Efekt magmy, czyli...

26.10.09, 17:14
...pani Graff, jak zwykle bardzo trafnie.


www.boell.pl/downloads/A.Graff_Magma_czyli_o_Kosciele.pdf


www.krytykapolityczna.pl/Opinie/Graff-Efekt-magmy/menu-id-197.html
    • diabollo Re: Efekt magmy, czyli... 26.10.09, 20:30
      Nikt nie przeczytał?
      No to wklejam.
      ***********************

      Efekt magmy, czyli o szczególnej roli Kościoła w Polsce Agnieszka Graff

      Tego jednego bowiem Kościół w warunkach demokracji wciąż się nie nauczył: że
      jest tylko jedną ze światopoglądowych opcji.
      Kinga Dunin

      Polska jest krajem katolickim. Truizm? Stwierdzenie faktu? Jeśli istotnie mamy
      do czynienia z faktem – o wątpliwościach za chwilę – to wynika zeń cała gama
      innych faktów, dużo bardziej uchwytnych: kształt ustawy antyaborcyjnej, obecność
      religii w szkołach publicznych i nieobecność w tychże szkołach edukacji
      seksualnej, wpływ Episkopatu na kształt dyskutowanych obecnie regulacji prawnych
      dotyczących in vitro, uprzywilejowany status Kościelnej Komisji Majątkowej,
      udział duchownych Kościoła katolickiego w świeckich, wydawałoby się,
      uroczystościach, i wreszcie, nieuchronność głosu księdza jako autorytetu
      moralnego w debatach publicznych, zwłaszcza tych, które dotyczą etyki seksualnej
      i praw reprodukcyjnych. „Katolicyzm w Polsce” – powtórzę to za Magdaleną Środą –
      „jest czymś więcej i czymś mniej niż religią. Czymś więcej, bo nie jest tylko
      wiarą, ale sposobem bycia, postrzegania świata, kryterium klasyfikowania ludzi,
      przedmiotem mody, fascynacji, snobizmu, otwartym nośnikiem władzy i ukrytym
      nośnikiem cenzury (a na pewno autocenzury). (…) Jest też czymś mniej niż wiarą
      religijną, bo nader często sprowadza się do powierzchownych rytuałów”. Jesteśmy
      krajem tak bardzo katolickim, że nawet ateiści są tu w większości katolikami. Co
      prawda, niewierzącymi, ale za to praktykującymi. Z badań wynika, że ogromna
      większość z nich bierze śluby kościelne (71%) i chrzci dzieci (74%). Taki
      klimat, taka aura, czy – jak mówi pewna moja znajoma katoliczka – taka karma. A
      skoro o karmie mowa, to warto przytoczyć inne ciekawe dane (z 2006 roku, ale
      zapewne aktualne) – otóż 28% polskich katolików wierzy w… reinkarnację. Polska
      jest krajem katolickim – słyszymy to zawsze, gdy ktoś odwoła się do
      konstytucyjnej zasady autonomii państwa i kościoła, by zakwestionować władzę
      Kościoła. Okazuje się wtedy, że w katolickim kraju autonomia ta ma być
      przyjazna. Brzmi rozsądnie… ale co to właściwie znaczy? Czy katolicy zrezygnują
      z krzyży w punkcie wyborczym w mojej dzielnicy, uznając moją autonomię, czy też
      ja mam przyjaźnie udawać, że krzyży nie widzę? Zastanawiającą karierę zrobiło w
      tych sporach słowo kompromis, konsekwentnie używane do karcenia niepokornych.
      Jak to? Nie chcesz kompromisu? Pragniesz ideologicznej wojny? Ten zabieg latami
      służył wyciszeniu debaty publicznej o skutkach ustawy antyaborcyjnej – każdą
      próbę poddania refleksji obowiązującego prawa a priori uznawano za przejaw
      konfliktowości. Ustalenia prawne dotyczące praw reprodukcyjnych po 1989 roku to
      seria „kompromisów”, które katolicy zawierali z katolikami, przekonani, że w ten
      sposób
      umacnia się polskość, czyli normalność. Kompromis okazywał się niezmiennie aktem
      przemocy i wykluczenia w imię woli katolickiej większości. Przypomnijmy kluczowe
      wydarzenia z historii praw reprodukcyjnych we współczesnej Polsce. Rok 1990:
      Zjazd Solidarności, na którym Komisja Kobiet opowiada się za prawem do aborcji.
      Efekt: władze związku likwidują Komisję Kobiet. Rok 1992 – spontaniczny ruch na
      rzecz referendum w sprawie aborcji, tzw. komitety Bujaka – zapewne największy po
      1989 zryw społeczeństwa obywatelskiego – zbiera grubo ponad milion podpisów.
      Efekt: petycja zostaje zignorowana przez Sejm. Zdanie Polska jest krajem
      katolickim to nie stwierdzenie faktu, ale coś w rodzaju zaklęcia,
      samospełniająca się przepowiednia legitymująca istniejący układ sił.
      Przekonanie, iż Polska jest krajem katolickim, jest jak magma, w której wszyscy
      – katolicy i niekatolicy – grzęźniemy. A im bardziej grzęźniemy… tym bardziej
      grzęźniemy. Tak się do magmy przyzwyczailiśmy, że nie pytamy już, dlaczego pod
      nogami jest tak miękko, dlaczego wokół tak ślisko i duszno. A to paruje
      bulgocząca magma, a my wdychamy jej mdłe opary. Ktoś, kto mówi Polska jest
      krajem katolickim, nie opisuje żadnej pozajęzykowej rzeczywistości, ani nie
      proponuje dyskusji. To zdanie funkcjonuje na podobnych prawach co zdanie This is
      a free country w Stanach Zjednoczonych. Nie jest sądem, ani poglądem. To raczej
      dziwna krzyżówka tautologii, zaczepki, roszczenia i wezwania do boju. Zdanie to
      stanowi świetny przykład austinowskiego perlokucyjnego aktu mowy, czyli takiej
      wypowiedzi, która nie tyle opisuje, ile wywołuje zmianę w świecie realnym. W
      przypadku naszego zdania zmiany dokonują się stopniowo, a siła zaklęcia rośnie
      wraz z jego użyciem. Polska jest coraz bardziej „katolickim krajem” w miarę, jak
      wszyscy to powtarzamy. A powtarzamy często – wyszukiwarka google podaje od ręki
      180 tysięcy przykładów. Akty mowy tworzą rzeczywistość, powołując do życia
      pewien kontekst komunikacyjny, który czyni je zrozumialymi. Żyjemy w katolickim
      kraju – to akt pod tym względem mistrzowski. Ja-katolik deklaruję iż, jestem tu
      u siebie. Jednocześnie sugeruję, że Ty-katolik, też jesteś Polakiem. Przywołuję
      zatem lojalność rozmówcy, buduję poczucie wspólnoty, obcych przywołując do
      porządku. Oni są nietutejsi. Polski katolicyzm jest jak koniowatość konia, jak
      buraczaność barszczu. Z czego się robi rosół? Z włoszczyzny. Czym jest
      katolicyzm? Wiarą Polaków. Jaka jest Polska? Katolicka. Zaraz, zaraz, o czym my
      właściwie mówimy? Czy “kraj” to społeczeństwo, państwo, czy może naród?
      Społeczeństwo (wiemy to z licznych badań) nie podziela opinii Kościoła na wiele
      tematów i w większości nie traktuje go jako autorytetu w kwestiach obyczajowych.
      Państwo polskie nie jest, jeśli wierzyć Konstytucji, wyznaniowe. A Naród? Tak,
      zapewne chodzi o Naród… ale o Narodzie póki co nie podejmuję się dyskutować. O
      Narodzie napiszę później. Dalej: czy „katolicyzm” oznacza wiarę? Obyczaj i
      tradycję? Wpływ jednego z wyznań na politykę? Brak precyzji – bulgocząca
      magmowatość – jest siłą tego zdania. Bul bul bul, Polska to kraj katolicki –
      bulgocze magma, bul bul, a jak Ci się nie podoba, to się wynoś. Bul bul, nie
      wiesz, o co chodzi? Bul bul, widać nie jesteś stąd… Chcecie wiedzieć, komu
      bulgocze magma? Otóż ona bulgocze wszystkim po trochu, ale jakoś bardziej
      kobietom niż mężczyznom. Dlaczego? Bo Kościół szczególną wagę przywiązuje do
      sfery ludzkiej seksualności i rozrodczości, a te zarówno w warstwie
      fizjologicznej, jak i kulturowej stanowią przestrzeń, w której kobiety są
      zarazem bardziej odpowiedzialne, jak i bardziej bezbronne, narażone na zranienie
      i stratę. Dlatego myślę, że te ateistyczne śluby i chrzty to jest – jak by to
      ująć? – efekt jakiejś kobiecej sprawy z Kościołem. Podobnie rozumiem masowy
      udział dzieci ateistów w lekcjach religii. Niby opcjonalne, w praktyce okazują
      się przymusowe. Na czym ten przymus polega?

