Nierozerwalność małżeństwa

04.10.09, 08:22
mateusz.pl/czytania/2009/20091004.htm
"Od razu widać, że życie małżeńskie także w czasach Chrystusa było
źródłem wielu trudności. Niewierność, zdrady małżeńskie, rozwody to
nie jest wynalazek XX wieku. Chrystus także musiał się z tym
problemem zmierzyć. Na pewno nie było to łatwe, gdyż presja na
złagodzenie moralności małżeńskiej była bardzo silna: jako głównego
argumentu faryzeusze użyli przepisu Prawa Mojżeszowego, które dla
Żydów było święte i niepodważalne. Ale tym bardziej zdecydowana
odpowiedź Chrystusa jest dla człowieka wiążącą normą.

Chrystus zdaje sobie doskonale sprawę z ludzkiej słabości i
uległości wobec popędu seksualnego, który wymykając się spod
kontroli woli i rozumu, staje się siłą nie twórczą lecz niszczącą. A
nieskrępowane używanie ciała prędzej czy później przynosi przykre
bądź wręcz tragiczne następstwa. Bóg chce nas przed nimi ustrzec i
dlatego jasno określa zasady, którymi powinien kierować się człowiek
w życiu seksualnym.

Tymczasem aby usprawiedliwić panoszenie się pożądliwości, człowiek
próbował i nadal próbuje znaleźć racje, które w dziedzinie seksu
pozwalałyby mu na wszystko. Nie można więc tym racjom zbytnio ufać.
Dlatego Chrystus odwołuje się nie do zasad ludzkich, lecz do prawa
Bożego, zapisanego w samej naturze człowieka i w przykazaniach. Co
zatem mówi Chrystus na temat małżeństwa?

Jest ono dziełem Boga, planowo zamierzonym i wspartym rozmaitymi
właściwościami ludzkiej natury. Najważniejsza z nich to
zróżnicowanie płciowe człowieka. Mężczyzna i kobieta różnią się od
siebie w zasadniczy sposób. Są to różnice stałe i rzeczywiste, a nie
tylko wynikające chwilowo ze zmiennej mody czy obyczajów
społecznych. Próby emancypacji czyli zrównania ról mężczyzn i
kobiet, przypominają wysiłki na rzecz ujednolicenia życia ryb i
ptaków – są tragicznym nieporozumieniem. Albowiem wrodzone cechy
mężczyzny i kobiety w naturalny sposób predestynują ich do
określonych funkcji i zadań.

Czym innym jest oczywiście równość w godności ludzkiej i prawach
osoby. Zasada, którą wprowadził Chrystus, zrównując wagę grzechu
cudzołóstwa męża i żony, była w owych czasach prawdziwą rewolucją.
Dotąd bowiem odpowiedzialnością za zdradę małżeńską obciążano w
zdecydowanej większości kobietę. Mężczyzna był na ogół niewinny i
nietykalny. Tu, w dziedzinie moralności, jest miejsce na
równouprawnienie, a nie w dziedzinie obowiązków i zadań rodzinnych.
W przeciwnym razie wrócą absurdalne czasy traktorzystek i ojców na
urlopach macierzyńskich.

Skrajnym przejawem współczesnego lekceważenia ludzkiej natury i
małżeństwa, są „rodziny” jednopłciowe. Zadziwiające, jak szybko
homoseksualiści i lesbijki narzucili zdrowym ludziom swój chory
punkt widzenia i uzurpowali sobie prawo do wychowywania dzieci w
zupełnie wypaczonych warunkach! Także luźne związki, bez żadnych
zobowiązań, gwarancji trwałości i wzajemnej odpowiedzialności, nie
zapewniają dziecku niezbędnego do prawidłowego rozwoju poczucia
bezpieczeństwa.

Być może taki styl życia zapewnia doraźną wygodę i maksimum
przyjemności, ale za to bardzo powierzchownej i krótkotrwałej. Bóg
chce dla nas czegoś więcej. Chce, aby prawdziwa i pełna miłość
mężczyzny i kobiety, męża i żony, była źródłem trwałego szczęścia i
dobrym środowiskiem wychowania dzieci. Właśnie dlatego w odpowiednim
czasie trzeba zerwać dotychczasowe związki z rodzicami, by bez
zbędnego balastu założyć nową rodzinę. Równolegle trzeba budować
nowe więzi, łączące ściśle męża i żonę, umożliwiające pełne
zaufanie, porozumienie i zgodne życie. Dopiero na tym fundamencie
można budować udane życie intymne i powoływać do istnienia dzieci –
owoc małżeńskiej miłości.

Tego chce dla nas Bóg. Dopóki człowiek ufa Bogu i chce realizować
Jego plan, dotyczący miłości, małżeństwa i rodzicielstwa, wszystko
jest w porządku i rozwody są zbędne. Problemy zaczynają się wtedy,
gdy człowiek próbuje być mądrzejszy od Boga i robić po swojemu."

