponującymi parametrami technicznymi a poza tym był to
komputer niewielki i co najważniejsze jego cena było dla mnie idealna.
Kosztował dokładnie 3 tyś.zł. bez 5 zł.
Na moje pytanie w momencie kupna o serwis, zostałam zapewniona, że serwis
znajduje się nieopodal Rynku na ul. Odrzańskiej i że z naprawami serwisowymi
nie ma najmniejszego problemu. Była to dla mnie informacja bardzo istotna bo
na w/w notebook producent przewidział jedynie 12 miesięcy gwarancji .
Po usłyszeniu takiej odpowiedzi, bez lęku wyciągnęłam gotówkę z portfela i
zapłaciłam bardzo sympatycznemu panu, który mnie obsługiwał. Naprawdę
profesjonalnie zostałam obsłużona. Komputerek przy mnie został
zademonstrowany, nawet pan był tak miły, że zainstalował mi system operacyjny
i zademonstrował możliwości mojego nowego nabytku. Wraz z komputerem
otrzymałam instrukcję obsługi w formie książki ( w kilku językach – w tym
oczywiście w języku polskim) , kabel zasilający do notebooka oraz niewielka
książeczkę wielkości nowego dowodu osobistego zapisaną w kilku językach dla
mnie niezrozumiałych np. chińskim, japońskim, rosyjskim itd. z wyjątkiem
języka polskiego. Na moje pytanie co stanowi gwarancję do mojego komputera
otrzymałam jasna odpowiedź, że faktura jest gwarancją.
Komputerek służył mi bez zastrzeżeń przez dokładnie 3 miesiące bo nie
używałam go zbyt często. W styczniu zaczął szwankować. Pojawiały się jakieś
błędy bez powodu. Zawieszał się bez przerwy. Potrafił się wyłączać w trakcie
pracy.
Ponieważ w chwili zakupu nie dostałam żadnych sterowników ani systemu na
płycie zapytałam sprzedawcę co w chwili gdy z komputerem coś się zacznie
dziać . Odpowiedział, ze w instrukcji obsługi jest jasno objaśniony sposób
stawiania systemu operacyjnego na nowo krok po kroku z dysku.
Przeczytałam uważnie instrukcję, wykonałam wszystkie polecenia zamieszczone w
książce ale nic to niestety nie dało. Komputer nadal zachowywał się w
nieprzewidywalny sposób. Postanowiłam odnieść go do serwisu. Dokładnie 31
stycznia 2007 roku.
Pan, który mnie przyjął na ul. Odrzańskiej był wyraźnie obrażony, że w ogóle
musi ze mną rozmawiać, i cały czas wtrącał się do naszej rozmowy pan
naprawiający obok jakieś stare komputery (jak się okazało później –sam szef).
Wyjaśniłam panom wszystko- dokładnie opisałam co się dzieje z komputerem.
Poprosiłam aby włączyli go przy mnie i sami zobaczyli co się dzieje. Nie
zrobili tego jednak. Za to usłyszałam, że nie będą sprawdzali bo to nie ich
rzecz bo i tak komputer wysyłają UWAGA !!! do CZECH. Serwis co prawda na
miejscu jest ale ogranicza się do pakowania sprzętu na gwarancji do kartonów
i wysyłania go za granicę naszego kraju!!!
Wszystko to nic….dostałam do podpisania kwit z oświadczeniem, że zgadzam się
na dokonanie w ramach serwisu naprawy komputera w terminie nie
przekraczającym 28 dni. Oczywiście nie miałam wyboru bo po co mi popsuty
komputer, nawet jak jest zupełnie nowy – prawda? Pan zapisał sobie mój numer
telefonu komórkowego i prosił abym na stronie Aresta śledziła losy swojego
komputera, w stosownej chwili miałam odnaleźć pod symbolem mojego sprzętu
informację, że komputerek jest gotów do odbioru. Sprawdzałam na stronie
mojego ulubionego sklepu stan mojego komputera co kilka dni. Minął miesiąc
bez odzewu, więc udałam się do serwisu w celu ustalenia co się dzieje.
Usłyszałam, ze komputer co prawda z Czech wrócił ale producent stwierdził, ze
nie jest uszkodzony i wszystko działa tak jak powinno. Na taka informację
zareagowali wreszcie panowie w serwisie przy ul. Odrzańskiej i postanowili
sprawdzić (pewnie raczej udowodnić, że klientka nie miała racji). Włączyli
notebooka i niestety znowu zaczęły pojawiać się komunikaty o których słyszeli
ponad miesiąc temu. Byli niepocieszeni… postanowili sprzęt spowrotem wysłać
do producenta. Dodam tylko, że mimo iż panowie dysponowali moim numerem
telefonu – nie zostałam powiadomiona o tym fakcie. Komputer pojechał na
kolejną wycieczkę.