      CDN...
      • diabollo Re: Efekt magmy, czyli... 26.10.09, 20:31
        Na lęku przed wykluczeniem, odrzuceniem, stygmatyzacją, które zawsze stanowią
        źródło cierpienia, ale szczególnie dotkliwie ranią dzieci. Zaś cierpienie dzieci
        – czy choćby jego prawdopodobieństwo – automatycznie staje się przedmiotem
        troski ich mam. One martwią się bardziej niż ojcowie, bardziej od ojców czują
        się winne, choćby dlatego, że są bardziej od ojców rozliczane. Nie przypadkiem
        to głównie kobiety dyskutują zawzięcie na rozmaitych forach internetowych, czy
        ateista w Polsce powiniem ochrzcić dziecko. To nie są dylematy filozoficzne,
        lecz praktyczne i emocjonalne kłopoty, wynikające z obawy, że ktoś zrobi
        przykrość dziecku, z niepokoju, że okażemy się nie dość dobrą matką. Czy wobec
        tych obaw problemy ideologiczne związane z wolnością przekonań mają jakieś
        znaczenie? Raczej nie. Oto próbka tych rozterek: „Chciałabym, aby mój syn sam w
        przyszłości wybrał, w co chce wierzyć, a nie, żeby od maleńkości podnosił
        statystyki naszego kościoła. Rodzina by pewnie krzywo patrzyła, ale ja bym tak
        chciała. Ale.... to moje pragnienia. A dziecko? Czy nie będzie czuło się
        pokrzywdzone, tym, że jako jedyne nie przystępuje do komunii świętej? (…) Czy
        nie będzie się czuło gorsze w szkole? Czy z tego względu mam ochrzcić dziecko,
        zacząć przyjmować księdza po kolędzie itd., dla dziecka?” Nie wierzę w
        „naturalny konserwatyzm” kobiet. Przypisywałabym im raczej odruchowy konformizm,
        wymuszony w dużej mierze kulturowym nakazem, by rozmaite rzeczy robić wbrew
        sobie „dla dziecka”. Inny wymiar tej presji to moc zawstydzania – dawniej
        nazywało się to „hańbą” kobiet. Kościelna kuratela teoretycznie dotyczy całej
        sfery wartości, ale jakoś częściej słychać biskupów ferujących wyroki na temat
        rzekomych „niegodziwości” w życiu intymnym i rodzinnym niż na temat
        niesprawiedliwości i krzywdy w sferze ekonomicznej, nie mówiąc o okrucieństwie
        wobec zwierząt. Kościół interesuje się seksem i rozrodczością bardziej niż
        innymi sferami życia, co z perspektywy feministycznej oznacza po prostu, że
        interesuje go kontrolowanie kobiet. Władza Kościoła w tej sferze – w której,
        dodajmy, duchowni z definicji niejako nie mogą mieć żadnych doświadczeń
        życiowych – jest ogromna. Jest to moc pokrewna władzy patriarchalnego ojca w
        tradycyjnej rodzinie. Często po cichu się z nim nie zgadzamy, ale nikt mu się
        otwarcie nie sprzeciwi. Ojciec feruje wyroki, potępia, piętnuje, wygłasza
        niekończące się przemówienia tonem wszechwiedzy i tłumionej pretensji. A reszta
        rodziny? Nawet jeśli nie daje się zastraszyć, zawstydzić, napiętnować, czy
        zanudzić, to przecież wciąż, chcąc nie chcąc, słucha tyrad tatusia. Tak jest z
        księżmi w polskich mediach. W toczącej się w ostatnim okresie debacie publicznej
        dotyczącej rozwiązań prawnych dotyczących leczenia niepłodności ekspertami byli
        biskupi. Księża i tylko księża komentowali latem 2009 roku etyczny wymiar
        konfliktu między matką surogatką, która postanowiła zatrzymać przy sobie
        dziecko, a niepłodną parą, która ją zatrudniła. Zmagania 14-letniej Agaty, która
        starała się o aborcję, wieloletnia walka Alicji Tysiąc – każdy z tych przypadków
        był wielokrotnie omawiany w sferze publicznej przez duchownych. Uprzywilejowana
        pozycja Kościoła jako dysponenta wartości rzadko bywa dyskutowana w głównym
        nurcie debaty publicznej. W ostatnich latach – zwłaszcza po śmierci Jana Pawła
        II – otworzyła się jednak pewna luka, pęknięcie, przez które da się wypowiedzieć
        otwartą krytykę Kościoła, nie narażając się na skojarzenia z Jerzym Urbanem. Ta
        luka to narracja naiwno-melancholijna: o bezgranicznej wdzięczności,
        zawiedzionych nadziejach i głębokiej żałobie. Wdzięczność dotyczy Kościoła jako
        sojusznika demokratycznej opozycji, ostoi
