rozmowa Ł. Medekszy z Grzegorzem Braunem

11.05.07, 08:10
Tytuł nadany przez o2.pl tej informacji jest typowo sensacyjny. Dobrze jednak,
że przynajmniej tą drogą G. Braun ma możliwość odpowiedzieć na zarzuty. Tych,
którzy myślą o nim z nienawiścią (nie brak na forum takich wpisów) również
zachęcam do lektury.
Wysłuchane powinny być zawsze obie strony.

www.pardon.pl/artykul/1577/lustrator_grzegorz_braun_jestem_poslancem_zlej_nowiny
Łukasz Medeksza | Czwartek [10.05.2007, 16:19]

To on ogłosił, że prof. Jan Miodek był agentem SB. To od niego dowiedziałem
się o agenturalnym epizodzie w biografii Henryka Tomaszewskiego. Wcześniej pod
tym kątem analizował przeszłość Lecha Wałęsy. Oto autoryzowana rozmowa z
Grzegorzem Braunem, wrocławskim dokumentalistą, żarliwym zwolennikiem
lustracji. Mówi głównie o Wrocławiu, ale oddaje klimat, jaki panuje wokół
lustracji w całej Polsce.

Rozpętał Pan burzę ujawniając na żywo w Polskim Radiu Wrocław agenturalny
epizod w biografii prof. Jana Miodka. Wcześniej rozprawił się Pan z hr.
Wojciechem Dzieduszyckim. Co Pan teraz czuje?

- Powszechnie wiadomo już, że jestem kompletnie nieczuły. W związku z tym nie
mogę udzielić barwnej odpowiedzi na to pytanie. Jeśli w jakiś sposób
przyczyniam się do ujawnienia faktów istotnych dla opinii publicznej, to w
żaden sposób nie można tego nazwać "rozprawą" z kimkolwiek. W ekspresowym
tempie "rozprawiono się" natomiast ze mną: w ciągu kilku dni po audycji, w
której zgodnie z prawdą nazwałem prof. Miodka informatorem policji politycznej
PRL, przestałem być współpracownikiem Polskiego Radia Wrocław. Straciłem też
zajęcia na Uniwersytecie Wrocławskim.

Jak to się stało?

- Prowadziłem skromne zajęcia w studium podyplomowym na dziennikarstwie na
Uniwersytecie Wrocławskim. Przez osoby trzecie przekazano mi informację, że
już tam nie pracuję. Podobno p. dziekan zalecił niepłacenie mi za już odbyte
zajęcia – ale to chyba zbyt głupie, zbyt łatwe do wygrania w sądzie, by było
prawdziwe.
A, jeszcze moi koledzy, którzy jakiś czas temu zaprosili mnie do rady pewnej
fundacji kulturalnej, zaraz po audycji w PRW z dość smutnymi minami
poinformowali mnie, że to już nieaktualne. Rutynowe działania podjęła
oczywiście "Gazeta Wyborcza", która publikuje kłamstwa, ale nie publikuje
sprostowań.
Poza tym jakieś anonimowe telefony z obelgami do moich najbliższych. W sumie -
standard.

Czuje się Pan rozgoryczony, że wrocławskie elity odrzucają Pana?

- Najwyraźniej każdy ma takie "elity", na jakie zasłużył. Nie, nie czuję się
rozgoryczony.

Stał się Pan istnym enfant terrible Wrocławia.

- Może i "terrible", ale raczej nie "enfant" - mam 40 lat. A co do
wrocławskich "elit", to myślę, że dziś lepiej rozumiemy, jak świat wygląda,
jak działa i na czym polega.

No i na czym polega ten świat?

