ponglish raz jeszcze

19.11.07, 14:33
„Luknij przez łyndoł, czy stoi nasza kara na kornerze”, albo „Kolnij po
plambersa, bo pajpa brejknęła” to potworki językowe z tamtejszego życia
wzięte. Zjawisko to ośmieszył w swoim opowiadaniu, opublikowanym na łamach
polonijnej prasy w Stanach Zjednoczonych, Jan Latus.

www.polishexpress.co.uk/artykul.aspx?id=354


Artykul zapewne juz wiekszosci forumowiczow znany. Ja takze dzis czytalam go
juz drugi raz, a moze nawet trzeci. Ale dopiero teraz uderzylo mnie pewne
podobienstwo, ktore moze byc zauwazalne dla tych, ktorzy mieli troche wiecej
do czynienia z dialektem slaskim (moze dotyczy to tez kaszubskiego, nie wiem,
nigdy nie mialam bliskiego z nim kontaktu).

Dialekt (jezyk?) slaski przypomina ponglish tym, ze tam bardzo duzo
niemieckiego slownictwa jest wsadzone w ramy polskiej gramatyki i skladni.
Nikt jednak nigdy nie krytykuje Slazakow za ich jezyk (byloby to wrecz
niepoprawne politycznie). Ja oczywiscie rozumiem, ze historia jezyka slaskiego
jest o kilka stuleci dluzsza, a wszystko co wiekowe nabiera w naszych oczach
godnosci (poniekad czesto slusznie - im rzecz starsza, tym wiecej danych ze
soba niesie). Jednak, bedac swiadkami rodzenia sie nowego dialektu, pogardzamy
nim i wysmiewamy go. Dlaczego?

Osobiscie staram sie dbac o czystosc swojego jezyka, ale bez nadgorliwosci.
Nie bede mowila 'urzad pracy' na jobcentre ani 'biuro do spraw studentow na
studiach podyplomowych' zamiast po prostu 'postgraduate office'. Nikt z moich
tutejszych polskich przyjaciol nie pojalby, o co mi chodzi. Nawet w rozmowach
z rodzina, ktora zyje w Polsce, czynie to jezykowe rozroznienie na instytucje
'tutaj' i instytucje 'tam'. Podobnie ze swoim partnerem, ktory pochodzi z
Meksyku, nie mowie na salse 'sauce', na tortillas nie mowie 'corn bread', a
gestej zupy nie nazwe 'soup' tylko 'caldo', bo doprowadzaloby to do
nieporozumien. Tak wiec do mojej codziennej polszczyzny wkrada sie rowniez
hiszpanski, nie tylko angielski (moja przyjaciolka z Polski zdazyla juz na
mnie nakrzyczec, ze mowienie 'salsa' zamiast 'sos' jest pretensjonalne).

Nie do konca rozumiem, dlaczego mam unikac tego typu uproszczen, dla dobra
czego? Lubie jezyk polski, dlatego nie mam zamiaru uczestniczyc czynnie w
tworzeniu nowych dialektow czy jezykow (choc tez nie rozumiem, dlaczego
mialabym odnosic sie do zjawiska negatywnie). Ale lubie tez wygode, wiec mowie
'postgraduate office' i 'salsa', bez wzgledu na to, jak pretensjonalnie to
moze brzmiec.

Bardzo jestem ciekawa opinii forumowiczow - temat pojawial sie na forum
niejednokrotnie, ale tak naprawde malo kiedy rozmawialismy o tym powaznie.
    • Gość: emi Re: ponglish raz jeszcze IP: *.t-mobile.co.uk 19.11.07, 14:50
      IMHO jesteśmy użytkownikami języka, a nie jego strażnikami (chyba że ktoś czuje
      mocne powołanie, nie bronię) i robimy z nim to co jest dla nas wygodne. Tak
      długo jak jesteśmy rozumiani wszystko gra i tańczy. Nazywa się to żargonem i
      znane jest powszechnie. Nikt nie żąda od prawnika, chirurga czy mechanika
      samochodowego literackiej polszczyzny w chwilach pracy czy relaksu. Ci sami
      ludzie gdy chcą powiedzieć coś w formalnym tonie do kogoś kogo nie znają użyją
      poprawnej polszczyzny i tyla. Jako użytkownicy forum o tematyce wiadomej
      moglibyśmy tu spokojnie rozmawiać polenglishem bo jest dla nas zrozumiały,
      niekiedy ciekawy, niekiedy zabawny i kreatywny (nasza kara jest super
      przykładem) . Czy coś z tego zostanie w polszczyźnie za 50 lat?
      • xiv Re: ponglish raz jeszcze 19.11.07, 15:31

