diabollo
08.11.09, 11:08
... z życia KK w reportażu pani Wołk-Łaniewskiej.
**************
Owce mają rogi
AGNIESZKA WOŁK-ŁANIEWSKA
ANDRZEJ SIKORSKI
Owce mają rogi
Gdzie biskupi mają „vox populi”.
Wierni z Warszawy spędzili Święto Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny na
walce z Madonną, wierni z Czerniejewa w województwie lubelskim na walce z
własnym biskupem. I trudno oprzeć się wrażeniu, że profesor arcybiskup
Życiński poniósł w tej walce klęskę moralną. Wprawdzie udało mu się wykraść
czerniejewskim wiernym ich ukochanego proboszcza, ale odbyło się to chyłkiem,
pod osłoną nocy. Co nie było takim głupim pomysłem, wziąwszy pod uwagę
doświadczenie arcybiskupa Muszyńskiego, któremu wierni z Morzewa koło Piły
zamknęli księdza na plebanii, a na mszę prowadzili pod eskortą, żeby nikt go
nie podpierdolił.
Gdyby Machiavelli był księdzem
Bunty parafian stały się codziennością polskiego Kościoła kat. A co
szczególnie godne zachwytu – duch w tych buntach panuje raczej peerelowski. W
Morzewie, gdzie parafianie pilnowali proboszcza Kobylarza przed arcybiskupem
Muszyńskim, protest toczył się pod transparentem z hasłem „W sporach z władzą
lud ma zawsze rację”. Dyktatura proletariatu wiecznie żywa!
Awantury z Morzewa i Czerniejewa mają wspólną cechę: są przejawem kompletnego
lekceważenia ze strony wiernych zasad kierujących Kościołem kat.
Kanon 1741 kodeksu kanonicznego wśród przyczyn, dla których proboszcz może być
usunięty z parafii, wymienia utratę dobrego imienia u uczciwych i poważnych
parafian lub niechęć w stosunku do proboszcza, które według przewidywania
szybko nie ustaną. Sytuacje, w których proboszcz nagrabi sobie u wiernych na
tyle, żeby chcieli się go pozbyć – należą do stosunkowo prostych. Jeśli biskup
nie jest aroganckim idiotą, po prostu zabiera nielubianego księdza i przysyła
innego. Wygrywa na tym w dwójnasób, zgodnie z nieśmiertelną zasadą
Machiavellego: jeśli władca ma ustępować, powinien ustąpić od razu, bo wtedy
jest to odczytane jako przejaw wspaniałomyślności; jeśli ulega po walce,
objawia słabość. Nowego proboszcza wierni podejmują pod nogi, a imię biskupa
chwalą po wsze czasy, szczęśliwi, że Kościół wysłuchał ich głosu. Z drugiej
strony jeśli owieczki się uprą, biskup w końcu musi proboszcza zabrać, bo
bojkot odbija się nader boleśnie na kasie.
Gdy dwa tygodnie trwają pół roku
Do arcybiskupa opolskiego Alfonsa Nossola przyszli parafianie z Rogów z
prośbą, żeby uwolnić ich od księdza proboszcza, który ustalił sztywny i dość
wygórowany cennik za posługi duszpasterskie, bił dzieci na religii oraz
prywatyzował tacę. Poza tym cmentarz przykościelny traktował jak własną oborę
i wpuszczał tam tylko wybranych – czytaj gotowych zapłacić – a niewybranych
wysyłał na cmentarz komunalny. Kiedy nie dopuścił zwłok jednej bardzo pobożnej
wdowy do męża czekającego na nią od 15 lat w rodzinnym grobie, parafianie
wystosowali do kurii list w tonie dość ultymatywnym: Nie możemy dłużej znosić
takiego zachowania księdza Wojciecha T. Tego, jak nas traktuje. Ten człowiek
niszczy ludzi, odsuwa ich od Boga. (...) Nadszedł czas, aby to zmienić. W
związku z powyższym prosimy o zmianę proboszcza naszej Parafii, jeżeli ksiądz
Arcybiskup nie ustosunkuje się do naszej prośby, ksiądz zostanie pozbawiony do
skutku dostępu do kościoła. Abp Nossol proboszcza odwołał, choć, żeby wiernym
nie przewróciło się w głowach, nie w dwa tygodnie, jak chcieli, tylko po pół
roku. Co, nawiasem mówiąc, dało proboszczowi czas na ogołocenie plebanii do
czysta, łącznie z meblami – ale owieczki i tak były uszczęśliwione.
