Patiotycznie w Święto Niepodległości...

12.11.09, 18:50
... oczywiście zainspirowały mnie słowa Największego w Dziejach Polaka wczoraj
w głównym wydaniu Wiadomości w TVP-PISS-1, o tym, że "musimy przyjąć wielkie
"dziedzictwo duchowe", które nazywa się Polska".

Więc pozwolę sobie wkleić bardzo dobry artykuł z GW, sylwetka Józefa
Piłsudzkiego do roku 1918, "Towarzysz Wiktor wybiera wolność":

wyborcza.pl/1,75402,7240737,Towarzysz_Wiktor_wybiera_wolnosc.html

Mnie osobiście najbardziej patriotycznie wzruszył pewnie mało znany epizod
historyczny, o tym że przecież najwięksi wrogowie polityczni Piłsudzki i
Dmowski w czasie pobytu w Japonii, do której Piłsudzki przybył organizować
pomoc japońską dla przyszłego powstania w Polsce, a Dmowski przybył, żeby
torpedować starania Piłsudzskiego, razem zwiedzali Tokio i razem (sic!)
chodzili ruchać prostytutki w tokijskich burdelach.

Zastanawiam się tylko, czy chodzili do burdeli na Ginzie, a może jeszcze
gdzieś indziej, bo chyba wtedy jeszcze nie na Roppongi czy Shinjuku?

Kłaniam się nisko.
    • diabollo Re: Patiotycznie w Święto Niepodległości... 12.11.09, 19:40
      Rany, oczywiście "Piłsudski". Co za nazwisko...

      Kłaniam się nisko.
      • grzespelc Re: Patiotycznie w Święto Niepodległości... 12.11.09, 20:30
        Litewskie.
        • diabollo Re: Patiotycznie w Święto Niepodległości... 12.11.09, 20:46
          grzespelc napisał:

          > Litewskie.

          Tak myślę o skojarzeniach związanych z Litwą.
          Przypominam sobie najbardziej emocjonalne, moją "babcię" a raczej właściwie moją
          - kiedyś to się nazywało - mamka?
          Moi rodzicie oboje pracowali, więc zanim poszedłem do przedszkola wychowaywała
          mnie właśnie ta wynajęta "babcia" (choć nie był to układ tylko czysto
          biznesowy), bardzo ciepło ją wspominam, utrzymywaliśmy kontakt do jej śmierci,
          jak mialem już z kilkanaście lat. Oczywiście Litwinka.

          W bliskiej mi rodzinie do dzisiaj funkcjonuje powiedzenie "głodna Litwa
          przyjechała", wszak Litwa przed wojną była jedną z najbiedniejszych i głodnych
          dzielic ówczesnej II RP.

          I najlepsze skojarzenie, zasłyszane od pewnej starszej osoby - że
          rozpowszechniony był stereotyp, że litwskie dziewczyny były bardziej "otwarte".
          Pewnie to mit z czasów romansu Zygmunta Autusta z Barbarą Radziwiłłówną, poza
          tym chyba trudno o jakąkolwiek nację, której dziewczyny nie byłyby "otwarte",
          choć oczywiście otwartką kwiestią wszędzie pozostaje na kogo.

          Kłaniam się nisko.
          • grzespelc A tak poza tym... 13.11.09, 21:43
            Świat jest pełen paradoksów. Idolem katonacjonalistycznej prawicy jest
            pochodzący z Litwy rozwodnik, apostata, socjalista i terrorysta. Ale to jeszcze
            nic. Najlepsze jest to, że do władzy i chwały doszedł w wyniku serii
            politycznych błędów i porażek.
            • diabollo Re: A tak poza tym... 14.11.09, 05:59
              grzespelc napisał:

              > Świat jest pełen paradoksów. Idolem katonacjonalistycznej prawicy jest
              > pochodzący z Litwy rozwodnik, apostata, socjalista i terrorysta. Ale to jeszcze
              > nic. Najlepsze jest to, że do władzy i chwały doszedł w wyniku serii
              > politycznych błędów i porażek.