        problem z żargonem jest taki, że z zewnątrz jest on niezrozumiały

        dziesięć lat temu byłem świadkiem, gdy starsza pani mieszkająca w
        Anglii od dziesięcioleci denerowała się, że wizytująca ją siostra
        nie rozumie słowa "hillek"

        bardzo długo się też śmiałem z innej starszej pani (dziecka armii
        Andersa), która skręciła kostkę, bo "schodziła z drabiny i misnęła
        stepek"

        teraz wszystkie takie zwroty są już normalnością i tylko widuję
        wydłużone miny moich rodziców albo znajomych, gdy użyję słów, które
        dla mnie są zupełnie naturalne, a dla nich - wyjątkowo obce

        na przykład "jobcentre" z pierwszego postu - gdy się go użyje wśród
        osób z więcej niż jednodniowym stażem emigranckim - wszystko gra,
        ale dla każdego innego - będzie to niezrozumiałe

        dlatego też w poradniku londyn.org.uk wszystkie angielkie nazwy,
        terminy czy słowa są przetłumaczone - po to, aby uniknąć
        niezrozumienia [co prawda tylkp 50% Polaków rozumie tekst pisany,
        ale na to już nie mamy wpływu]
        • eeela Re: ponglish raz jeszcze 19.11.07, 15:44
          problem z żargonem jest taki, że z zewnątrz jest on niezrozumiały
          >

          Oczywiscie, masz racje.
          Tyle ze w przypadku Polonii w US trudno mowic o kims z zewnatrz, poniewaz sa oni
          tam po prostu grupa mniejszosci narodowej. Przypominam, ze Slazacy czesto
          rowniez sie za taka uwazaja, z ta jednak roznica, ze Polonia amerykanska
          wyraznie i stanowczo wiaze sama siebie z kultura polska, a Slazacy traktuja
          siebie jako odrebna zbiorowosc (nie niemiecka, ani tez nie polska).

          Oczywiscie, ze jest roznica miedzy Mietkiem pracujacym w UK od miesiaca i
          czestujacym biednych krewnych w Polsce 'tuba' i 'pejslipem', a Zdzisiem, ktory
          zyje i pracuje w UK od lat 10 i po polsku mowi glownie tutaj, a nie w Polsce, z
          ludzmi, ktorzy go rozumieja, ktorzy zaczynaja tutaj tworzyc grupe mniejszosci
          narodowej z wlasna odmiana jezyka i wlasna obyczajowoscia.
    • golfstrom Re: ponglish raz jeszcze 19.11.07, 18:44
      Mnie sie wydaje, że wszystko zależy od proporcji. Też nie zamierzam
      tłumaczyć nazw urzędów, na council mówić "urząd miasta" itp. NHS
      zawsze wymawiam enejczes a nie enhaes, a nazywanie tego NFZtem albo
      odpowiednikiem NFZtu w ogóle nie przychodzi mi do głowy.

