membrum_virile
26.02.09, 19:22
Moja żona rodziła w sierpniu 2004 roku w szpitalu przy Kamieńskiego.
Julia przyszła na świat dzięki cesarskiemu cięciu.
Po pewnym czasie pojawiła się endometrioza w bliźnie. W 2008
podjęliśmy decyzję o wycięciu komórek odpowiedzialnych za nią,
pozostawionych przez lekarkę w źle oczyszczonej ranie.
Ponownie pojawiliśmy się w szpitaku na Kamieńskiego.
I gdyśmy w izbie przyjęć czekali, świadkiem byłem takiej oto sceny:
kobieta z bólami porodowymi czeka na przyjęcie. Czeka około godziny.
Wreszcie nadchodzi jej kolej. Wstaje, pielęgniarka niemalże tupiąc
nogą czeka, bo kobieta nazbyt się chyba, jej zdaniem, ślimaczy.
Nagle przyszła matka zwija się w paroksyzmie bólu i przysiada na
krzesełku. Pielęgniarka obraża się i mówi: "jak pani nie chce, to
proszę czekać. Następna proszę!"
Bardzo "ludzkie" podejście kobiety do kobiety rodzącej.
Co zaś endometriozy, to usunięta została w szpitalu na Brochowie.
Lekarz zaraził żonę gronkowcem i wypisał ze szpitala w takim stanie,
że po jednym dniu słoneczko moje dostało dreszczy, wysokiej
temperatury i zaników świadomości. Nawet nie wzywałem pogotowia,
tylko łamiąc przepisy ruchu drogowego powiozłem ją ponownie na
Brochów. Tam lekarz, ordynator, widząc brzuch mojej żony zawołał
zdziwiony, gdzie była operowana i kto ją wypisał w takim stanie. Gdy
usłyszał, że tam własnie i jego kolega, zamknął się.
Większość naszych "lekarzy" świnie powinna pasać na rowach, miast
leczeniem ludzi się parać.