diabollo
08.10.09, 18:17
Tadeusz Bartoś, były dominikanin*
Krytyka Kościoła. Autorytarne sumienie świata
W świecie demokracji, wolności słowa autorytarna struktura Kościoła
katolickiego staje się widoczna. Nie umie odnaleźć się w pluralistycznym
świecie. Nie potrafi uszanować odrębności inaczej myślących
Nasze bycie w świecie realizuje się w znacznej mierze poprzez ocenianie
rzeczy, z którymi się stykamy. Mamy sferę osobistych odczuć. Lubimy lub nie
lubimy czegoś lub kogoś: wakacji nad morzem, brazylijskich seriali, kiełbasy z
grilla, sąsiada, nauczyciela itd., itp. Osąd na tym poziomie filozofowie
nazwaliby zmysłowym, bo jest kwestią gustu, o którym, jak wiadomo, nie należy
dyskutować. Przyzwyczajenie, smak, predylekcja to dziedzina subiektywna.
Nierzadko zrzeszamy się - w zależności od upodobań - w stowarzyszenia
miłośników tego czy tamtego.
Istnieje sfera bardziej złożona, w której wydawanie ocen domaga się jakiejś
kompetencji. Rozstrzygnięcie, czy prawidłowo rozwiązano matematyczne równanie,
czy nie mają błędów obliczenia techniczne budynku albo czy poprawnie napisano
tekst w jakimś języku - wszystko to wymaga wiedzy. Rozwiązywanie podobnych
dylematów nie jest kwestią gustu, lecz opiera się na argumentacji, dowodzeniu,
co źle zostało policzone, powiedziane czy napisane. By wydawać na tym poziomie
oceny, konieczna jest specjalizacja. Nie ma ekspertów od wszystkiego.
To jednak bywa źródłem frustracji, zwłaszcza dla tych, którzy swym autorytetem
chcieliby skłonić innych do posłuchu w wielu lub we wszystkich wymiarach
życia. Jak uniknąć takiego dyskomfortu? Wystarczy zostać autorytetem moralnym.
Jak to zrobić? Dołączyć do grupy, która sama siebie skutecznie promuje w roli
eksperta moralności. Nagroda będzie szybka i sowita. Instytucjonalizacja
autorytetu etycznego daje narzędzie łatwego i przyjemnego sterowania
zachowaniami społecznymi.
Nie ma nic wygodniejszego, niż przy każdej nadarzającej się okazji podnosić
głos moralnego potępienia. Nie potrzeba wiedzy, lat pracy w zdobywaniu
kompetencji, nie przeszkadza kłopotliwa świadomość ograniczeń własnej
perspektywy. Bycie sumieniem innych - jeśli publiczność przystaje na tę rolę -
ma jeszcze inną ważną zaletę: uwalnia lub w dużej mierze zabezpiecza przed
byciem samemu przedmiotem moralnej oceny. Jeśli chcesz, by naród nie miał
prawa cię oceniać, ogłoś siebie samego sumieniem moralnym narodu. I zrób to
skutecznie.
Funkcję tego rodzaju przyjmują instytucje zabiegające o wpływ masowy o
charakterze totalnym, gdzie całość zachowań jednostki ma podlegać
instytucjonalnej regulacji. W PRL taką rolę usiłowała odgrywać partia
komunistyczna. Nie była w tym jednak skuteczna, szybko się kompromitując. Na
placu boju pozostał dążący do moralnego monopolu Kościół katolicki. Niezwykły
Polak Karol Wojtyła, jako papież, dzięki przymiotom osobistym udzielał własnej
wiarygodności rzeszy podległych mu duchownych.
Dziś, gdy papieża zabrakło, jesteśmy świadkami coraz gwałtowniejszych prób
utrzymania dotychczas niekwestionowanej pozycji duchownych. Stąd ponawiane
przez hierarchów zabiegi dyscyplinowania świadomości społecznej, zgodnie z
którą ocenie moralnej wypowiadanej przez biskupów i duchownych podlega cały
naród, lecz naród nie ma prawa wypowiadać moralnych osądów na temat
wiarygodności i funkcjonowania hierarchii kościelnej.
