kann2
29.10.09, 23:10
Ceterum censeo…
Od pewnego czasu wzrasta nagonka na Kościół katolicki, ale także i
na inne wspólnoty wyznaniowe, w tym żydowskie, dotycząca zwrotu tym
wspólnotom ich własności, zabranej im przez władze komunistyczne
nielegalnie, a więc wbrew obowiązującym ustawom. Ta nagonka,
reżyserowana przez lewicowe partie postkomunistyczne, skierowana
jest zazwyczaj przeciwko Komisji Majątkowej, ustanowionej przez
ówczesny rząd w porozumieniu z Sekretariatem Konferencji Episkopatu
Polski.
Było to Zarządzenie ministra-szefa Urzędu Rady Ministrów z dnia 8
lutego 1990 r. w sprawie szczegółowego trybu postępowania
regulacyjnego w przedmiocie przywrócenia osobom prawnym Kościoła
Katolickiego własności nieruchomości lub ich części (Mon. Pol. Nr 5,
poz. 39), oraz Rozporządzenie Rady Ministrów z dnia 21 grudnia 1990
r. w sprawie wyłączania nieruchomości zamiennych lub nakładania
obowiązku zapłaty odszkodowania na rzecz kościelnych osób prawnych
(Dz. U. z 1991 r. Nr 1, poz.2). W tle tych aktów prawnych, jako
podstawowe punkty odniesienia są dwie ważne ustawy: Ustawa z dnia 20
marca 1950 r. o przejęciu przez państwo dóbr martwej ręki,
poręczeniu proboszczom posiadania gospodarstw rolnych i utworzeniu
Funduszu Kościelnego (Dz. U. Nr 9, poz.87 i Nr 10, poz.111; z 1969
r. Nr13, poz.95 i z 1989 r. Nr 29, poz. 154), oraz Ustawa z dnia 17
maja 1989 r. o stosunku Państwa do Kościoła Katolickiego w
Rzeczypospolitej Polskiej (Dz. U. Nr 29, poz.154; z 1990 r. Nr 51,
popz.297; Nr 55, poz.321; Nr 86, poz.504; z z 1991 r. Nr 95,
poz.425) i inne źródła prawne dotyczące tego problemu, zwłaszcza
jeżeli chcielibyśmy go rozważać w szerszym kontekście innych niż
Kościół katolicki wspólnot religijnych.
Powołanie Komisji Majątkowej było uzasadnione względami prawnymi,
dotyczyło bowiem naprawienia krzywd, jakie zostały wyrządzone
Kościołowi katolickiemu nie przez ustawę z 1950 r. dotyczącą
likwidacji dóbr kościelnych zwanych dobrami martwej ręki, oczywiście
również krzywdzącą, ale ustanowioną ustawowo, ale przez bezprawne
zagarnięcie dóbr, które ta krzywdząca ustawa gwarantowała
Kościołowi, jako jego własność. Komisja Majątkowa nie orzeka w
sprawie zwrotu dóbr zabranych Kościołowi ustawą o przejęciu przez
państwo dóbr martwej ręki, ale tylko o zwrocie tych dóbr (budynków,
ziemi), które zostały zabrane Kościołowi z naruszeniem tej ustawy,
czyli kiedy zabrano mu to, do czego w myśl i literę tej
komunistycznej ustawy, miał prawo.
Tego rodzaju działań, kiedy właścicielowi zabiera się to, co jest
jego legalną własnością, nie można nazwać, zwłaszcza z punktu
widzenia moralnego, inaczej niż kradzieżą. Jeżeli potępiamy
człowieka, który kradnie i żądamy, by oddał cudzą własność, to tym
bardziej mamy prawo do tego, by państwo, które dokonało takiej
kradzieży, a które ze swej natury powołane jest do strzeżenia
publicznego porządku i przestrzegania prawa, zwróciło własność
właścicielowi. Gdyby taka sytuacja zdarzyła się nam, osobiście, nie
mielilibyśmy wątpliwości, że zostaliśmy pokrzywdzeni i państwo, w
naszym odczuciu miałoby obowiązek zwrócić nam naszą własność. Jeżeli
jednostka ma poczucie krzywdy, kiedy zostanie bezprawnie pozbawienia
swego, to dlaczego usiłujemy pozbawić osoby prawne, wspólnoty
religijne, tego samego poczucia? Przecież ta własność jest dorobkiem
życia ich przodków, a częsta także osób jeszcze żyjących.
Jak możemy mówić o państwie praworządnym, demokratycznym, jeżeli nie
przestrzega podstawowych zasad i praw obywatelskich, wśród których
prawo własności jest święte?