              Święte słowa, czcigodny Grzespelcu.
              Kłaniam się nisko.
    • fnoll a'propos Piłsudskiego 12.11.09, 20:46
      ciekawe nagranie:
      www.youtube.com/watch?v=oOcBRyQtb_w
      jak to się zmienia ten świat, ta technika... ;)
      • diabollo Re: a'propos Piłsudskiego 13.11.09, 20:41
        fnoll napisał:

        > ciekawe nagranie:
        > www.youtube.com/watch?v=oOcBRyQtb_w
        > jak to się zmienia ten świat, ta technika... ;)
        >

        Tylko ludzie podobni.

        Kłaniam się nisko.
    • diabollo Przed wojną nie żyło się lepiej, czyli 15.11.09, 10:15
      ...patriotycznie nie zapominajmy o realiach niepodległej II RP, które są w
      naszej mentalności tak zakłamane, jak kłamliwie zdemonizowany został czas tzw.
      "komuny".

      *************
      Przed wojną nie żyło się lepiej

      Adam Leszczyński

      Typowe mieszkanie robotnicze w połowie lat 30. nie miało ustępu, wodociągu i
      zlewu. Rzadko był w nim prąd, prawie zaś nigdy - gaz. Nam po 1989 roku było dużo
      łatwiej niż dziadkom i pradziadkom

      Jesienią 1931 roku, kiedy w Polsce zagościł już na dobre Wielki Kryzys, Instytut
      Gospodarstwa Społecznego rozpisał konkurs na pamiętniki bezrobotnych. Instytut,
      którego szefem był prof. Ludwik Krzywicki, światowej sławy socjolog o lewicowych
      poglądach, dziś nazwalibyśmy pewnie think tankiem zajmującym się problemami na
      styku socjologii i ekonomii.

      Kilkunastu spośród 774 pamiętnikarzy przyznano nagrody pieniężne - 25, 50 i 100
      ówczesnych złotych. Było to niezbyt dużo: robotnik wykwalifikowany - o ile miał
      pracę - mógł zarabiać wtedy ok. 150 zł miesięcznie. Najlepiej zarabiali górnicy
      i hutnicy - 230-240 zł miesięcznie.

      Czytane dziś pamiętniki bezrobotnych pokazują nie tylko otchłań nędzy. Pokazują
      także, że trudno porównać ówczesny poziom życia z dzisiejszym - tak bardzo
      warunki były różne. Jeden z autorów Feliks Różański, ślusarz z Warszawy,
      przeszedł z żoną po Polsce w poszukiwaniu pracy 2340 km - piechotą! Szedł od
      Gdyni do Brześcia nad Bugiem, przez Lwów i Katowice, Poznań i Toruń, aż wrócił
      do Warszawy. Inny autor Leon Zarycki, czternaste dziecko łódzkiego odlewnika,
      zaczął pracować w wieku 14 lat, sprzedając papierosy na ulicy; kiedy skończył 17
      lat, został robotnikiem w fabryce. Komisja lekarska zwolniła go z poboru, bo
      ważył 45 kilogramów i był zbyt słaby na żołnierza.

      Nędzę ówczesną - kiedy trzeba było zastawiać ubrania, żeby mieć co jeść, a
      groźba głodu była bardzo realna - trudno w prosty sposób zestawić z dzisiejszym
      ubóstwem. Historyczne porównania w ogóle zresztą są ryzykowne, bo też cały świat
      był wówczas biedniejszy. Także amerykańscy bezrobotni wówczas często nie
      dojadali, co wyobrazić sobie trudno - teraz chorobą biednych Amerykanów jest
      nadwaga.

      W tamtym świecie - wszędzie, nie tylko w Polsce - samochód był dobrem luksusowym
      (było ich w całym kraju tylko kilkadziesiąt tysięcy!), a buty i ubrania drogimi
      przedmiotami, które się wielokrotnie naprawiało, kiedy się przetarły czy
      zepsuły. Życie też było inne. Ludzie żyli dużo krócej niż dziś (do tego jeszcze
      wrócimy), żenili się wcześniej i mieli więcej dzieci. Mało kto miał maturę, nie
      mówiąc o dyplomie uniwersyteckim. Pod koniec lat 30. maturę zdawało co roku
      kilkanaście tysięcy osób. Nawet jeśli uznać, że ówczesna matura była trudniejsza
      od dzisiejszej, było to mało.

