Przełamywanie bierności

25.10.09, 19:14
mateusz.pl/czytania/2009/20091025.htm
"Żeby dobrze zrozumieć przesłanie dzisiejszej Ewangelii i wyciągnąć
z niej praktyczne wnioski, warto wczuć się w postać i sytuację
Bartymeusza. Z pozycji człowieka zadowolonego z życia, sytego,
zdrowego i pewnego siebie, nie da się bowiem wykrzesać z siebie
autentycznego krzyku modlitwy i wiary.

Bartymeusz był pozbawiony wszystkiego: najpierw wzroku, potem
środków do życia, wreszcie ludzkiej życzliwości. Skazany był na
ciemność, żebraninę i ludzkie drwiny bądź litość. Kto wie, może
wielu z nas dostrzeże pewne podobieństwa między Bartymeuszem, a
swoją własną sytuacją? Jak wielu z nas żyje w wewnętrznych
ciemnościach: skołowania sprzecznymi ideologiami, reklamą, fałszem
bądź półprawdami, zaślepienia grzechem, rozpaczą, nienawiścią,
pożądaniem.

To skołowanie i zaślepienie powoduje, że stajemy się niezdolni do
samodzielnego i odpowiedzialnego życia. Przejawia się to w
bierności, bezrobociu, zamykaniu się w sobie, rozmaitych ucieczkach
w alkohol, seks, narkotyki. Dość dobrym obrazem takiej postawy jest
bezczynne siedzenie przy drodze swego życia. Nic dziwnego, że ta
bierność skazuje nas na żebraninę: zamiast samemu decydować o sobie,
jesteśmy zdani na innych, na to, co nam dadzą, podsuną, łaskawie
rzucą do kapelusza. Nie stać więc nas na samodzielne myślenie,
opinie, poglądy, decyzje. Ktoś to robi za nas, a my to przyjmujemy,
bo nie stać nas na samodzielność. Kto wie, czy sytuacja Bartymeuszów
XX wieku, nie jest trudniejsza od tej sprzed dwóch tysięcy lat.

Czy wobec tego nie mamy wyjścia i jesteśmy skazani na taką marną
wegetację? Nie, jeśli tylko potrafimy tak jak Bartymeusz wykorzystać
swoją życiową szansę. Tą szansą jest Jezus Chrystus. Brzmi to dość
ogólnikowo, jak reklamowy slogan. Zobaczmy więc, co się za tym
hasłem kryje.

W swojej beznadziejnej sytuacji Bartymeusz usłyszał pewnego dnia, że
w pobliżu przechodzi Chrystus. Musiał już o Nim wcześniej słyszeć, a
teraz nadzieje stały się realne. Zaczął z całych sił krzyczeć.
Wyobraźmy sobie, że zabłądziliśmy w górach w czasie śnieżycy i
wzywamy pomocy: od tego, czy nas ktoś usłyszy, zależy nasze życie.
Właśnie tak należy się modlić: z taką nadzieją i determinacją, jakby
od tego zależało nasze życie. Tak właśnie zaczął krzyczeć
Bartymeusz, bo od tego faktycznie zależało jego życie.

Było to zarazem wyznanie wiary w Jezusa – Mesjasza. Nie wszystkim
takie głośne wyznanie wiary przypadło do gustu: może naruszało ich
głębokie „poczucie tolerancji”, może stanowiło wyrzut sumienia z
powodu własnej słabej wiary, może obawiali się konfrontacji wiary z
rzeczywistością? Dość, że woleli, aby Bartymeusz milczał. W tym
względzie do dziś nic się nie zmieniło: publiczne przyznawanie się
do wiary jest nadal niemile widziane, i to zarówno przez
niewierzących, jak i tych, którzy uważają się za wierzących.
Oczywiście, że można sobie wierzyć, ale po co przesadzać, po co
zaraz wszyscy mają o tym wiedzieć.

Ale jeśli komuś zależy na pełni życia, a nie tylko na marnej
wegetacji, jeśli ktoś wie, że tylko Chrystus może tę pełnię dać, to
takie argumenty zdrowego rozsądku nic nie znaczą. To jest jeden ze
sprawdzianów prawdziwej wiary: czy damy sobie wmówić, że lepiej
siedzieć cicho. Jeśli damy, to znaczy, że nasz bóg jest słaby i nic
nie może; jeśli nie damy, to znaczy że od tego Boga naprawdę coś
może zależeć, więc warto z Nim trzymać, warto postawić wszystko na
tę jedną kartę.

Tak właśnie uczynił Bartymeusz: nie dał się uciszyć, dopóki nie
stanął przed Jezusem i nie wypowiedział swej prośby. I nie omylił
się w swoich rachubach: Chrystus go wysłuchał. Wysłucha także i nas."

Ks. Mariusz Pohl
Pełna wersja