        polskości w mrocznych czasch. O zawiedzionych nadziejach mówi się w odniesieniu
        do Kościoła, który w ostatnich latach skręcił na prawo. Tu zwykle pada wymawiane
        z rytualnym wstrętem nazwisko Tadeusza Rydzyka. Wreszcie, deklaracja żałoby po
        Janie Pawle II pozwala osobie krytykującej Kościół, nawet jeśli jest
        niewierząca, bezpiecznie usytuować się jednak po stronie Kościoła. Wsłuchajmy
        się we wzorcową wersję tej opowieści. Mówi Adam Michnik: „Moje nadzieje, że
        polski Kościół będzie Kościołem Ewangelii bardziej niż Kościołem instytucji, się
        nie sprawdziły. Dziś więcej jest we mnie pokusy antyklerykalnej niż wysiłku
        rozumienia. I mimo że tę pokusę staram się powściągać – z przyczyn politycznego
        oportunizmu i ogólnożyciowego tchórzostwa – to jednak ona jest we mnie. Gdy
        czytam większość pism, które się identyfikują z katolicyzmem, mam poczucie
        obcości i niepokoju. Tego poczucia nie miałem, przez lata czytając «Tygodnik
        Powszechny», «Więź» i «Znak» czy encykliki i homilie Jana Pawła II. Coś się
        zmieniło. Adam Szostkiewicz napisał w «Polityce» artykuł, w którym użył
        sformułowania «de-Wojtylizacja polskiego katolicyzmu». Myślę, że coś w tym jest.
        (…) To, co się dziś dzieje w polskim katolicyzmie, oceniam jako regres w
        stosunku do tonu, który proponowali Jan Paweł II, Tischner, Turowicz,
        Mazowiecki. (…) Zabrakło Jana Pawła II”. Oczywiście zgadzam się z Michnikiem, że
        Kościół skręcił w prawo. A jednak nie satysfakcjonuje mnie opowieść o Kościele,
        który za komuny ukochał demokrację i pluralizm, potem tę demokrację wspierał, by
        po śmierci papieża stoczyć się na pozycje neo-endeckie. W tej opowieści jest
        luka mniej więcej dekady, która z perspektywy historii praw kobiet ma znaczenie
        kluczowe. Nie ma tu ani wysiłków Kościoła, by ograniczyć prawa kobiet, ani
        wysiłków kobiet, by się temu przeciwstawić, ani uległości kolejnych rządów wobec
        presji biskupów. Przypomnijmy raz jeszcze: rok 1990 – Zjazd Solidarności
        likwiduje Komisję Kobiet za niepokorny stosunek do kościelnej wizji praw kobiet.
        Rok 1992 – nie dochodzi do referendum w sprawie aborcji mimo wielkiej
        obywatelskiej akcji. Warto też cofnąć się jeszcze dalej, do początku lat
        osiemdziesiątych. Przecież antyaborcyjna kampania Kościoła – wystawy z
        wizerunkami poćwiartowanych płodów w kościołach, dystrybucja filmu Niemy Krzyk,
        organizowanie marszów „za życiem” – zaczęla się za pierwszej Solidarności. I
        jeszcze jedna data: rok 2002 i List Stu Kobiet do Parlamentu Europejskiego.
        Zawierał on rzadki trzeźwy opis relacji na linii państwo-kościół-kobiety w
        kontekscie nadchodzącego referendum w sprawie wejścia Polski do Unii. Przytoczę
        jedno kluczowe zdanie: „W kuluarach integracji Polski z Unią Europejską odbywa
        się zatem swoisty handel prawami kobiet, pokrywany charakterystycznym,
        stronniczym sposobem mówienia (…)”. Niedawno wpadła mi w ręce wznowiona przez
        wydawnictwo „Gazety Wyborczej” książka Michnika z 1976 roku Kościół Lewica
        Dialog – zdumiewający z dzisiejszej perspektywy zapis ówczesnej fascynacji
        Kościołem samego Michnika i – szerzej – środowiska opozycyjnej lewicy laickiej.
        Raz po raz Michnik odcina się tu od spuścizny Boya Żeleńskiego, proponuje
        „dialog z chrześcijaństwem” jako „spotkanie w antytotalitarnym oporze”, wczuwa
        się w duchowe przemiany swoich laickich przyjaciół szukających w transcendencji
        wewnętrznego ładu, marzy o sojuszu „lewicy laickiej z lewicą katolicką”. To nie
        jest moja bajka. Dorastałam w latach osiemdziesiątych, jako dziecko dwojga
        ateistów posyłane na religię „dla świętego spokoju”, ochrony przed
        antysemityzmem oraz dla zaakcentowania oporu przeciw systemowi. Kościół miał mi
        do zaoferowania nie tyle transcendencję, ile uniesienia narodowe w
        pro-lajferskim sosie.