- Przykładowo: kiedy z końcem lata 2006 zapoznałem się ze aktami TW "Jeden"
alias "Turgieniew", uznałem za stosowne rozmawiać o tym "na mieście" tylko z
dwiema osobami. Pierwszą był sam główny zainteresowany, Wojciech Dzieduszycki
– tu na prośbę rodziny odstąpiłem od realizacji wywiadu filmowego. Drugą –
Mieczysław Orski, redaktor naczelny „Odry”, pisma, które było jednym z
obiektów działalności TW "Turgieniewa" i które byłoby zatem, jak to w mojej
naiwności przedkładałem panu Orskiemu, najbardziej stosownym miejscem
pierwszej publikacji na ten temat. Nie wiedziałem wówczas, że Orski sam ma w
życiorysie epizod tajnej współpracy z SB (pod kryptonimem "101") i stąd jego
żywiołowa niechęć do konfrontacji z przeszłością. [Mieczysław Orski odniósł
się do tych oskarżeń w "Gazecie Wyborczej Wrocław" - Ł.M.].
Gdy wkrótce potem Wojciech Dzieduszycki wystosował do władz miasta list z
informacją o fakcie współpracy z UB/SB, redakcja miesięcznika "Odra" uznała za
stosowne opublikować jedynie tekst, w którym to ja okazałem się czarnym
charakterem – dręczycielem steranych wiekiem godnych obywateli. Obok można
było przeczytać, że do Wrocławia "dotarła fala lustracji". Otóż niniejszym
ogłaszam, że nie ma żadnej "fali lustracji". Jest stojąca woda, która porosła
rzęsą i ma nieświeży zapach. Taka właśnie jest sytuacja we Wrocławiu – że nie
użyję bardziej drastycznych porównań z innymi elementami instalacji
kanalizacyjnych.

Rozumiem, że jest Pan osobą, która oczyszcza tę stojącą wodę.
- Proszę nie przeceniać mojej roli w tej historii. Ja jestem po prostu
posłańcem złej nowiny. Raz na jakiś czas dowiaduję się o czymś, co wydaje mi
się istotne dla życia publicznego i nie czynię z tych informacji tematu plotek
kawiarnianych, tylko...

… ogłasza je Pan.

- Albo zadaję odpowiednie pytanie samemu zainteresowanemu, co skłania kogoś
takiego, by samodzielnie podać smutne fakty do wiadomości publicznej. Albo też
– jak w przypadku prof. Miodka – korzystam z możliwości zakomunikowania opinii
publicznej Wrocławia i okolic, że jest dezinformowana.

Jerzy Sawka, redaktor naczelny "Gazety Wyborczej Wrocław", napisał o Panu
drwiąco: "Braun udowadnia, że jak się bardzo chce, to można. To on więc w
pojedynkę powinien tworzyć wrocławski oddział IPN. Braun, Grzegorz Braun,
wystarczy za wszystkich śledczych opłacanych z naszych podatków. On zlustruje
Wrocław jak się patrzy i przy okazji zrealizuje ideę taniego państwa".

- Pan Sawka – co jest typowe dla „Gazety Wyborczej” – nie docenia ciężkiej,
systematycznej i solidnej pracy, jaką wykonują badacze i archiwariusze IPN.
No, ale jest redaktorem gazety, która zdążyła skrytykować przygotowaną przez
IPN wystawę "Twarze wrocławskiej bezpieki" jeszcze przed jej wernisażem. Gdy
historycy IPN badają historię najnowszą, to jednym ze standardowych chwytów
przeciwko nim jest grymaszenie, że czepiają się Bogu ducha winnych agentów, a
nie interesują się funkcjonariuszami resortu. Otóż właśnie wrocławski oddział
IPN – jako pierwszy w Polsce – przygotował wystawę oraz publikację o czołowych
funkcjonariuszach bezpieki. Ale "Gazeta Wyborcza" oceniła tę wystawę przed
otwarciem jako bardzo zły projekt.

