kaffelek
30.05.09, 00:00
Wczoraj, po powrocie z pracy podjechałem pod swój dom. Juz podjeżdżając widziałem psa, skundlonego owczarkopodobnego, z sierści widać, że jeszcze szczenię...
Gdy otworzyłem drzwi samochodu powitał mnie jakby był tu od zawsze: radośnie, ufnie, z całym oddaniem...
Nie mogłem sie od niego uwolnić: skakał na mnie z radością, całe szczęście że wracałem z pracy w roboczym ubraniu, bo po deszczu był cały mokry i zanim doszedłem do drzwi domu byłem przemoczony przez niego, (psa) do kolan...
Oczywiście, nie wpuściłem go do środka, mając na względzie czystość w domu, oraz to, że głaskając go i klepiąc po szyji zaważyłem obroże.
Nie mniej wyniosłem mu resztki z niedojedzonego śniadania doprawiając to mięsem znalezionym w lodówce...
Dzisiaj historia się powtórzyła...
Siedzę teraz i tak sobie myślę nad róznicą Polski i Irlandii...
W Polsce nawet obcy pies na nas ujada, albo ucieka na nasz widok z podkulonym ogonem...
Minęły trzy lata od mojego przyjazdu... przywykłem...
To, co kiedyś mnie fascynowało, dzisiaj stało się codziennością. Nieraz nawet upierdliwą. To "hał ar ju" czy "łot is goin". Czy pozdrawianie mijących mnie obcych kierowców wskazującym palcem... Czy pochwała dnia, bo przed godzina jeszcze padało, a teraz zza chmur zaczęło wyglądać nieśmiało słońce...
Tacy sami ludzie, a jednocześnie tak inni...
Takie same psy, a jednak inaczej reagujące...
Uwierzcie, pracując w róznych miejscach, u róznych ludzi NIGDY nie spotkałem się z wrogo nastawionym do mnie psem, nie mówiac o wrogo nastawionym człowieku...
Skąd te refleksje????
Zaszokuje co poniektórych, ale czas wracać...
Powod jest jeden, osobisty, dla mnie nie do zbagatelizowania...
tak bardzo chciałbym przenieść ten klimat, (oczywiście nie chodzi mi o pogodę) na polski grunt...
Boję sie tego powrotu wielokrotnie bardziej niż mojego wyjazdu w ciemno ponad trzy lata temu do Irlandii...
W Polsce wielokrotnie jakiś kundel-przybłęda próbował chwycić mnie za nogawki spodni bez jakiegokolwiek powodu... ot, tylko dlatego, że akurat przechodziłem...