Ks. Mariusz Pohl
    • z2006 Re: Nierozerwalność małżeństwa 04.10.09, 08:26
      mateusz.pl/czytania/2009/20091004.htm
      "Jedna z najboleśniejszych ran współczesnego człowieka to niezwykle
      częste rozdarcie serc, które Bóg złączył. Rana rozwodów. Krwawiąca,
      paraliżująca ruchy jednej i drugiej strony, a przede wszystkim
      raniąca serca dzieci. W spotkaniu serc męża i żony Bóg uczynił
      gniazdo bezpieczeństwa dla ich dzieci. One tu się poczynają, tu
      wzrastają, tu wychowują, aż do pełnej samodzielności.

      Dwa serca połączone miłością są w stanie zbudować dla siebie i
      swoich dzieci dom szczęścia. Wszystko inne jest jeno dodatkiem.
      Najważniejsze jest, by odpowiedzialne skrzydła miłości objęły serca
      tworzące dom. Jeśli się to stanie, jest w nim przytulnie,
      bezpiecznie, dobrze, bo ich pieśnią jest harmonia kochających serc.
      Tak zaprogramował człowieka Bóg.

      Niedojrzałość ludzka przejawia się między innymi w braku
      odpowiedzialności za decyzję budowy domu szczęścia. Słabe poznanie
      partnera i nieumiejętność życia prawdziwą miłością prowadzi do
      dramatu. Zamiast domu szczęścia powstaje sala wzajemnego
      torturowania. Finał jest znany. Zmęczeni, uciekają od siebie z
      głębokim poczuciem klęski.

      Zdumiewa fakt, że ludzie niedojrzali ciągle mają do Boga pretensje o
      to, że decyzja zawarcia małżeństwa wiąże ludzi w sposób
      nieodwracalny aż do śmierci. Ciągle też szukają jakichś sposobów, by
      usprawiedliwić rozpad małżeństwa i możliwość zmiany partnera. Tak
      było w Starym Testamencie. Mojżesz zgodził się na takie żądanie
      ludzi i w trudnych wypadkach pozwolił stosować list rozwodowy.
      Chrystus znosi to Mojżeszowe złagodzenie. Wzywa do uszanowania
      decyzji Boga. I mimo tak jasnego postawienia sprawy przez
      Zbawiciela, wśród chrześcijan coraz częściej pojawiają się żądania,
      by je zlekceważyć i usprawiedliwić rozpad małżeństwa. Ludzie, którzy
      popełnili błąd niewłaściwego doboru partnera, chcą udowodnić, że są
      mądrzejsi od Boga i lepiej znają drogę do szczęścia, niż On. Jezus
      jednak dobrze wie, że ze zranionego serca nie da się budować nowego,
      szczęśliwego domu. „Co więc Bóg złączył, tego człowiek niech nie
      rozdziela!” /Mk 10, 9/.

      Z punktu widzenia religijnego warto wśród wielu przyczyn
      wzrastającej liczby rozpadających się małżeństw dostrzec dwie.
      Pierwsza to brak odpowiedniego przygotowania do małżeństwa. Niewielu
      młodych ludzi dorasta do podjęcia obowiązków dobrej matki i
      odpowiedzialnego ojca. Ich niedojrzała decyzja zyskuje wymiar
      prawny, a w Kościele sakramentalny, i przez to jej konsekwencje są
      już całożyciowe. Zbyt późno odkrywają swą pomyłkę, a jej naprawa
      przerasta ich możliwości. Skoro bowiem nie byli odpowiednio
      przygotowani do budowy domu szczęścia, tym bardziej nie są
      przygotowani do jego ratowania, gdy się rozpada. Nie należy się też
      dziwić, że w chwili próby nie umieją sprostać zadaniu i ratują się
      ucieczką. Ucieczka ta jednak jest ich klęską. Trzeba odkryć ten
      mechanizm, ponieważ skuteczna praca nad zahamowaniem wzrostu ilości
      rozwodów wiedzie przez udoskonalenie wychowania młodych, w rodzinie
      i Kościele, do pełni odpowiedzialności za budowę rodzinnego domu.

      Druga przyczyna jest jeszcze poważniejsza. Nowożeńcy stając przy
      ołtarzu dają Bogu słowo, że nie opuszczą współmałżonka aż do
      śmierci. Gdyby potraktowali Boga jako konkretną osobę i wiedzieli
      Komu dają słowo, to oddaliby życie, ale danego Mu słowa by nie
      złamali. Niesłowność wobec Boga jest zawsze brakiem szacunku dla
      Niego. Niesłowny człowiek nie traktuje na serio ani współmałżonka,
      ani Kościoła, ani Boga. Dotykamy tu słabości wiary. Wierność miłości
      małżeńskiej można budować w sposób pewny jedynie w oparciu o
      Boga. „Co więc Bóg złączył, tego człowiek niech nie rozdziela!”. Kto
      wie, kim jest Bóg, nie będzie Go poprawiał, lecz uczyni wszystko, by
      współpracować z Nim w łączeniu serc i budowie domu szczęścia."

      Ks. Edward Staniek
Pełna wersja