Wróćmy do prof. Miodka. Podał Pan publicznie informację, że był on tajnym
współpracownikiem SB…

- Przypominam, że wcześniej Jan Miodek wystąpił w charakterze pierwszego
skrzypka, który dał znak do rozpoczęcia kolejnej fazy kampanii
antylustracyjnej. Dlatego uznałem, że działam w stanie wyższej konieczności.
Teraz warto słuchać Jana Miodka. Warto analizować, co mówi. Warto przyglądać
się, w jak subtelny sposób ewoluowała jego własna wersja opowieści o
kontaktach z SB. Uważam, że wiedza o bodaj tylko tych faktach, które prof.
Miodek sam ogłosił pod wpływem mojego wystąpienia, należała się już wcześniej
jego kolegom i podwładnym, zanim zaczął ich namawiać, by nie składali
oświadczeń lustracyjnych.

Ale nie przedstawił Pan dowodów potwierdzających tezę, że prof. Miodek był
agentem SB.

- Proszę zauważyć, że prawdziwość podanej przeze mnie informacji natychmiast
potwierdził w swych enuncjacjach sam zainteresowany. Gdy dowiedziałem się, że
był wśród informatorów politycznej policji PRL, mogłem zachować tę informację
dla siebie. Wtedy jednak stałbym się uczestnikiem pewnej zmowy.

Skąd Pan miał tę informację?

- Nie mogę tego powiedzieć. Nie mogę też powiedzieć nic więcej na temat prof.
Miodka, bo w ten sposób mógłbym wskazać moje źródło.

W mediach pojawił się domysł, że informacja pochodziła z tzw. zbioru
zastrzeżonego IPN.

- Nie waham się oświadczyć, że w sprawie zbioru zastrzeżonego mamy do
czynienia z aferą. [W owym zbiorze znajdują się akta niedostępne nikomu z
zewnątrz. Gdyby akta prof. Miodka były w zbiorze zastrzeżonym, oznaczałoby to,
że z jakiegoś powodu ktoś je tam ukrył – Ł.M.].

Wskazał Pan publicznie prof. Leona Kieresa jako głównego bohatera tej "afery".
O co chodzi?

- Prof. Kieres, jako były prezes IPN, odpowiada
    • glos.drugiej.strony Re: rozmowa Ł. Medekszy z Grzegorzem Braunem 11.05.07, 08:11
      cd.

      Wskazał Pan publicznie prof. Leona Kieresa jako głównego bohatera tej "afery". O
      co chodzi?

      - Prof. Kieres, jako były prezes IPN, odpowiada za działania, które skutecznie
      uniemożliwiają opinii publicznej poznanie istotnych informacji z biografii
      znaczących uczestników życia publicznego.

      On zaś odpowiada, że nie może mówić o tym, co jest, a czego nie ma w zbiorze
      zastrzeżonym, bo złamałby w ten sposób tajemnicę państwową.

      - To taki "paragraf 22", którego używa się przeciwko polskim obywatelom. Chodzi
      o to, żebyśmy nie poznali prawdy o ludziach, którzy nami rządzą, którzy
      przemawiają do nas z telewizora i pouczają nas w gazecie w najróżniejszych
      sprawach. Przypadek Jana Miodka jest jednym z wielu. Jego autorytet naukowy jest
      wykorzystywany do dezinformowania społeczeństwa w dziedzinach niezwiązanych z
      filologią polską. Notabene na studiach polonistycznych miałem u p. Miodka,
      wówczas docenta, piątkę z gramatyki opisowej. Zatem nie kwestionuję
      autentycznego autorytetu językoznawcy, kunsztu oratora i talentu szołmena. Ale:
      "pilnuj szewcze kopyta" – chciałoby się powiedzieć.

      W zeszłym roku w podobny sposób jak prof. Miodka zaatakował Pan posła Grzegorza
      Schetynę, sekretarza generalnego Platformy Obywatelskiej.

      - Nie przypominam sobie, żebym kogokolwiek "atakował".

      Zasugerował Pan na żywo we wrocławskiej telewizji, że warto przyjrzeć się
      przeszłości Schetyny.