      Natomiast jak sobie pomyślę, że za 30 lat miałabym bez zmrużenia oka
      powiedzieć, że misnęłam stepek, to robi mi łyso :)

      Smutna prawda jest taka, że język, jeśli się o niego nie dba, łatwo
      się zaciera, nawet jesli jest to język ojczysty. Jeśli komuś to nie
      robi absolutnie żadnej różnicy i nie przywiązuje do swojej
      polszczyzny żadnej wagi, to nie widzę powodu, żeby miał się katować.
      Ale jesli ktoś chce się posługiwać językiem polskim sprawnie za lat
      20, to musi w to włożyć trochę wysiłku: jednym wystarcza lektura
      żywego polskiego języka, inni muszą się specjalnie pilnować, żeby
      np. nie stosować angielskich struktur do polskiego.
      Ja sama często łapię się na tym, że uciekają mi polskie słowa. Albo
      kiedy do pracy przyjdzie polski klient i musze mu nagle udzielić
      standardowych informacji po polsku, zaczynam budować polskie zdania
      w szyku angielskim - i mnie to denerwuje.

      Ciekawostka - kiedy robiono badania dialektyczne gwary
      podhalańskiej, bodajże pod koniec lat 80, okazało się, że potomkowie
      przedwojennych emigrantów w USA mówią gwarą w jej przedwojennym
      wydaniu, a więc dość odmienną od współczesnej. Nie miało to nic
      wspólnego z amerykanizacją. Po prostu gwara w Polsce zdążyła się
      zmienić, natomiast emigranci zachowali język w stanie niezmienionym
      takim, jaki go znali.
      Nie wszystko stracone ;)
      • eeela Re: ponglish raz jeszcze 19.11.07, 20:29
        Wszystko tez zalezy od srodowiska, z jakiego sie czlowiek wywodzi, oraz w jakie
        popada. Poznalam raz pana, kombatanta AK, ktory przezyl w UK lat 50 i do dzis
        mowi przepiekna literacka polszczyzna. Poznalam tez - bardzo sympatycznego
        zreszta - chlopaka, ktory przyjechal do Belfastu 12 lat temu i jego polski w
        jednej czwartej sklada sie ze spolszczonego slownictwa angielskiego (nie mowiac
        juz nic o akcencie - wymiata po belfascku tak, ze mialam poczatkowo trudnosci z
        rozumieniem). Poznalam Irlandczyka z 3 pokolenia rodziny mieszkajacej w
        Massachusetts, ktory zawodzil jak kazdy uczciwy chlopak z Falls Road, oraz
        Amerykanke, ktora po 20 latach mieszkania w Belfascie nadal ma czysciutki
        nowojorski akcent. Jedne jezyki z racji odizolowania staja w miejscu, inne
        mieszaja sie z jezykiem/jezykami otoczenia. To sa naturalne procesy i wciaz nie
        rozumiem, nad czym tu lamac rece. Rozumiem, ze pewien nacisk na puryzm jezykowy
        powinien dzialac w ojczyznie danego jezyka - ale tez nie taki, by uniemozliwiac
        danemu jezykowi rozwoj.
        • Gość: zss Re: ponglish raz jeszcze IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 19.11.07, 20:45
          Do polskiego, z konieczności, wprowadza się angielskie słowa by móc
          się porozumieć np w branży reklamowej - bo brak odpowiedników
          polskich. I co zrobić? Tak jest.
        • golfstrom Re: ponglish raz jeszcze 19.11.07, 20:58
          Załamywanie rąk to domena mediów w Polsce piszących o emigrantach.
          Rodziny idą w rozsypkę, ludzie z dyplomami marnują zycie na zmywaku,
          a na dodatek piękna mowa polska zostaje zachwaszczona. I to wszystko
          dzieło najlepiej wykształconego narodu w Europie. Bla bla bla.
          Nie wróżę szybkiej zmiany tego podejścia.

          Z jednym się nie zgodzę w tym, co piszesz - dla mnie
          kwestia "mieszania się języków" to jest nadal jednostkowy wybór. I
          wysiłek, jeśli komuś zależy na tym by sie poprawnie wysławiać w
          ojczystym języku.
          Natomiast ewolucja języka jako systemu jest i owszem naturalnym
          procesem i tego nikt nie zatrzyma.

          Pytanie, czy wyznacznikiem ponglish jest brejkanie albo kara za
          kornerem, czy też np. zwykły landlord. Według mnie różnica jest dość
          znaczna, ale możliwe że to bardzo subiektywna ocena.


Pełna wersja