Powstaje pytanie, dlaczego władze miasta Krakowa z taką godną
lepszej sprawy determinacją, walczą z postanowieniami Komisji
Majątkowej? W zasadzie nie negują one konieczności zwrotu własności.
To dobry znak. Ale czy wystarczający? Niestety, nie! Już z podstaw
prawa rzymskiego wyprowadzano zasadę, że res, clamat ad Dominum,
czyli rzecz (własność) domaga się właściciela, że res fructificat
Domino, czyli własność przynosi owoce właścicielowi. Czyżby
współcześni demokraci, zasiadający w ławach Rady miasta Krakowa nie
mieli pojęcia o tych fundamentalnych zasadach prawnych i moralnych,
którymi od wieków kierowały się uczciwe społeczeństwa?
Usprawiedliwieniem pretensji Radnych ma być dobro miasta Krakowa.
Czy rzeczywiście? Czy dobro królewskiego miasta Krakowa, miasta
nauki, upominającej się, chociażby przez Pawła Włodkowica o
sprawiedliwość międzynarodową, opartą na moralności, miasto
szlachetnych idei, kultury, a dziś poszanowania podstawowych
standardów demokracji, ma prawo popierać historyczną grabież, jakiej
dokonali komuniści na Kościele katolickim i innych wspólnotach
religijnych?
Oczywiście, można się odwoływać do legalizmu. Nie żyjemy już w tej
epoce. Jeżeli chcemy czynić dobro dla społeczeństwa, w tym dla
społeczności miasta Krakowa, czyńmy to w prawdzie. A prawda jest
taka, że rzecz zabraną wbrew prawu, należy zwrócić właścicielowi.
Nie wyklucza to sporów o to, czy prawo, regulujące zwrot własności
jest zgodne z konstytucją. To zupełnie inna sprawa. Niemniej, w
dyskusjach, które się odbywają na ten temat, dominuje przekonanie,
że wolno i że jest to w porządku, także w stosunku do zasad
moralnych, kiedy nielegalny posiadacz cudzej własności, nie chce jej
oddać, bo jest mu ona potrzebna. Nie można kierować się zasadą, że
cel uświęca środki, bo jest to zasada niemoralna.
Puenta sporu jest chyba jednak inna. Tu nie chodzi o to, kto ma
rację, ale o to, kto na tym sporze może zrobić lepszy interes
polityczny. Polityka, biorąc rzecz szeroko, to roztropna troska o
dobro wspólne. W tym przypadku nie chodzi jednak o dobro wspólne,
ale o dobro partyjne. Lewica, odpowiedzialna za grabież cudzej
własności, chce się dzisiaj zaprezentować polskiemu społeczeństwu,
przynajmniej w Krakowie, jako wielkoduszny rzecznik gminy Krakowa.
Oskarżanie i publiczne piętnowanie Radnych, którzy opowiedzieli się
za podstawową zasadą moralną, że nie wolno kraść i że nielegalne
pozbawienie własności trzeba naprawić jej zwrotem właścicielowi,
jest cynicznym gestem, który potwierdza, że lewica w Krakowie jest
niemoralna, cyniczna i opowiada się za tym, że wszystko, co Polska
Rzeczpospolita Ludowa uczyniła łamiąc prawo przez siebie
ustanowione, było słuszne. Czy rzeczywiście w Krakowie wracamy do
PRL-u?
To, co w tej sprawie dziwi najbardziej, to przede wszystkim to, że
interes partyjny, żerujący na niskich uczuciach części społeczeństwa
krakowskiego, nie znających kulis sprawy, chce ich użyć dla zdobycia
dla siebie elektoratu na najbliższe wybory. Panie i Panowie, tą
drogą nie zbudujecie sprawiedliwej Polski!!!
Sprawa Komisji Wspólnej wraca, w krakowskich środkach przekazu, jak
bumerang, już nie co pewien czas, ale codziennie. Przypomina ona
znane ze historii wystąpienia jednego z mężów stanu starożytnego
Rzymu, Katona, który przy każdej okazji zwracał uwagę na to, że
Rzymowi zagraża potęga Kartaginy, miasta-państwa w granicach
dzisiejszej Tunezji. Wzywał on Rzymian do przeciwstawienia się
Kartaginie, powtarzając przy każdej okazji: Ceterum censeo,
Carhaginam delndam esse = oprócz tego uważam, że Kartaginę należy
zniszczyć. Nie sądzę, by ze swoim sprzeciwie wobec działań Komisji
Majątkowej, Rada miasta Krakowa przeszła do historii, podobnie jak
Katon.
Bp Tadeusz Pieronek
www.diecezja.pl/pl/wydarzenia/1277-fdfasdfafdasdfasdfadfs