      - Podałem przykład tego polityka jako istotnego uczestnika życia publicznego,
      zwracając uwagę na to, że biografie takich postaci stanowią temat być może
      niedostatecznie eksploatowany przez dziennikarzy. Tylko tyle i aż tyle. Notabene
      wówczas wszyscy, łącznie z "GW", która teraz o tym pisze, udawali, że nie
      dosłyszeli. Bez dalszego komentarza.

      Ale co Pan ma na myśli mówiąc, że warto przyglądać się biografiom polityków?

      - Myślę, że czeka nas jeszcze wiele zdziwień.

      Czy naprawdę uważa Pan, że media niedostatecznie analizują biografie polityków?

      - Nie przybliżają obywatelom faktów z życia istotnych graczy na scenie politycznej.

      Dlaczego tak się dzieje?

      - Bardzo namawiam dziennikarzy, publicystów politycznych i kulturalnych, by
      zainteresowali się swoją historią, swoimi miejscami pracy, swoim środowiskiem.
      Dokumenty na ten temat nie są tajne. Już dawno można było np. zapoznać się z
      aktami dotyczącymi spektakularnego przypadku Lecha Isakiewicza, literata,
      obecnego prezesa Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie, niegdyś tajnego
      współpracownika SB o pseudonimie "Kasander" [pisała o tym "Rzeczpospolita" -
      Ł.M.]. Można o nim z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że wybrukował sobie
      ścieżkę kariery donosami. Zostawił ich setki. Podobno złożył już negatywne
      oświadczenie lustracyjne. Jestem ciekaw procesu w tej sprawie, ponieważ jego
      przypadek jest doskonale udokumentowany. "Kasander" awansował do Warszawy m.in.
      za usługi, jakie oddawał SB przy inwigilacji środowiska literackiego we
      Wrocławiu. Został przejęty przez warszawską centralę SB. W jego warszawskiej
      teczce pracy znajdują się m.in. rękopiśmienne donosy, w tym bodaj jeden
      podpisany przez niego własnoręcznie imieniem i nazwiskiem, a nie pseudonimem.

      Jak inwigilowane były media? Wiem, że pod tym kątem interesował się Pan
      wrocławskim ośrodkiem Telewizji Polskiej.

      - Ściślej: ośrodkiem radia i telewizji, bo kiedyś to był jeden Radiokomitet.
      Ośrodek wrocławski był kontrolowany przez SB w ramach sprawy obiektowej o
      kryptonimie "Helios". Jej dokumentacja zachowała się w stanie szczątkowym. Ale
      nie można wykluczyć, że dalsza kwerenda pozwoli poszerzyć wiedzę na ten temat.

      Co to była za sprawa?

      - Telewizja interesowała służby specjalne jako zakład pracy istotny z punktu
      widzenia strategicznych interesów systemu. W drugiej połowie lat 80. na terenie
      wrocławskiego ośrodka radia i telewizji działało blisko dwudziestu tajnych
      współpracowników SB. Jeśli do tej liczby dodamy kontakty operacyjne i służbowe
      wśród zatrudnionych tam członków partii (aż 2/3 zespołu dziennikarskiego to byli
      "partyjni", którzy zatem formalnie nie mogli być tajnymi współpracownikami SB) i
      doliczymy współpracowników służb wojskowych, to okaże się, że osoby nie należące
      do tej sieci niejawnych uzależnień były raczej wyjątkami od reguły.

      Ma Pan ze sobą kopie jakichś dokumentów.