Ostatnie dyskusje o in vitro, sprawa Alicji Tysiąc, przegranego procesu
"Gościa Niedzielnego" - wszystkie te spory krystalizują się wokół jednej idei:
tylko Kościół może być sędzią w sprawach moralności. Kto narusza ten święty
monopol, popełnia metaprzestępstwo, uwalnia społeczeństwo od wszelkiej
moralności, jest moralnym nihilistą. Mamy więc alternatywę: albo społeczeństwo
podporządkowuje się nauce duchownych, albo samo skazuje się na etyczną nicość.
Właśnie to pierwotne nastawienie, swoista metareguła bycia w świecie osoby
duchownej, jest źródłem ekspansjonistycznego i apodyktycznego funkcjonowania
katolicyzmu we współczesnym świecie. Kto nie z nami, ten przeciwko nam - oto
hasło przewodnie. Zapominają katolicy o nauce Jezusa, który pozwolił uzdrawiać
w Jego imieniu także "niestowarzyszonym", tym, którzy nie należeli do grupy
uczniów (Łk 9, 38-39). Sprzeciwił się już u samego początku tendencji
monopolizowania przesłania religijno-etycznego.
Jeśli ma się moralną rację, automatycznie wyższą pozycję etyczną - można
właściwie wszystko. Wszelki niegodziwy postępek ogłaszających się sumieniem
świata znajdzie usprawiedliwienie. Przykładem drastycznym jest trwające
dziesiątki lat aż do wybuchu skandali medialnych tolerowanie przez władze
kościelne pedofilii duchownych.
Bycie sumieniem świata jest łatwe i wygodne. Nie potrzeba wchodzić w detale.
Nie potrzeba refleksji nad naturą demokracji, co znaczy, że państwo jest
neutralne światopoglądowo i stanowi wspólną przestrzeń dla obywateli o
różnych, niekiedy bardzo odmiennych zapatrywaniach etycznych i religijnych.
Nie potrzeba wnikać w subtelności wygranego przez Alicję Tysiąc procesu w
Strasburgu, który nakazał odszkodowanie za brak trybu odwoławczego w polskim
prawie, a nie za odmowę aborcji.
Można w swoistym lenistwie i arogancji lekceważyć podstawowe fakty dotyczące
danej sprawy, potępiać i fałszywie oskarżać. Nie muszą duchowni wnikać w
subtelności prawa, które chce pogodzić ochronę wolności słowa i prawa do bycia
nieoczernianym. Jeśli oczerniającym jest kościelny organ, prawda jest z góry
po stronie organu. Kto przeciw - ten wrogiem wolności słowa. I mówią to
przedstawiciele tego Kościoła (kard. Dziwisz), który od wieków utrzymuje
rozbudowany aparat urzędniczy zajmujący się cenzurowaniem wypowiedzi teologów.
Który usuwa m.in. z pracy za nieprawomyślność.
Tak silna niespójność mająca wszelkie cechy zakłamania, dlatego jest groźna
dla demokracji, że wyklucza jakikolwiek dialog. Zamiast rozmowy, chęci
zrozumienia, przestrzeń społeczna zostaje zdominowana przez taktyczne gry.
Każde wypowiedziane zdanie ma zwodzić raczej, aniżeli odsłaniać myśli i
intencje. Poziom zaufania stacza się gwałtownie, pozostawiając na placu boju
gołą przemoc (dziś już na szczęście tylko słowną), która staje się dominującym
sposobem komunikacji społecznej.
Kiedy w okresie PRL żyliśmy w państwie opresywnym, nieszanującym obywatelskich
wolności, przeregulowanym, w wielu wymiarach totalitarnym, mająca
scentralizowaną strukturę organizacja Kościoła katolickiego nie bardzo rzucała
się w oczy (przeciwnie - była nierzadko wyspą wolności w sprzeciwie wobec
komunistycznego systemu). Dziś, gdy zmieniło się otoczenie społeczne, jesteśmy
świadkami swoistego efektu dekompresji. W świecie demokracji, wolności słowa,
silnie zhierarchizowany, nieznoszący sprzeciwu, system władzy kościelnej,
staje się widoczny. Jest hałaśliwy, bo nie umie odnaleźć się w pluralistycznym
kontekście, nie potrafi uszanować odrębności inaczej myślących, elementarne
zasady dobrego wychowania czy empatii giną przysypane natłokiem agresywnych
emocji.
CDN...