      Mieszkało się też inaczej. W połowie lat 30. ekonomista i statystyk Ludwik
      Landau pisał: "Pojedyncza izba, stanowiąca w większości obszaru Polski typowe
      mieszkanie robotnicze, jest pozbawiona jakichkolwiek udogodnień; bez
      przedpokoju, ustępu, przeważnie też bez wodociągu i zlewu, dość rzadko
      zaopatrzona w elektryczność, prawie zaś nigdy w gaz, a położona często w
      suterenie lub na poddaszu. Konsekwencją małych rozmiarów mieszkania musi być
      przeludnienie [...], które dochodzi do granic trudnych do uwierzenia. [...] W
      Częstochowie w roku 1921 przeszło trzecia część mieszkań jednoizbowych zajmowana
      była przez pięć i więcej osób, a spora ilość - ok. 10 proc. - przez 7 osób i
      więcej". Landau nawet nie wspominał o ubikacjach i prysznicach.

      Nawet pozornie porównywalne liczby - takie jak poziom bezrobocia - wymykają się
      łatwym zestawieniom. Jedno jest pewne: wygodnie się wówczas żyło bardzo
      nielicznym. W 1933 roku - na dnie Wielkiego Kryzysu - w Polsce, liczącej wtedy
      niecałe 33 mln mieszkańców, było oficjalnie zarejestrowanych tylko 343 tys.
      bezrobotnych (dziś zarejestrowanych jest 1 mln 700 tys. bezrobotnych na 38 mln
      Polaków). Przed wojną jednak rejestrowało się tylko około jednej czwartej
      bezrobotnych, znacznie mniej niż dzisiaj - chociaż dzisiejsze statystyki też nie
      obejmują wszystkich. Rejestracja w tamtych czasach niewiele dawała. Naprawdę
      więc nikt nie wiedział, ilu było bezrobotnych. Poufne szacunki Ministerstwa
      Spraw Wewnętrznych z 1936 roku mówiły o bezrobociu utrzymującym się stale na
      poziomie powyżej miliona osób, co było zbliżone do szacunków socjologów.

      Było to jednak tylko bezrobocie miejskie. Nawet te szacunkowe dane nie
      obejmowały rolnictwa, w którym pracowało blisko dwie trzecie mieszkańców
      ówczesnej Polski. Nikt nie policzył dokładnie, jak wielu na wsi było wówczas
      "ludzi zbędnych" - wegetujących na karłowatych gospodarstwach w skrajnej nędzy.
      Tutaj szacunki idą w miliony.

      Jak pisze historyk dziejów gospodarczych naszego regionu Derek H. Aldcroft,
      gospodarstw, które miały ekonomiczną rację bytu o powierzchni 10-20 hektarów,
      było tylko 10 proc. Techniki rolne były przestarzałe, wydajność niska w
      porównaniu z Zachodem, a inwestować nie było z czego. O żadnych "dopłatach do
      rolnictwa" nawet mowy nie było; przeciwnie, płaciło się dotkliwe podatki. Nie
      było także emerytur z KRUS.

      Trudno mieć zresztą pretensje do chłopów, że nie inwestowali: kto myśli o
      inwestycjach, kiedy nie ma na jedzenie, nie mówiąc już o butach? Przeciętne
      dochody rodziny chłopskiej w latach 30. były o jedną trzecią niższe niż w 1913
      roku (Derek H. Aldcroft, Europe's Third World: The European Periphery in the
      Interwar Years, wyd. Ashgate, Aldershot 2006).

      "Dziesięć milionów ludzi na samej roli nie dojada i nie dopracowuje" - pisał w
      1939 roku publicysta i reporter Melchior Wańkowicz. "Dziesięć milionów ludzi na
      samej wsi, bezrobotnych urzędowych, zarejestrowanych miejskich nie licząc, jest
      materiałem martwym, którego nie dźwigniemy, który się nie nadaje na obywatela,
      bo go trzeba odżywić, dać mu jaką taką nadwyżkę w dochodzie społecznym na to, by
      był w stanie choć coś niecoś pomyśleć o sprawach wybiegających poza zakres
      najprymitywniejszych zwierzęcych potrzeb".