      - Bo chcę pokazać panu coś anegdotycznego. To przykład na to, w jaki sposób
      nieregulaminowe działanie funkcjonariusza SB prowadzi do dekonspiracji tajnego
      współpracownika. W aktach sprawy obiektowej "Twórcy" dotyczącej środowiska
      literackiego we Wrocławiu można znaleźć pewną kopertę – załącznik do jednego z
      dokumentów. Znajduje się w niej wycinek z prasy: artykuł, jaki ukazał się w
      "Słowie Polskim" [wrocławska gazeta codzienna – Ł.M.] w 1976 r., napisany przez
      tajnego współpracownika SB o pseudonimie "Melpomena" – jak zaznaczył odręcznym
      dopiskiem na kopercie funkcjonariusz (z charakteru pisma innych, sygnowanych
      dokumentów wnioskuję, że był to inspektor sekcji IV, Wydziału III tutejszej SB,
      plut. Andrzej Głowacki). Tekst dotyczył działalności koła młodych przy
      wrocławskim oddziale Związku Literatów Polskich.

      Artykuł jest podpisany imieniem i nazwiskiem.

      - A był inspirowany przez SB. Wystarczy otworzyć tę kopertę, by z podpisu pod
      artykułem poznać nazwisko agenta. W ten sposób TW „Melpomena”, wrocławski
      dziennikarz, którego donosy przewijają się przez sprawę o kryptonimie "Twórcy",
      został zdekonspirowany przez własnego oficera prowadzącego. Ów oficer nie mógł
      wszak przypuszczać, że po trzydziestu latach jego nonszalancja oszczędzi
      badaczowi sporo czasu.
      Warto czytać oryginalne dokumenty. Ich lektura szybko rozwiewa rozliczne mity
      propagandy antylustracyjnej.

      Chętnie podaje Pan nazwiska agentów, podpowiada jak ich zdemaskować.

      - Bez przesady. Raczej niechętnie uczestniczę w zmowie milczenia. Trzeba jednak
      widzieć sprawę inwigilacji środowisk twórczych, w tym dziennikarskich, szerzej.
      Bo ani tajni współpracownicy, ani nawet sama SB, ani cenzura, nie były kołami
      zamachowymi tamtego systemu. Główną instancją, która kreowała, dominowała,
      inspirowała, zakazywała, cenzurowała była Polska Zjednoczona Partia Robotnicza.
      To Służba Bezpieczeństwa meldowała i raportowała partii, a nie partia Służbie
      Bezpieczeństwa. Pamiętajmy więc, że tajni współpracownicy to tylko ogniwo
      niższego rzędu w całym systemie. Kiedy więc interesujemy się tajnymi
      współpracownikami w redakcjach czy w środowiskach twórczych, to zainteresujmy
      się również osobami, które kontrolowały te środowiska z ramienia PZPR. Jeśli
      interesuje nas inwigilacja redakcji, to pytajmy nie tylko o nazwiska tajnych
      współpracowników, ale przede wszystkim odnotujmy nazwiska redaktorów naczelnych
      i ich zastępców.

      Korci mnie, by pytać Pana o kolejne nazwiska, kolejne tropy. Ale nie wiem czy
      nie przekraczamy jakiejś granicy.

      - No właśnie. Ja jestem tylko reżyserem. Z przyjemnością czytałbym publikacje na
      ten temat, słuchałbym, co mają do powiedzenia badacze i przedstawiciele świata
      akademickiego. Bardzo chciałbym, żeby ta rzeczywistość, o której rozmawiamy
      została przedstawiona w pracach badawczych oraz – kto wie – może także w
      dziełach artystycznych. Sam wolałbym zająć luksusową pozycję kibica, telewidza,
      czytelnika.

      Tymczasem jest Pan reżyserem i tworzy Pan ten spektakl.

      - Mój głos jest słyszalny nieproporcjonalnie donośnie.
      Moje "Plusy dodatnie, plusy ujemne" [słynny film Brauna o Lechu Wałęsie - Ł.M.]
      zechciały obejrzeć już setki tysięcy internautów – sporo jak na film kompletnie
      przemilczany w "mejnstrimowych-reżimowych" mediach. Tymczasem gdyby o sprawie TW
      "Bolka" można było przeczytać w codziennej gazecie, gdyby w księgarni można było
      kupić przynajmniej jedną źródłową biografię Lecha Wałęsy, ja mógłbym zająć się
      sztuką.
      Powtórzę: redaktorzy "Odry" napisali, że do Wrocławia "dotarła fala lustracji".
      A to nie żadna fala, tylko stojące bajoro, nad którym trwa uporc
      • glos.drugiej.strony Re: rozmowa Ł. Medekszy z Grzegorzem Braunem 11.05.07, 08:13
        cd.

