Gość: ma1y
IP: *.t
10.06.03, 15:42
Piszę tu pod wrażeniem dzisiejszego poranka, który miałem nieprzyjemność
spędzić częściowo u jednego z przedstwaicieli firmy RENAULT, a mianowicie
w "Salonie" JASIAK przy ul. Krakowskiej we Wrocławiu.
Otóż:
Przyjechałem dziś rano służbowym samochodem do w/w serwisu w celu
stwierdzenia przyczyny wycieku z układu chłodzącego i ew. usunięcia jej.
W "Salonie" przyjęty zostałem przez starszego pana, który, choć miły, nie
wydawał się być pracownikiem "Salonu". Pan zapytał mnie co mnie sprowadza
po czym kazał poczekać... po kilku minutach od oglądania wystawionych na
sprzedaż samochodów oderwał mnie okrzyk tego pana "Panie kolego, chodźno pan
tutaj!". Zdziwiony nieco formą zaproszenia podszedłem do kontuaru. Tam inny,
młody człowiek poprosił ode mnie dowód rejestracyjny samochodu, po czym
niespiesznie wystawił mi zlecenie na ogląd samochodu (w miedzyczasie
przestudiowal katalog drzwi antywłamaniowych przyniesiony akurat przez
jakiegoś akwizytora). Po wystawieniu zlecenia zostałem poproszony o kluczyki
od samochodu, które oddałem w nadziei, że zaraz rozpoczną się oględziny
mojego samochodu. I tu niestety się pomyliłem. Kluczyki zniknęły gdzieś na
zapleczu razem z panem, ktory mi je odebrał a ja stałem jak pokorny baranek
przy swoim samochodzie oczekując jakichś oznak zainteresowania. Czekałem 10
minut - nic. Po dwudziestu postanowiłem "działać". Zapytałem w "Salonie" czy
aby na pewno ktoś wie, że czekam na obsłużenie mnie. W "Salonie" niestety
nie zastałem nikogo oprócz w/w starszego pana, który najwidoczniej nie
pełnił tam żadnej kompetentnej funkcji. Postanowiłem więc zajść "Serwis" od
tyłu - udałem się w kierunku bocznej bramy w nadziei, że wjedę na warsztat i
po znalezieniu mechanika poproszę go chociaż o oddanie kluczyków, abym mogł
poczekac na fachową pomoc w samochodzie. Będąc już jedną nogą za ową
magiczną bramą zauważyłem jakiegoś pana z nadętą miną, który akurat wjeżdżał
w nią swoim samochodem. Ów pan krzyknął do mnie przez okno: "A dokąd to,
czegoś pan tam szuka?". Ja na to grzecznie odpowiedziałem, że nuży mnie
bezczynne stanie koło samochodu i próbuje odzyskać kluczyki od samochodu
celem posłuchania sobie przynajmniej radia w samochodzie tudzież
popracowania przez ten czas z komputerem. Ów pan tonem niemiłym oznajmił
mi: "Tam jest salon", a ja mu na to: "dziekuję, byłem tam, ale nie zastałem
nikogo, kto mógłby mi pomóc, a Pan, przepraszam kim jest, że tak mnie Pan
tutaj ustawia?". Wtedy ów (nie zawaham sie użyć słowa) "bufon" powiedział z
wyższością: "Właścicielem salonu!". "To dobrze się składa - powiedziałem -
może zechce Pan nieco zdyscyplinować swoich pracowników, którzy trwonią tak
cenny dziś dla mnie czas?" (tak się złożyło, że od samego rana miałem
urwanie głowy w związku z pracą i wartość każdej minuty na pewno
przekraczała wielokrotnie wartość roboczogodziny autoryzowanego serwisu;
samochód jednak jest mi niezbędny do wyjazdów w delegacje). Pan nie
powiedział nic, wjechał w bramę.