Gdy proboszcz nie jest jak ojciec
W Raszynie, gdzie proboszcz Grzegorz K. obrzucał wiernych obelgami, podniósł
ceny sakramentów o 150 proc. i, jakby się powiedziało wśród cywilów, „kręcił
lody na przetargach”, zlecając remonty, sprzątanie czy fotografowanie
uroczystości znajomym firmom po bardzo wygórowanych cenach – wierni napisali
do Glempa, który był wówczas biskupem warszawskim, z prośbą o przeniesienie
księdza – po kilku tygodniach dostali odpowiedź od biskupa pomocniczego Piotra
Jarec-kiego: występowanie przeciw proboszczowi jest złamaniem IV przykazania,
bo ksiądz jest jak ojciec. Nie uzyskawszy zrozumienia u ordynariusza, wpadli w
taką desperację, że postanowili wywieźć księdza na taczkach. Taczki ktoś
przykuł łańcuchem do drzwi świątyni z karteczką „proboszcz won” i straż
pożarna musiała je odcinać sekatorem. W końcu proboszcz i tak został odwołany,
bo wierni zaczęli dawać na tacę po jednym groszu (co bezczelniejsi wrzucali
banknot z powielacza: 30 srebrników z podobizną księdza, podpisaną „Grzegorz
Pazerny”). W budżecie parafii z ćwierć miliona superaty zrobiło się 100 tys.
zł długu, a na należącym do niej terenie bitwy raszyńskiej zagnieździł się
autokomis.
W Leźnicy Wielkiej w archidiecezji łódzkiej parafianie wkurwili się na
proboszcza, który przy pochówku domagał się zadatku na „placowe” dla żyjącego
członka rodziny albo opłat za dawno zmarłego krewnego. Abp Ziółek nie
odpowiedział na list z protestem, wierni więc nie wpuścili księ-dza do
kościoła. Nowy proboszcz znalazł się w mgnieniu oka. Biskup wyznaczył młodego
wikariusza ze Zgierza, kilkuset wiernych przywitało go oklaskami.
Gdy wierni bronią pasterza jak niepodległości
Czasem zdarza się jednak, że biskup spełniając życzenie wiernych, wpieprzy się
jak śliwka w kompot.
Proboszcz K. z Morzewa wymienił z ambony czterech kolesiów po nazwisku w
niepochlebnym kontekście. Zwolennicy twierdzą, że powiedział kto czyni zło
księdzu, czyni zło stanowi kapłańskiemu i że wymienieni mogą ponieść karę
boską. Przeciwnicy proboszcza – że mówił coś o opętaniu przez diabła.
Wymienieni grozili sądem i to bynajmniej nie bożym, abp Muszyński więc, który
jest unikatowym przykładem myślącego purpurata, uznał, że księdza trzeba
usunąć, zanim zrobi się prawdziwa afera – i, trzeba trafu, afera zrobiła się
właśnie od tego, albowiem poza przeciwnikami ksiądz miał także zwolenników,
którzy zabarykadowali proboszcza na plebanii i powiesili wspomniany
transparent o ludzie i władzy. Zadyma trwała 4 miesiące. Na szczęście
Muszyńskiego Morzewo w tym czasie przechodziło z jego diecezji do sąsiedniej,
więc problem stał się problemem biskupa bydgoskiego.
Bunty wiernych nie przeciw, lecz w obronie proboszcza – to zaraza, która
rozprzestrzenia się w polskim Kościele z szybkością świńskiej grypy. Wierni
coraz powszechniej traktują proboszczów jak swoją własność, a biskupów
wydających dekrety o przeniesieniu – jak złodziei wyciągających rękę po cudze.
W odróżnieniu od zagadnienia „usunięcia proboszcza” – w dziale „przenoszenie
proboszczów” kodeks kanoniczny w ogóle nie wspomina o wiernych, albowiem
wierni z założenia w tej sprawie nie mają nic do powiedzenia. Wprowadzona
przez J.P.2 demokratyzacja tego procesu polega na tym, że coś do powiedzenia
może mieć przenoszony proboszcz. Wobec najbardziej opornych kodeks przewiduje
aż trzy rundy negocjacji: w pierwszej biskup na piśmie proponuje przeniesienie
i zachęca, aby proboszcz się na nie zgodził, ze względu na miłość Boga i dusz,
w drugiej – biskup naradza się z dwoma innymi proboszczami i po naradzie
ponawia ojcowskie wezwanie, a dopiero w trzeciej wydaje dekret przenoszący.
Nie ma słowa w kodeksie o pytaniu o zdanie parafian, którym proboszcz jest
odbierany. Toteż nikt ich nie pyta.
Gdy arcybiskup pozbywa się ulubieńca
Czasem jednak – jak w przypadku konfliktu abp. Życińskiego z wiernymi z
Czerniejewa – arbitralne decyzje nie służą powadze Kościoła. Życiński
zdecydował o przeniesieniu księdza Marka Ż., o którym parafianie zwykli mówić
„nasz wspaniały duszpasterz”, żeby zrobić miejsce dla księdza, którego musiał
pozbyć się z Lublina.
CDN...