Dwa tygodnie później wciąż nie były znane losy mojego komputera. Panowie nie
potrafili powiedzieć kiedy do mnie wróci a mi zwyczajnie znudziło się
czekanie, szczególnie, że zgodnie z warunkami umowy w momencie kupna i
później w chwili oddawania notebooka do serwisu precyzyjnie określony był
termin usunięcia usterki.
Wykonałam kilka telefonów do federacji praw konsumenta i inspekcji handlowej.
Według porad jakie otrzymałam, firma nie wywiązała się z umowy więc mogę
domagać się do odstąpienia od niej i żądać zwrotu gotówki. Napisałam do firmy
Arest emaila z dokładnym wyjaśnieniem całej sytuacji i z prośbą, aby nasze
drogi rozeszły się polubownie. Poprosiłam o zwrot gotówki. Oczywiście nie
dostałam odpowiedzi na emaila do dzisiaj.
Udałam się do sklepu, w którym dokonywałam zakupu dokładnie dnia 19 lutego
2007 roku. Pracownicy na moją prośbę o zwrot gotówki nie mogli podjąć decyzji
( co jest dla mnie zrozumiałe). Z trudem udało mi się zdobyć nazwisko
właściciela i numer telefonu do serwisu w którym właśnie pan się znajdował.
Zadzwoniłam do niego siedząc naprzeciw jego pracownika ze swojego telefonu
komórkowego. Pan był delikatnie mówiąc grubiański i bezczelny. Robił mi
łaskę, że w ogóle ze mną rozmawia gdyż było już dziesięć minut po 18 i pan
był po pracy. Na moje tłumaczenia, że w sklepie byłam po 17 i tyle czasu
trwało moje tłumaczenie pracownikom i docieranie do szefa- pan się jedynie
zaśmiał. Na żądanie zwrotu gotówki usłyszałam, że nie ma takiej możliwości bo
to nie jego sprawa, ze serwis w Czechach nawalił, ze w sumie moim problemem
jest ten komputer i że mogę się co najwyżej odwołać przez okno. W wielkim
skrócie mówiąc pan właściciel świetnej firmy Ar*st powiedział mi, że on to co
ode mnie chciał – czyli pieniądze w gotówce – już otrzymał i mogę teraz
spadać ze swoimi prawami i żalami do Pana Boga.
Pan był na tyle arogancji i bezczelny, że wyszłam ze sklepu i zadzwoniłam na
policję. Ta oczywiście zgłosiła się na interwencję, spisała stosowna notatkę
i wyraziła jedynie współczucie w stosunku do mnie. W sumie nic więcej nie
mogłam zrobić tego dnia. Następnego zaś udałam się do Inspekcji handlowej.
Tam wyjaśniono mi dokładnie jakie prawa i obowiązki mają obie strony sporu.
Dowiedziałam się, ze na terenie Polskie prawo stanowi, że każdy przedmiot
powinien posiadać gwarancję napisana w języku polskim. Ja otrzymałam
książeczkę bez tłumaczenia a chińskiego nie musze znać. W świetle prawa
niedopatrzenie ze strony właściciela firmy stanowi wykroczenie. Poza tym
bezsprzecznie został naruszony termin wykonania usługi gwarancyjnej i zgodnie
z przepisami obowiązującymi w naszym kraju mam prawo domagać się zwrotu
pieniędzy w związku z niewywiązaniem się z umowy. Ja ze swojej strony
zrobiłam to co trzeba czyli zapłaciłam za sprzęt w momencie kupna i
dostarczyłam go do serwisu w okresie trwania gwarancji. Sklep jednak nie
zachował się odpowiednio bo nie dość, że formalnie rzecz biorąc w świetle
prawa nie dostarczył karty gwarancyjnej ( bo ta wydana w językach obcych może
być traktowana jako nie wydana – w naszym kraju obowiązuje urzędowo język
polski ) to nie dotrzymał warunków oświadczenia, które podpisałam świadomie
w momencie oddawania komputera sprzętu do serwisu, według którego sprzęt miał
być naprawiony i mi wydany do 28 dni od daty dostarczenia.
Tym razem na piśmie zażądałam od właściciela zwrotu pieniędzy powołując się
na kodeksy i paragrafy. Osobiście zaniosłam pismo do właściciela firmy. Ten