I jaaakież było moje zdziwienie, gdy po chwili jakiś pięćdzięsieciolatek w
drelichu wychodząc z owej "zakazanej" bramy krzyczał do mnie już z
daleka: "Panie, co się panu tutaj nie podoba? o co pan się awanturujesz? Nie
widziszpan, że pana obsługujemy? to pan byś chciał tak od razu?". Po tym
posypał się jeszcze cały potok sugestii, że pewnie mam coś "nierówno pod
sufitem" i żebym nie podskakiwał, bo "Pan Mechanik" się mnie nie boi".
W tym momencie pomyślałem, że chyba za dużo reklam i filmów się naoglądałem,
w których to klient przyjeżdża do warsztatu a mechanik wita klienta
uprzejmie i z troską na twarzy zajmuje się samochodem. Tu po ignorujacym
powitaniu przez "Salon" zostałem "objechany" przez właściciela a na koniec
przez "Pana Mechanika" - conajmniej, jakbym przyszedł tam żebrać a nie dać
zarobić. "Serdeczne" przyjęcie nie rokowało pomyślnego biegu wypadków w
trakcie oględzin i ewentualnej naprawy. Nie pozostało mi więc nic innego jak
poprosić "Pana Mechanika" o kluczyki. Musiałem z pięć razy powtarzać, że
chcę kluczyki - mechanikowi nie przyszło do głowy, że z powodu poirytowania
mogłbym stracić ochotę do zadawania się z firmą "JASIAK". Dopiero jak
powiedziałem wyraźnie, że jadę do konkurencji - oddał kluczyki z obrażoną
miną. Na koniec dowiedziałem się jeszcze, że to wszystko była moja wina, bo
przyjechałem na niezapowiedzianą wizytę i ze tak naprawde to firma "JASIAK"
robi mi łaskę, że rozmawia ze mną przychodzącym ot tak "z ulicy". I tu
następne moje wyobrażenie o przeznaczeniu serwisu samochodowego (tym
bardziej autoryzowanego) legło w gruzach - dotąd wydawało mi się, że do
serwisu jedzie się właśnie w sytuacji awaryjnej, ale jak widać - myliłem się.
Gdy wsiadalem do samochodu uslyszalem za soba okrzyki, ze zadzwonia do mojej
firmy na skarge! (paranoja!), ze otworzylem zlecenie i pojechalem. Po tym
zdarzeniu z dziką rozkosza zdarłem z tylnej szyby samochodu
naklejkę "JASIAK". W pierwszej chwili co prawda miałem ochotę dokleić tam
jakieś słowo powszechnie uważane za obraźliwe, ale po sugestii kolegi
doszedłem do wniosku, że mogliby niektórzy pomyśleć, że ja sam wobec siebie
jestem do tego stopnia samokrytyczny, że takie rzeczy sobie przyklejam ;).
U drugiego dealera (w Długołęce) również nie zostałem obsłużony, ale z
innych przyczyn - pomimo, że zakład mieści się 20km od centrum miasta
(JASIAK - 2km od centrum), Serwis w Długołęce nie miał niestety
wolnych "mocy przerobowych". Wygląda więc na to, że inni posiadacze
samochodów RENAULT już odkryli "uroki" firmy "JASIAK".
Ostatecznie wylądowałem w warsztacie u znajomego, który choć nie jest
autoryzowanym serwisem - ma inne zalety:
powitał mnie z uśmiechem i serdecznoscią, zapytał co mnie sprowadza, jaki
jest przebieg samochodu i gdzie kapie; bez wychodzenia z warsztatu
powiedział - "To będzie pompa wodna, ale przy okazji dobrze byłoby wymienić
również rozrząd. W RENAULT to kosztuje jakies 1700 PLN, u mnie zapłacisz
700PLN i wystawię ci na to oczywiście fakturę". Potem obejrzał samochód -
wszystko się zgadzało, więc i ja się zgodziłem na naprawę.
No i w ten oto sposób firma RENAULT traci klientów.
A moja firma - cóż, dołożę starań, żeby następnymi samochodami służbowymi
nie były samochody RENAULT. Możeby tak jakiś wypasiony bus? np VW
Transporter w nowej (T5) wersji? hehehe
Pozdrawiam wszystkich, którzy doczytali do końca i ostrzegam: unikajcie
JASIAKa !!! ;)