Gość: budzik
IP: 195.188.41.*
20.03.07, 11:37
No i jestem w kropce. Minelo poltora roku odkad przyjechalam do UK i mowiac
szczerze nie widze siebie tu juz dluzej. Wiem, zaraz podniosa sie glosy
typu 'to spadaj do kaczogrodu' albo 'to trzeba bylo siedziec w polsce i nie
ruszac d... itd.' Przegladam rozne fora od dluzszego czasu i widze, ze temat
powrotu do Polski po pobycie w UK dla wiekszosci ogranicza sie glownie do
tematu kasy. Gdzie wiecej zarobie i co moge wiecej za to miec.
Dla mnie oczywiste jest to, ze moge miec wiecej w Anglii, ale oczywiste jest
tez to, ze lepiej byc niz miec. Na wyjazd zdecydowalam sie, bo potrzebowalam
odmiany. Studiowalam, pracowalam, mialam z czego zyc, moze nie luksusowo, ale
tez nie wegetowalam. Dobijala mnie jednak stagnacja, monotonia,
przewidywalnosc mojego zycia. Studiowalam anglistyke i znalam wczesniej
Anglie od strony turystycznej, i bylam nia oczywiscie zachwycona. Jednak
zyjac tu na codzien zrozumialam, ze tu tez nie ma sielanki, ze codziennosc w
UK ma rowniez swoje irytujace aspekty. I tak, z miesiaca na miesiac bylam
coraz bardziej na nie co do pobytu tutaj. Owszem, mam stabilna prace,
zarabiam tyle, ze moge spokojnie sie utrzymac i szybko kupic rzeczy, na ktore
w Polsce musialabym odkladac miesiacami czy wyjechac na superwakacje. Co z
tego jednak, skoro praca jest meczaca, do bolu fizyczna i nie wymagajaca
zadnego wysilku umyslowego, bez perspektyw, a atmosfera dobijajaca, zwlaszcza
dzieki zawistnym kolegom-rodakom. Owszem,byl czas ze moglam zmienic prace,
ale bylaby to zmiana typu z deszczu pod rynne, bo w moim rejonie po prostu
przewazaja oferty typu praca w sklepach, fabrykach, pubach, itd. a oferty
pracy chocby na poly umyslowej sa rzadkoscia. Z perspektywy czasu zaczelam
doceniac to, co przedtem uwazalam za 'monotonne' zycie w Polsce.
Wlasciwie podjelam juz decyzje o powrocie, pomoglo mi to, ze za 3 miesiace
urodzi sie moje pierwsze dziecko i po prostu nie chce, by wychowywalo sie w
tych realiach, mialo smutna i sfrustrowana matke. Maz popiera moja decyzje,
chociaz on jest typem czlowieka nieprzywiazujacego sie do miejsc i jakos
mniej przezywal nasze tutejsze wyobcowanie, choc tez draznia go te same
sprawy co mnie. No wiec po co caly ten watek, skoro wszystko wydaje sie OK...
a no po to, ze wszedzie dookola slysze, ze popelniam blad. Ze skoro juz tyle
tu jestem, i mam ustabilizowany byt, to powinnam byc konsekwentna i zostac
zeby sie szybciej 'dorobic' i 'ustawic'i wtedy ewentualnie myslec o powrocie.
Wszyscy sa glusi na moje argumenty typu - ze tu po prostu czuje sie obco, ze
nia mam nikogo bliskiego poza mezem, ze meczy mnie konsumpcyjny i
bezrefleksyjny styl zycia jaki obserwuje na codzien w moim miasteczku itp.
Wsrod rodziny i dalszych czy blizszych znajomych popieraja nasze decyzje
jedynie ci, ktorzy od zawsze super stali finansowo i nie beda musieli
zaczynac wszystkiego od nowa - bez mieszkania, pracy, z malym dzieckiem i
niedokonczonymi studiami.
No i pod ta presja moja pewnosc gdzies znika. Niby wiem, ze 'jakos' sobie
poradzimy, bo zawsze sobie radzilismy, ale wszystkie te glosy na nie
powoduja, ze czasem boje sie ze powrot odbedzie sie na zasadzie 'zamienil
stryjek siekierke na kijek'. Bylabym wdzieczna za przemyslane (a nie-
najezone jadem) wypowiedzi tych, ktorzy staneli przed podobnym wyborem jak ja
i wrocili do Polski. Prosze, napiszcie, jak wam sie ulozylo, jak widzicie
swoj powrot z perspektywy czasu, jak poukladaly sie sprawy codzienne, pracowo-
bytowe i przede wszystkim jak tam widzicie to od tej strony niematerialnej.
Nie chce by mnie ktokolwiek jakos specjalnie zachecal czy zniechcecal, bo
decyzje juz podjelam, natomiast chcialabym po prostu poznac glos tych, ktorzy
znaja kwestie od strony praktyki, nie tylko teorii. Wszystkie inne uwagi na
temat, byleby z sensem, tez beda mile widziane.