        Powtórzę: redaktorzy "Odry" napisali, że do Wrocławia "dotarła fala lustracji".
        A to nie żadna fala, tylko stojące bajoro, nad którym trwa uporczywa cisza. I
        gdy ktoś w tej ciszy od czasu do czasu podzieli się skromną wiedzą o faktach, to
        jego głos wydaje się bardzo donośny.
        • homo-vratislaviensis "rozmowa" z padliną 11.05.07, 08:16
          Człowieku, nie obrzydzaj nam forum. Twój "bohater", to padlina, i nie promuj
          padliny.....
          • Gość: Janosik Re: Oto głos wykształciucha IP: *.MAN.atcom.net.pl 12.05.07, 14:13
            karmionego padlina peerelowską:)
        • Gość: wejeska Re: rozmowa Ł. Medekszy z Grzegorzem Braunem IP: *.akron.net.pl 11.05.07, 16:06
          Ta rozmowa z ofiara spolecznego ostracyzmu jest naprawde swietnym tekstem,ktory
          nie pozostawia najmniejszych watpliwosci na temat charakteru i postawy pana
          Brauna.Dowodow wspolpracy prof.Miodka z SB nie ma,ale oskarzyciel dalej
          bezkarnie kreuje fakty,nazywajac profesora informatorem SB.Oswiadczenie
          prof.Miodka inwigilowanego przez ubekow traktuje
          jako potwierdzenie swego oszczerstwa.Szczerze wyznaje,ze puscil tego baka,bo
          Prof.Miodek publicznie smial wypowiedziec sie przeciwko lustracji.
          Jako student zdal gramatyke opisowa na piatke,taki byl dobry,i nie odmawia
          Miodkowi aktorskich zdolnosci,ale powiada"pilnuj szewcze kopyta".
          On,Grzegorz Braun ma te wlasciwe kompetencje moralne i intelektualne by oceniac
          i kwalifikowac ludzi by zabierali glos w sprawach publicznych ,badz nie.
          Marzy mu sie robienie sztuki,ale narazie musi spelniac swa inkwizytorska
          misje,bo we Wroclawiu cuchnie.
          Juz pan zrobiles jeden film a jego wartosc dokumentalna jako zywo kojarzy mi
          sie z czasami propagandy sukcesu,panskiego sukcesu rzecz jasna.
          Mdli mnie od miazmatow takich person jak pan.Zdumialo mnie tylko jedno w tym
          panskim bohaterskim wyznaniu,to mianowicie,ze masz pan jakichs bliskich,ktorzy
          doswiadczali przykrosci z powodu panskich oblesnych ambicjonerskich aktywnosci.
          Wspolczuje im z powodu tej bliskosci i z powodu doznanych przykrosci.
          • ja22ek Re: rozmowa Ł. Medekszy z Grzegorzem Braunem 11.05.07, 17:16
            >Dowodow wspolpracy prof.Miodka z SB nie ma,

            Ściślej mówiąc, może ma, ale ich nie ujawnia. To jego zasadniczy błąd.

            >dalej bezkarnie kreuje fakty

            Może mówić co chce. A ewentualną karę za oszczerstwa może mu wymierzyć sąd. Nb.
            wcześniej nazywasz go "ofiara spolecznego ostracyzmu", więc jakąś karę de facto
            już poniósł.

            >powiada"pilnuj szewcze kopyta".

            I to jest najsłuszniejsza uwaga pana B. - autorytet ma się w swojej dziedzinie,
            a w innych dziedzinach jest się równym zwykłym ludziom.