        CDN...
        • diabollo Re: Efekt magmy, czyli... 26.10.09, 20:33
          Gdy jako nastolatka wróciłam do domu rozemocjonowana Niemym Krzykiem, z ustami
          pełnymi frazesów o „życiu poczętym”, mama dała mi do przeczytania Piekło kobiet
          Boya, które po pierwszym szoku wydało mi się książką nader rozsądną i aktualną.
          Nie potrafię się odnaleźć w opowieści Michnika o „dewojtylizacji”, o
          wdzięczności, zawiedzionych nadziejach i żałobie po Ojcu Świętym. Ja nie
          płakałam po papieżu, a jeśli nie nosiłam też koszulki z napisem „nie płakałam po
          papieżu”, to dlatego, że jestem z natury ostrożna. W kluczowejdla mnie kwestii –
          stosunku do praw reprodukcyjnych i etyki seksualnej – Kościół pozostaje przecież
          wierny Wojtylle, czyli niezłomny, niezłomnie wrogi kobietom. Tak było za czasów
          Boya, za komuny, za pierwszej Solidarności, w połowie lat dziewięćdziesiątych… i
          tak jest obecnie. Rzecz jednak w tym, że te prawa kobiet nie są istotnym tematem
          w rozważaniach Michnika, nie stanowią nawet trzecioplanowego wątku w opowieści o
          Polsce, o lewicy laickiej, o jego własnych zmaganiach z Historią i Absolutem.
          Michnik przyciśnięty do ściany powie najwyżej żartem (jak w cytowanym tu już
          wywiadzie), że podczas debaty w siedzibie Agory „feministki zdjęły mu spodnie
          przez głowę”, oskarżając go, iż jest „agentem Kościoła”, ale przecież nie
          traktuje on naszych zarzutow serio. Jesteśmy nieważne. Nie ma nas nawet w
          przypisach. Transakcja, którą my uważamy za złamanie reguł demokracji, za
          podłość i okrucieństwo, była z jego punktu widzenia niezłym interesem. Dawni
          przedstawiciele opozycji demokratycznej oddali Kościołowi prawo kobiet do wyboru
          w zamian za poparcie biskupów wejścia do Unii. Prawa kobiet w zamian za TAK w
          referendum, jak zauważa ironicznie Kazimiera Szczuka w filmie Podziemne państwo
          kobiet, to nie była dla nich cena wysoka. Kościół, a priori uznawany za ostoję
          polskości, depozytariusza tradycji, domagał się odebrania kobietom ich praw.
          Więc im je odebrano. Po co? Aby Polska była Polską. Stało się – jesteśmy w Unii,
          a przejawem naszej autonomii (wynegocjowanej pracowicie i zapisanej w traktacie
          akcesyjnym) jest uległość władz wobec hierarchów Kościoła. Kościół raz
          otrzymanej daniny zwracać nie zamierza, przeciwnie, okopał się na raz zajętych
          pozycjach. Jego władza rośnie, nie maleje. Prawa reprodukcyjne podlegają dalszej
          atrofii. Dziś nie mówimy już nawet o szansach na legalizację aborcji.
          Zastanawiamy się rozpaczliwie, jak przeciwstawić się projektom zakazania in
          vitro. Pora nazwać magmę, określić jej skład. Magma, w której wyziewach żyjemy,
          to stop upolitycznionego katolicyzmu z tożsamością narodową, tożsamością,
          dodajmy, a priori uznaną za jednorodną, niezmienną w czasie. Są to przekonania
          ideologiczne przejęte bezkrytycznie z lat osiemdziesiątych, z okresu walki z
          totalitarnym systemem. Ideologiczne w tym sensie, że tworzą pewien spójny obraz
          rzeczywistości społecznej, zarazem go konserwując, że są to przekonania zbiorowe
          raczej niż jednostkowe, a przede wszystkim, że nie podlegają weryfikacji, ale
          regulują zbiorowe zachowania. Założenia tej ideologii rzadko bywają wypowiadane
          explicite – dominuje mdła, magmowata mowa-trawa. O przyjaźni, kompromisie,
          wielowiekowej tradycji, wielkich zasługach Kościoła w walce z totalitaryzmem. W
          ważnej książce p.t. Krytyka solidarnościowego rozumu Sergiusz Kowalski pokazał,
          jak kształtowały się niekwestionowane póżniej kategorie i założenia rządzące
          mentalnością pierwszej „Solidarności”. Kluczowa dla tego sposobu myślenia i
          przeżywania świata była kategoria „większości” pojmowanej jako pewien opierający
          się totalitarnej władzy monolit. Słowo „demokracja” powtarzano w tym formatywnym
          dla późniejszej wolnej Polski okresie jak mantrę, ale towarzyszący walce o
          demokrację obraz świata daleki był od światopoglądowego pluralizmu. Nieustannie
          odwoływano się do większości idealnej, do