      Cytat pochodzi z książki Wańkowicza o Centralnym Okręgu Przemysłowym, w której
      wychwalał społeczną przemianę, jaką wielki państwowy przemysł przynosił do
      zapadłych wsi i miasteczek (przypomnijmy: to 1939 rok, a nie PRL!). Mógł więc
      wyolbrzymiać.

      Jeśli jednak nawet "ludzi zbędnych" nie było 10 mln, tylko 8 czy 7 mln, to skala
      tej społecznej katastrofy była nieporównywalna z tymi problemami, które mamy
      dzisiaj. Jak na ówczesne czasy Polska miała względnie nowoczesny system
      ubezpieczeń społecznych i ubezpieczenia zdrowotne: oba jednak pozostawały
      żałośnie niedofinansowane. Wańkowicz pisał wtedy, że 900 tys. ludzi chorowało na
      nieleczone choroby weneryczne - głównie kiłę. Na wsi lekarza widywano bardzo
      rzadko albo wcale.

      Można dziś porównać dystans, jaki dzielił poziom życia w Polsce od rozwiniętych
      krajów Zachodu w 1939 roku z tym, który dzieli nas od nich dzisiaj, czyli - w
      obu wypadkach - po 20 latach niepodległości. To porównanie nie wypada dobrze.

      Noworodek urodzony w Polsce w 1932 roku miał przed sobą - według "Rocznika
      Statystycznego" - niecałe 50 lat życia. Pod tym względem przepaść między Polską
      a Zachodem była gigantyczna i znacznie większa niż dziś: w Niemczech było to
      wówczas 61 lat, a w Australii - 65 lat. Krócej, ale tylko niewiele, żyli
      obywatele ZSRR.

      Dochód na głowę mieszkańca wynosił w 1938 roku w Polsce mniej więcej jedną
      trzecią poziomu Wielkiej Brytanii, czyli proporcjonalnie mniej więcej tyle, co
      teraz. W porównaniu z 1913 rokiem po 20 latach niepodległości nasz dystans wobec
      najbogatszych krajów Zachodu wzrósł - niewiele, ale jednak. Tempo, w jakim
      gonimy Zachód po 1989 roku pozostawało wówczas niedościgłym marzeniem.

      CDN...
      • diabollo Re: Przed wojną nie żyło się lepiej, czyli 15.11.09, 10:16
        "Płace polskie należą do najniższych" - pisał Ludwik Landau, porównując nas z
        Europą i Ameryką. Licząc siłę nabywczą, polscy robotnicy zarabiali wówczas nieco
        ponad połowę tego, co Anglicy i jedną trzecią tego, co Amerykanie - ale tylko
        dzięki temu, że żywność w Polsce była bardzo tania, bo za swoją pensję mogli
        kupić dużo mniej ubrań czy mebli niż Anglicy i Amerykanie. Landau: "Podobnie jak
        płace robotnicze były płace pracowników umysłowych w Polsce w okresie
        największego ich stanu w 1929 r. jednymi z najniższych w Europie i pozostawały w
        sumach nominalnych, a nawet - pomimo taniej żywności w Polsce - także w wartości
        realnej dalekimi od poziomu krajów zachodnich [...] Niższe grupy zarobków
        robotniczych nie mają nawet zapewnionego dostatecznego odżywiania się".
        Przypomnijmy - to odnosi się do najlepszego roku w historii II RP. W kryzysie
        było znacznie gorzej - płace spadły o jedną trzecią.

        Zanim jednak wydamy werdykt, że pradziadkowie radzili sobie z polityką społeczną
        gorzej niż my, potrzeba istotnego zastrzeżenia - punkt startu II RP w 1918 roku
        był zupełnie inny niż III RP w 1989 roku. Nieporównywalna była też sytuacja
        międzynarodowa. Nam po 1989 roku było dużo łatwiej niż dziadkom i pradziadkom.
        Przedwojenna Polska musiała odbudować się po cyklu niszczących wojen (I wojna
        światowa, powstania - wielkopolskie, śląskie, walki z Ukraińcami i z Rosją),
        które przetoczyły się przez 90 proc. terytorium kraju i trwały siedem lat.

