glos.drugiej.strony
11.05.07, 08:10
Tytuł nadany przez o2.pl tej informacji jest typowo sensacyjny. Dobrze jednak,
że przynajmniej tą drogą G. Braun ma możliwość odpowiedzieć na zarzuty. Tych,
którzy myślą o nim z nienawiścią (nie brak na forum takich wpisów) również
zachęcam do lektury.
Wysłuchane powinny być zawsze obie strony.
www.pardon.pl/artykul/1577/lustrator_grzegorz_braun_jestem_poslancem_zlej_nowiny
Łukasz Medeksza | Czwartek [10.05.2007, 16:19]
To on ogłosił, że prof. Jan Miodek był agentem SB. To od niego dowiedziałem
się o agenturalnym epizodzie w biografii Henryka Tomaszewskiego. Wcześniej pod
tym kątem analizował przeszłość Lecha Wałęsy. Oto autoryzowana rozmowa z
Grzegorzem Braunem, wrocławskim dokumentalistą, żarliwym zwolennikiem
lustracji. Mówi głównie o Wrocławiu, ale oddaje klimat, jaki panuje wokół
lustracji w całej Polsce.
Rozpętał Pan burzę ujawniając na żywo w Polskim Radiu Wrocław agenturalny
epizod w biografii prof. Jana Miodka. Wcześniej rozprawił się Pan z hr.
Wojciechem Dzieduszyckim. Co Pan teraz czuje?
- Powszechnie wiadomo już, że jestem kompletnie nieczuły. W związku z tym nie
mogę udzielić barwnej odpowiedzi na to pytanie. Jeśli w jakiś sposób
przyczyniam się do ujawnienia faktów istotnych dla opinii publicznej, to w
żaden sposób nie można tego nazwać "rozprawą" z kimkolwiek. W ekspresowym
tempie "rozprawiono się" natomiast ze mną: w ciągu kilku dni po audycji, w
której zgodnie z prawdą nazwałem prof. Miodka informatorem policji politycznej
PRL, przestałem być współpracownikiem Polskiego Radia Wrocław. Straciłem też
zajęcia na Uniwersytecie Wrocławskim.
Jak to się stało?
- Prowadziłem skromne zajęcia w studium podyplomowym na dziennikarstwie na
Uniwersytecie Wrocławskim. Przez osoby trzecie przekazano mi informację, że
już tam nie pracuję. Podobno p. dziekan zalecił niepłacenie mi za już odbyte
zajęcia – ale to chyba zbyt głupie, zbyt łatwe do wygrania w sądzie, by było
prawdziwe.
A, jeszcze moi koledzy, którzy jakiś czas temu zaprosili mnie do rady pewnej
fundacji kulturalnej, zaraz po audycji w PRW z dość smutnymi minami
poinformowali mnie, że to już nieaktualne. Rutynowe działania podjęła
oczywiście "Gazeta Wyborcza", która publikuje kłamstwa, ale nie publikuje
sprostowań.
Poza tym jakieś anonimowe telefony z obelgami do moich najbliższych. W sumie -
standard.
Czuje się Pan rozgoryczony, że wrocławskie elity odrzucają Pana?
- Najwyraźniej każdy ma takie "elity", na jakie zasłużył. Nie, nie czuję się
rozgoryczony.
Stał się Pan istnym enfant terrible Wrocławia.
- Może i "terrible", ale raczej nie "enfant" - mam 40 lat. A co do
wrocławskich "elit", to myślę, że dziś lepiej rozumiemy, jak świat wygląda,
jak działa i na czym polega.
No i na czym polega ten świat?
- Przykładowo: kiedy z końcem lata 2006 zapoznałem się ze aktami TW "Jeden"
alias "Turgieniew", uznałem za stosowne rozmawiać o tym "na mieście" tylko z
dwiema osobami. Pierwszą był sam główny zainteresowany, Wojciech Dzieduszycki
– tu na prośbę rodziny odstąpiłem od realizacji wywiadu filmowego. Drugą –
Mieczysław Orski, redaktor naczelny „Odry”, pisma, które było jednym z
obiektów działalności TW "Turgieniewa" i które byłoby zatem, jak to w mojej
naiwności przedkładałem panu Orskiemu, najbardziej stosownym miejscem
pierwszej publikacji na ten temat. Nie wiedziałem wówczas, że Orski sam ma w
życiorysie epizod tajnej współpracy z SB (pod kryptonimem "101") i stąd jego
żywiołowa niechęć do konfrontacji z przeszłością. [Mieczysław Orski odniósł
się do tych oskarżeń w "Gazecie Wyborczej Wrocław" - Ł.M.].