          Narodu przeciwstawionego Komunie. Byliśmy MY i byli ONI. Temu, co „prawdziwie
          polskie”, autentyczne, nasze, przewstawiano to, co „peerelowskie”, a zatem
          sztuczne, nienaturalne. ONI to był bezduszny, kłamliwy system. MY dysponowaliśmy
          prawdą, reprezentowaliśmy Naród. Kluczowa dla tego obrazu świata była więź z
          przeszłością, zaś medium łączącym solidarnościowe teraz z przedpeerelowską
          dawniej, był katolicyzm. Stąd niekwestionowany autorytet Kościoła katolickiego.
          W kontekście początku lat osiemdziesiątych zdanie Polska jest krajem katolickim
          stanowiło wyzwanie rzucone opresywnemu systemowi. W demokracji liberalnej to
          samo zdanie ma jednak sens zgoła inny: jest zaprzeczeniem demokracji,
          wygłoszonym z pozycji neo-endeckich. Dziś wypadałoby jasno określić, co w tym
          zdaniu oznacza słowo kraj. Nikt jednak – z wyjątkiem skrajnej prawicy – nie
          powie nam tego otwarcie. Warto zatem przytoczyć klasyka myśli
          narodowo-katolickiej, który skład polskiej magmy narodowo-katolickiej w jej
          wersji przedwojennej opisał jasno i uczciwie: „Państwo polskie jest państwem
          katolickim. Nie jest nim tylko dlatego, że ogromna większość jego ludności jest
          katolicką, i nie jest katolickim w takim czy innym procencie. Z naszego
          stanowiska jest ono katolickim w pełni znaczenia tego wyrazu, bo państwo nasze
          jest państwem narodowym, a naród nasz jest narodem katolickim. To stanowisko
          pociąga za sobą poważne konsekwencje. Wynika z niego, że prawa państwowe
          gwarantują wszystkim wyznaniom swobodę, ale religią panującą, której zasadami
          kieruje się ustawodawstwo państwa, jest religia katolicka, i Kościół katolicki
          jest wyrazicielem strony religijnej w funkcjach państwowych”. Słowa te pochodzą
          z 1927 roku. A jednak jestem przekonana, że obecny stan relacji państwo-Kościół
          to jedynie efekt rozwodnienia twardej myśli endeckiej. Konsystencja jest inna,
          skład ten sam. Nie przypadkiem pomnik Romana Dmowskiego od kilku lat stoi na
          jednym z warszawskich placów. Nie przypadkiem wznowionych niedawno przez
          wydawnictwo Krytyki Politycznej Naszych okupantów Tadeusza Boya Żeleńskiego
          czyta się – i to nie tylko za sprawą komentarzy Kazimiery Szczuki na marginesie
          – jak współczesną publicystykę. Bul bul, drodzy rodacy, Polska jest krajem
          katolickim. I tylko, bul bul bul, Boya Żeleńskiego nie ma wśród nas. Gdy czuję
          się podduszona oparami magmy, gdy zaczynam słyszeć jej bulgot we własnych
          myślach, wracam do świetnego eseju Kingi Dunin, opublikowanego w 2002, ale
          nadal, niestety, aktualnego, p.t.: Czarny ford i dwuglowe ciele, czyli Polak
          idzie do Unii. Dunin uchwyciła w nim z właściwą sobie ironią ten zdumiewający w
          gruncie rzeczy stan rzeczy: z jednej strony wszechobecność i wszechwładza
          Kościoła w polskim życiu publicznym, z drugiej – całkowite przemilczenie tego
          faktu przez uczestniczących w debacie publicznej (często: debacie nad kształtem
          debaty) światłych liberałów. Dunin stara się tu nazwać i opisać to, co ja
          nazywam efektem magmy. Pisze o „świętym lęku, który towarzyszy ludziom chcącym
          uchodzić za przyzwoitych i rozsądnych, kiedy mają jasno wypowiedzieć się w
          sprawach, które na mocy niepisanej umowy leżą w gestii Kościoła”. Pisze o
          symbolicznej funkcji Kościoła, którą uznają wszyscy, czemu „towarzyszy gotowość
          do deklaratywnego ulegania mu we wszystkich kwestiach zwanych moralnymi”. Siła
          tego tekstu polega na swobodzie zadawania pytań podstawowych, których nikt nie
          ośmiela się w Polsce postawić. Jakie jest miejsce języka kościelnego w
          pluralistycznym społeczeństwie? Jaką właściwie rolę w liberalnej debacie
          publicznej może pełnić instytucja posiadająca w swoim mniemaniu monopol na
          jedyną i pochodzącą od Boga prawdę? Jak to jest, że biskupi wypowiadają się w
          imieniu Narodu jako całości? Dunin pyta też przekornie o relację między owym
          Narodem a realnie żyjącymi w Polsce ludźmi: „Jaką to grupę czy interesy
          reprezentuje Kościół? (…)