            >ma te wlasciwe kompetencje moralne i intelektualne by oceniac

            Każdy ma prawo oceniać. I każdy za swoje oceny może ponosić odpowiedzialność,
            jeśli naruszy czyjeś dobre imię.

            >Mdli mnie od miazmatow takich person jak pan

            Trochę dystansu nie zawadzi.

            >bohaterskim wyznaniu

            Po co ta uszczypliwość?

            >oblesnych ambicjonerskich aktywnosci

            Gniew ponosi aż do braku zrozumiałości.

            >Wspolczuje im z powodu tej bliskosci

            Chyba niepotrzebnie.

            >i z powodu doznanych przykrosci

            I to jest ciekawe. Profesor Miodek poskarżył się "Zaczyna się moje piekło". A
            to piekło jak się zaczęło, tak się i skończyło. A tu pan B. sam na siebie i
            swoją rodzinę ściąga piekło. Po co mu to właściwie?
    • Gość: Danone Re: rozmowa Ł. Medekszy z Grzegorzem Braunem IP: *.wroclaw.mm.pl 11.05.07, 10:19
      Wszystko to jest bardzo smutne. Pan Grzegorz Braun popełnił podstawowy błąd -
      wydał wyrok nie będąc sądem. Jeśli znalazł materiały podpisane przez Prof.
      Miodka to są to materiały, które powinny być zweryfikowane. Nie można twierdzić,
      że cała prawda o ludziach jest zawarta w ubeckich teczkach.
      • hrabiaa Potrzebna pomoc 11.05.07, 17:26

        A mnie, rodziny i samego Brauna nie żal. Przyroda ma zasadę: nic w niej nie
        ginie - chciał , to ma. Tak więc, Braun to ofiara swej osobowości i szaleńczej
        obsesji. Winien popracować z lekarzami od osobowości nad swym losem.
        • Gość: jaco Re: Potrzebna pomoc IP: *.westnet.ie 11.05.07, 17:46
          A mnie sie podoba co on robi.
          • Gość: wrocek Re: Potrzebna pomoc IP: *.ssp.dialog.net.pl 12.05.07, 09:57
            to życzę Ci abyś niegdy nie był w takiej sytuacji jak prof. Miodek gdzie trzeba
            udowadniać, że nie jest się wielbłądem. Ja tez żyłem w tych czasach i je
            pamiętam ! i czasami trzeba było podpisać odbiór paszportu albo zdać relację
            gdzie się jedzie, u kogo będzie się mieszkało z kim spotykało i gdzie.
            Przypomnę, że teraz aby dostać wizę amerykańską też trzeba napisać we wniosku
            do kogo się jedzie i czy ma się pieniądze na pobyt !! Braun nie ma żadnego
            prawa aby takie informacje przekazywać, bo o wyrokach powinien decydować
            niezawisły SĄD !!! nie podaje źródeł i tak dalej ! Kim on jest że przyznał
            sobie prawo takiego "czyściciela" ? jak się rozpędzi to zlustruje swojego ojca,
            który był dyrektorem teatru współczesnego za komuny a potem mieszkał w Stanach
            i przysyłał synkowi wypasione paczki !!! Chłopie pomyśl chwile i nie rób
            wioski !!
    • Gość: ddf Re: rozmowa Ł. Medekszy z Grzegorzem Braunem IP: *.as.kn.pl 12.05.07, 10:17
      rzygam taki tekstami o takich scierwach...
    • Gość: Janosik Re: Tylu Ubeków IP: *.MAN.atcom.net.pl 12.05.07, 14:15
      i ich popleczników we Wrocławiu? Z forum wynika że wiekszosc!
      Strach zyc w takim ubekistanie
      • Gość: jaco Re: Tylu Ubeków IP: *.westnet.ie 12.05.07, 15:31
        tak z tego wynika:))))
Pełna wersja