kicior99
25.04.07, 12:12
Trzy lata mijaja i nie moge sie oprzec wrazeniu, ze postawilem stope na Wyspie jakis tydzien temu. A jednak czuje, ze jestem zupelnie inny, nieporownywalny do tego czlowieka, ktory, wpatrujac sie w przyblizajace sie biale skaly Dover modlil sie aby moment zejscia na lad nigdy nie nastapil.
Co takiego sie wiec zmienilo? Po pierwsze, po czterdziestu kilku latach uwierzylem, ze moj los spoczywa wylacznie w moich rekach. Ze podlegajac stabilnemu prawu i niezmieniajacym sie co miesiac przepisom sam jestem w stanie ksztaltowac siebie i inna przyszlosc. Przestalem sie bac urzedow, biur i panstwowych instytucji. Uwierzylem, ze sa one po to by mi pomoc, nawet policja, ktora nie czepia sie o byle co, a rowniez dazy do tego by obywatele mieli o niej dobre zdania. Zauwazylem, ze przestalem byc przedmiotem, a stalem sie podmiotem.
Po drugie, przestalem myslec kategoriami my - oni. Moze to dziwi w sytuacji emigranta, gdy taka dychotomia narzuca sie niemal automatycznie. Zrozumialem to, gdy w wigilie lezalem w pokoju ze zlamana noga i odbieralem wizyty i telefony, glownie Anglikow, czesto w zasadzie obcych mi ludzi. Dalej - i coraz bardziej - uwazam, ze emigrant nie jest, i wcale nie musi byc obywatelem drugiej kategorii, ze mozliwe jest pokojowe wspolistnienie. Przez trzy alta tylko raz zdarzylo mi sie zadraznienie na tle narodowosciwym, spowodowane przez (sic!) Belgijke osiadla w Anglii.
Zmiana kultury, egztyka spowodowala, ze musialem szybko dorosnac - mino moich czterdziestu lat z Polaski wyjechal dzieciak. A to przyspieszone dorastanie to przede wszystkim zmiana systemu wartosci. Nie przecze, spowodowana poprawa sytuacji materialnej, ale to nie ja w koncu wymyslilem haslo ze byt okresla swiadomosc. Ze oprocz wartosci materialnych i troska o nie czlowiek musi miec czas na zaspokojenie potrzeb wyzszego rzedu - akceptacji, samorealizacji i rozwoju. Pytanie "co wlozyc do garnka" ustapilo pytaniu - co ja naprawde chce od zycia. Cos o czym zapomnialem goniac za pietka chleba...
Oczywiscie widze plytkosc zycia duchowego wysoko rozwinietych spoleczenstw, przy czym, po pierwsze - jest to daleko idaca generalizacja, po drugie zas - czy my, Polacy, jestesmy tak bardzo edukowani i wyksztalceni? Juz po kilku miesiacach zauwazylem, ze nie umiemy pracowac w grupie, ze wczesniej czy pozniej kazda grupa stworzona do osiagniecia jakiegos celu bedzie targana wewnetrznymi konfliktani, az w koncu sie rozpadnie. Imponowalo - i dalej mi imponuje - ze Anglicy, ktorzy prywatnie nie moga na siebie patrzec i najchetniej udusiliby sie nawzajem, swietnie wspolpracuja w jednym teamie. I choc dalej uwazam, ze "team work" upatwie obijanie sie i spychanie odpowiedzialnosci - nauczylem sie pracowac w grupie, czego nie moglem pojac przez kilkanascie lat pracy w Polsce.
Takich uwag zebralbym sporo, a ciekaw jestem, co inni maja do napisania. Czy ANglia (Irlandia) zmienila Was i wasze nastawienie do zycia?