          CDN...
          • diabollo Re: Efekt magmy, czyli... 26.10.09, 20:34
            W czyim właściwie imieniu się wypowiada? Wszystkich ochrzczonych? Tych, co dają
            na tacę? Kościoła jako instytucji? Hierarchii? Dba o własny, także polityczny i
            ekonomiczny interes? Co to, to nie. Kościół jest poza wszelkimi podejrzeniami
            (…)”. Niedawno trafiłam na tekst, którego autorka przyłapała magmę w chwili, gdy
            ta zalewa umysły mojego środowiska, czyli feministek. Anna Dzierzgowska donosi w
            nim o niedawnej wizycie przedstawicielek Kongresu Kobiet Polskich u arcybiskupa
            Nycza. Komentuje to dziwne zdarzenie tak: „(…) każda wizyta u arcybiskupa, każde
            zaproszenie księdza (nawet najmądrzejszego) do skomentowania jakieś ważkiej
            sprawy, przekłada się na umocnienie ogólnego przekonania, że żadna debata
            publiczna w Polsce nie może się bez tego głosu Kościoła katolickiego obyć. Jeśli
            w jakiejś sprawie politycznej zasięgamy opinii Kościoła, legitymizujmy tym samym
            prawo Kościoła do wyrażania politycznych opinii. I tak tkwimy w tym błędnym
            kole, sami i same zezwalając naszymi działaniami na to, co nieodżałowanej
            pamięci Tadeusz Boy-Żeleński nazywał niegdyś okupacją Polski”. No właśnie. Ja to
            nazywam magmą, ale na jedno wychodzi. Magma to nie tyle sam dyskurs kościelny,
            co powszechna w Polsce, a zarazem nader rzadko opisywana, gotowość do uznawania
            tego dyskursu za punkt odniesienia w kwestiach aksjologicznych i to nawet przez
            tych, którzy w gruncie rzeczy się z Kościołem nie zgadzają. Kluczowe miejsce w
            tym powszechnym potakiwaniu zajmują deklaracje miłości i szacunku do Jana Pawła
            II, a także żałoba po nim. Są to rytuały społeczne, w których uczestniczą
            wszyscy – od dzieci w przedszkolach po kibiców piłkarskich. Niedawno zetknęłam
            się ze wzmianką o szacunku i sympatii do Jana Pawła II w omówieniu pewnej
            współczesnej polskiej powieści pornograficznej, postmodernistycznej i wielce
            przełomowej. Najpierw dowiaduję, że jest to „zapis bloga tajemniczej Arundati…
            markiza de Sade w spódnicy i samonośnych pończochach”. Po chwili zaś czytam, że
            skandalistka „lubi JP II” za „pasję i wierność (…), mądry patriotyzm”, a przede
            wszystkim za oswojenie nas „ze starością, niedołęstwem i umieraniem (…)”. I już
            odechciewa mi się grzesznej lektury. Zapewne jestem nietolerancyjna, wszak JPII
            lubić wolno każdemu, także skandalistce i postmodernistce. Kłopot jednak w tym,
            że hołdy składane JPII nie mają charakteru przemyślanych deklaracji
            światopoglądowych, lecz są częścią obyczaju, myślenia potocznego. Wyznaczają
            granice tego, co przychodzi do głowy – nawet, jak się okazuje, skandalistce.
            Dyskurs kościelny nie przemawia do Polaków, ale mówi nimi, często wbrew im
            samym. W szczególnie bolesny sposób dotyczy to kobiet, bo to, co mówi o naszych
            ciałach i aspiracjach Kościół, jest w znacznej mierze zaprzeczeniem kobiecych
            odczuć i pragnień. Gdy słyszę, jak młoda dziewczyna usiłuje bronić prawa kobiet
            do aborcji, używając jednocześnie określenia „życie poczęte”, to wiem, że z jej
            ust płynie magma. Gdy czytam na forum internetowym o niepłodności, jak kobiety
            zmagają się z poczuciem „grzechu”, jednocześnie decydując się na kolejny zabieg
            in vitro w nadziei na upragnione dziecko, wiem, że magma jest w stanie wrzenia.
            Gdy słyszę, że organizatorki Kongresu Kobiet Polskich złożyły w moim między
            innymi imieniu przyjacielską wizytę w pałacu arcybiskupa, myślę z rezygnacją, no
            tak, magma, magma, magma.
            Z mediów napływają właśnie doniesienia o obowiązkowych pochówkach dla płodów,
            które wykonuje się – na koszt państwa i bez zgody pacjentek, które poroniły – w
            państwowych szpitalach. W samych Kielcach takich pochówków było w tym roku
            dwadzieścia dziewięć (z czego w zaledwie sześciu przypadkach była to decyzja
            rodziców). Czytam dalej, przecierając z niedowierzaniem oczy, jak wygląda taki
            pogrzeb bez rodziców. „Jest trumienka z imieniem i nazwiskiem, i data śmierci,
            ciałka są przeważnie zamknięte w słoiczku lub pojemniku, jest ksiądz, który
            dokonuje pokropku, i moi pracownicy – opowiada Dariusz Toborek, kierownik
            cmentarzy komunalnych w Kielcach.” Czytam ten opis raz jeszcze, by się upewnić,
            że dobrze zrozumiałam. Za oknem szumi wiatr, ale jeśli wsłuchać się dobrze,
            można usłyszeć bulgot magmy: Polska jest krajem katolickim. Polska jest krajem
            katolickim. Polska jest krajem katolickim.