Gdy wkrótce potem Wojciech Dzieduszycki wystosował do władz miasta list z
informacją o fakcie współpracy z UB/SB, redakcja miesięcznika "Odra" uznała za
stosowne opublikować jedynie tekst, w którym to ja okazałem się czarnym
charakterem – dręczycielem steranych wiekiem godnych obywateli. Obok można
było przeczytać, że do Wrocławia "dotarła fala lustracji". Otóż niniejszym
ogłaszam, że nie ma żadnej "fali lustracji". Jest stojąca woda, która porosła
rzęsą i ma nieświeży zapach. Taka właśnie jest sytuacja we Wrocławiu – że nie
użyję bardziej drastycznych porównań z innymi elementami instalacji
kanalizacyjnych.
Rozumiem, że jest Pan osobą, która oczyszcza tę stojącą wodę.
- Proszę nie przeceniać mojej roli w tej historii. Ja jestem po prostu
posłańcem złej nowiny. Raz na jakiś czas dowiaduję się o czymś, co wydaje mi
się istotne dla życia publicznego i nie czynię z tych informacji tematu plotek
kawiarnianych, tylko...
… ogłasza je Pan.
- Albo zadaję odpowiednie pytanie samemu zainteresowanemu, co skłania kogoś
takiego, by samodzielnie podać smutne fakty do wiadomości publicznej. Albo też
– jak w przypadku prof. Miodka – korzystam z możliwości zakomunikowania opinii
publicznej Wrocławia i okolic, że jest dezinformowana.
Jerzy Sawka, redaktor naczelny "Gazety Wyborczej Wrocław", napisał o Panu
drwiąco: "Braun udowadnia, że jak się bardzo chce, to można. To on więc w
pojedynkę powinien tworzyć wrocławski oddział IPN. Braun, Grzegorz Braun,
wystarczy za wszystkich śledczych opłacanych z naszych podatków. On zlustruje
Wrocław jak się patrzy i przy okazji zrealizuje ideę taniego państwa".
- Pan Sawka – co jest typowe dla „Gazety Wyborczej” – nie docenia ciężkiej,
systematycznej i solidnej pracy, jaką wykonują badacze i archiwariusze IPN.
No, ale jest redaktorem gazety, która zdążyła skrytykować przygotowaną przez
IPN wystawę "Twarze wrocławskiej bezpieki" jeszcze przed jej wernisażem. Gdy
historycy IPN badają historię najnowszą, to jednym ze standardowych chwytów
przeciwko nim jest grymaszenie, że czepiają się Bogu ducha winnych agentów, a
nie interesują się funkcjonariuszami resortu. Otóż właśnie wrocławski oddział
IPN – jako pierwszy w Polsce – przygotował wystawę oraz publikację o czołowych
funkcjonariuszach bezpieki. Ale "Gazeta Wyborcza" oceniła tę wystawę przed
otwarciem jako bardzo zły projekt.
Wróćmy do prof. Miodka. Podał Pan publicznie informację, że był on tajnym
współpracownikiem SB…
- Przypominam, że wcześniej Jan Miodek wystąpił w charakterze pierwszego
skrzypka, który dał znak do rozpoczęcia kolejnej fazy kampanii
antylustracyjnej. Dlatego uznałem, że działam w stanie wyższej konieczności.
Teraz warto słuchać Jana Miodka. Warto analizować, co mówi. Warto przyglądać
się, w jak subtelny sposób ewoluowała jego własna wersja opowieści o
kontaktach z SB. Uważam, że wiedza o bodaj tylko tych faktach, które prof.
Miodek sam ogłosił pod wpływem mojego wystąpienia, należała się już wcześniej
jego kolegom i podwładnym, zanim zaczął ich namawiać, by nie składali
oświadczeń lustracyjnych.
Ale nie przedstawił Pan dowodów potwierdzających tezę, że prof. Miodek był
agentem SB.
- Proszę zauważyć, że prawdziwość podanej przeze mnie informacji natychmiast
potwierdził w swych enuncjacjach sam zainteresowany. Gdy dowiedziałem się, że
był wśród informatorów politycznej policji PRL, mogłem zachować tę informację
dla siebie. Wtedy jednak stałbym się uczestnikiem pewnej zmowy.
Skąd Pan miał tę informację?
- Nie mogę tego powiedzieć. Nie mogę też powiedzieć nic więcej na temat prof.
Miodka, bo w ten sposób mógłbym wskazać moje źródło.
W mediach pojawił się domysł, że informacja pochodziła z tzw. zbioru
zastrzeżonego IPN.
- Nie waham się oświadczyć, że w sprawie zbioru zastrzeżonego mamy do
czynienia z aferą. [W owym zbiorze znajdują się akta niedostępne nikomu z
zewnątrz. Gdyby akta prof. Miodka były w zbiorze zastrzeżonym, oznaczałoby to,
że z jakiegoś powodu ktoś je tam ukrył – Ł.M.].
Wskazał Pan publicznie prof. Leona Kieresa jako głównego bohatera tej "afery".
O co chodzi?
- Prof. Kieres, jako były prezes IPN, odpowiada