            ******************
            • chickenshorts Re: Efekt magmy, czyli... 26.10.09, 21:10

              Masz u mnie potrójnego Jamesona, panie diabollo!
              • diabollo Re: Efekt magmy, czyli... 26.10.09, 21:23
                chickenshorts napisał:

                >
                > Masz u mnie potrójnego Jamesona, panie diabollo!

                A dziękuję, dziękuję, panie Chickenshorts.

                Kłaniam się nisko.
              • diabollo Re: Efekt magmy, czyli... 27.10.09, 20:25
                chickenshorts napisał:

                >
                > Masz u mnie potrójnego Jamesona, panie diabollo!

                Smutne, jednak, że nasi forumowi katolicy nie potrafią skomentować tego tekstu,
                czcigodny Chickenshortsie.

                Kłaniam się nisko.
    • grgkh Przeczytałem od razu 27.10.09, 20:56
      Kapitalny tekst. Agnieszka Graff jest świetna. Synteza tego, co najważniejsze,
      bez demagogii, z wnioskami, których oczywistość czułem w momencie czytania.
      Niczego nie da się tutaj podważyć. Ogrom bolesnej prawdy o naszych czasach i o
      Polsce. Trudno się zdobyć na jakiś szczegółowy komentarz po przeczytaniu, bo
      ważne w nim jest wszystko. A ja nie komentowałem, bo popadłem w zamyślenie nad
      jego treścią. :)

      Kiedyś podobnie duże wrażenie na mnie zrobił przeczytany na onecie tekst Wiktora
      Osiatyńskiego. Też o kobietach i też w odniesieniu do kulturowych konsekwencji
      religii. Nie wiem, czy jeszcze można go gdzieś znaleźć, bo wówczas onet dość
      szybko wycofywał swoje publikacje z obiegu, ale gdyby komuś się udało, to proszę
      o wiadomość. Też chciałbym go mieć w swoim prywatnym archiwum.
    • grzespelc Re: Efekt magmy, czyli... 27.10.09, 21:49
      Po przeczytaniu tekstu muszę niestety przyznać, że patrzenie z kobiecej
      perspektywy na te problemy jest mi zupełnie obce...
      • isma Re: Efekt magmy, czyli... 27.10.09, 21:54
        Bo ja wiem, czy to jest kobieca perspektywa ;-)))?
        W kazdym razie, wiadomosc o tym, ze rosol robi sie z wloszczyzny, mnie zabila.
        Ten wstretny katolicyzm wyraznie juz nie tylko nie pozwala wymowic slowa "piers
        (kurczaka)", ale nawet slowa "mieso" ;-))).
        • diabollo Re: Efekt magmy, czyli... 28.10.09, 00:26
          isma napisała:

          > Bo ja wiem, czy to jest kobieca perspektywa ;-)))?
          > W kazdym razie, wiadomosc o tym, ze rosol robi sie z wloszczyzny, mnie zabila.


          No, proszę, jak łatwo zabić katolicką neofitkę (choć może za bardzo uogólniam i
          tutaj chodzi tylko o trochę nierozgarniętą czcigodną Ismę).
          Tak się robi rosół z włoszczyzny jak "Polska to katolicki kraj".


          > Ten wstretny katolicyzm wyraznie juz nie tylko nie pozwala wymowic slowa "piers
          > (kurczaka)", ale nawet slowa "mieso" ;-))).


          Ha-ha-ha, ale śmieszne. (Próbka stylu Monty Pythona w wydaniu polsko-katolickim).

          Kłaniam się nisko.
          • isma Re: Efekt magmy, czyli... 28.10.09, 20:40
            Polski katolicyzm jest jak koniowatość konia, jak
            buraczaność barszczu. Z czego się robi rosół? Z włoszczyzny.


            Bul, bul, bul.
            Zabulgotala pani Graff jak zupa ze scierki w barze dworcowym.
            • chickenshorts Re: Efekt magmy, czyli... 28.10.09, 21:05
              isma napisała:

              > Polski katolicyzm jest jak koniowatość konia, jak
              > buraczaność barszczu. Z czego się robi rosół? Z włoszczyzny.

              >
              > Bul, bul, bul.
              > Zabulgotala pani Graff jak zupa ze scierki w barze dworcowym.

              www.youtube.com/watch?v=Dv1aDupBfhE

            • diabollo Re: Efekt magmy, czyli... 28.10.09, 21:42
              isma napisała:

              > Polski katolicyzm jest jak koniowatość konia, jak
              > buraczaność barszczu. Z czego się robi rosół? Z włoszczyzny.

              >
              > Bul, bul, bul.
              > Zabulgotala pani Graff jak zupa ze scierki w barze dworcowym.

              Jak zwykle zaślepia Cię neoficki zapał (a raczej jak sama napisałaś "zabija").
              No i jak zwyke masz tylko w zanadrzu prostackie obrzucenie "zupą ze ścierki"
              autora, przy zerowej argumentacji czy jakim kolwiek merytorycznym odniesieniu
              się do sensu wypowiedzi adwersarza.

              Tymczasem ten fragment idzie tak:

              "Żyjemy w katolickim kraju – to akt pod tym względem mistrzowski. Ja-katolik
              deklaruję iż, jestem tu u siebie. Jednocześnie sugeruję, że Ty-katolik, też
              jesteś Polakiem. Przywołuję zatem lojalność rozmówcy, buduję poczucie wspólnoty,
              obcych przywołując do
              porządku. Oni są nietutejsi. Polski katolicyzm jest jak koniowatość konia, jak
              buraczaność barszczu. Z czego się robi rosół? Z włoszczyzny. Czym jest
              katolicyzm? Wiarą Polaków. Jaka jest Polska? Katolicka. Zaraz, zaraz, o czym my
              właściwie mówimy? Czy “kraj” to społeczeństwo, państwo, czy może naród?
              Społeczeństwo (wiemy to z licznych badań) nie podziela opinii Kościoła na wiele
              tematów i w większości nie traktuje go jako autorytetu w kwestiach obyczajowych.
              Państwo polskie nie jest, jeśli wierzyć Konstytucji, wyznaniowe. A Naród? Tak,
              zapewne chodzi o Naród… ale o Narodzie póki co nie podejmuję się dyskutować. O
              Narodzie napiszę później. Dalej: czy „katolicyzm” oznacza wiarę? Obyczaj i
              tradycję? Wpływ jednego z wyznań na politykę? Brak precyzji – bulgocząca
              magmowatość – jest siłą tego zdania. Bul bul bul, Polska to kraj katolicki –
              bulgocze magma, bul bul, a jak Ci się nie podoba, to się wynoś."

              Wynalazek "Polak-katolik" wykluczał w 40% polskiego społeczeństwa II RP; jak to
              ktoś powiedział historia powtarza się, choć najczęściej jako farsa, więc
              dzisiejszy katolicyzm znowu jak pijany płotu czepia się tej starej pałki,
              zobaczymy na dłuższą metę z jakim skutkiem.

              Kłaniam się nisko.
            • gaika Re: Efekt magmy, czyli... 29.10.09, 20:42
              isma napisała:

              > Z czego się robi rosół? Z włoszczyzny.[/b]
              >
              > Bul, bul, bul.
              > Zabulgotala pani Graff jak zupa ze scierki w barze dworcowym.
              >

              Niedawno twierdziłaś, że wyciąganie z kontekstu nie oddaje sensu, z
              czym nie sposób się nie zgodzić-myślałaś, że czytasz książkę
              kucharską. Julia Child byłaby szczęśliwa.
      • gaika Re: Efekt magmy, czyli... 28.10.09, 00:33
        grzespelc napisał:

        > Po przeczytaniu tekstu muszę niestety przyznać, że patrzenie z
        kobiecej
        > perspektywy na te problemy jest mi zupełnie obce...

        Powiedz coś o męskiej perspektywie, to się ona poszerzy generalnie.
      • diabollo Re: Efekt magmy, czyli... 28.10.09, 20:37
        grzespelc napisał:

        > Po przeczytaniu tekstu muszę niestety przyznać, że patrzenie z kobiecej
        > perspektywy na te problemy jest mi zupełnie obce...

        Naprawdę czcigodny Grzespelcu?
        Osobiście mi nigdy nie było obce, a nawet brak tej perspektywy w dyskursie
        publicznym uważałem za skandal.

        Kłaniam się nisko.
        • chickenshorts Re: Efekt magmy, czyli... 30.10.09, 21:24
          Właśnie wróciłem z pubu i uznałem, że należy podnieść wyżej ten
          wątek. Ot, tak na week-end...
Pełna wersja