        Trzeba było scalić w jedno trzy różne zabory, które wcześniej przez 120 lat były
        peryferyjnymi kawałkami trzech różnych gospodarek (Polski przecież nie było!).
        Polski przemysł stracił zarówno dostawców, jak i rynki eksportowe, i przez
        większą część dwudziestolecia próbował się po tej katastrofie pozbierać. Handel
        z dwoma największymi sąsiadami - Związkiem Radzieckim i Niemcami - był z powodów
        politycznych bardzo trudny: ZSRR za granicą kupował głównie maszyny dla swojego
        przemysłu (a w tej dziedzinie nie mieliśmy nic do zaoferowania), a handel z
        Niemcami utrudniała wojna celna, na której strona słabsza - czyli my - traciła
        więcej.

        Na te wszystkie nieszczęścia nałożył się Wielki Kryzys oraz nieustające poczucie
        niestabilności i zagrożenia. Jaki zachodni inwestor o zdrowych zmysłach
        zaryzykowałby swoje pieniądze w biednym, niestabilnym kraju na peryferiach
        Europy - w dodatku takim, który ma dwóch potężnych, uzbrojonych po zęby i wrogo
        nastawionych sąsiadów?

        Nic dziwnego, że Polska przed wojną cierpiała na dramatycznie niski poziom
        inwestycji. Zaciągano za granicą pożyczki, ale szło to opornie, a warunki były
        często trudne. Polityka rządu - który bardziej dbał o stabilny kurs walutowy niż
        tempo wzrostu gospodarczego - wcale nie poprawiała sytuacji.

        Po 1989 roku napłynęły do Polski dziesiątki miliardów dolarów inwestycji
        prywatnych oraz funduszów pomocowych. Umorzono kolejne dziesiątki miliardów
        długów z czasów PRL. Przed wojną musieliśmy radzić sobie we wrogim otoczeniu - sami.

        Były w Europie Środkowej kraje, którym wychodziło to lepiej niż nam, chociaż w
        większości też startowały z lepszych pozycji. Czechosłowacja - dzięki
        odziedziczonemu po Austro-Węgrach przemysłowi - była wówczas bogatsza od Austrii
        i wielu państw Zachodu. Wyższy (o 20-30 proc.) poziom dochodu na głowę niż
        Polska miały Węgry, Bułgaria, Grecja i kraje bałtyckie. Na zbliżonym do
        polskiego poziomie były Włochy, Hiszpania, Rumunia i Jugosławia. Generalnie
        jednak byliśmy na szarym końcu europejskiego peletonu.

        Niektórzy historycy sądzą, że Polska w drugiej połowie lat 30. zaczynała
        wchodzić w fazę szybkiego rozwoju przemysłu, a więc także wzrostu poziomu życia.
        Mimo to była nadal krajem bardzo biednym o zaniedbanej infrastrukturze
        społecznej. Warunki mieszkaniowe, opieka zdrowotna, transport, edukacja,
        zaopatrzenie w wodę - wszystko to, jak pisze Aldcroft, "było nadal bardzo
        prymitywne jak na zachodnie standardy" i "wskazywało na niski poziom rozwoju".

        Można mieć liczne i zasadne pretensje do polskiej transformacji. Dziś - mimo
        wszystko - jest nam do pierwszego świata coraz bliżej. Wtedy staliśmy w miejscu.

        Adam Leszczyński "Gazeta Wyborcza"

        https://wyborcza.pl/1,75515,7237694,Przed_wojna_nie_zylo_sie_lepiej.html
        • grzespelc Re: Przed wojną nie żyło się lepiej, czyli 15.11.09, 12:52
          Powinno sie o tym częściej pisać, może skońcy się wreszcie gloryfikowanie II RP.
          Aczkolwiek na usprawdiliwienie warto wspomnieć, że nauka ekonomii była wtedy
          właściwie w powijakach i wszelakie teorie opierały się bardziej na tym, co komu
          ślina na język niż jakichkolwiek badaniach.
          Z drugiej strony warto zauważyć - we Włoszech i Hiszpanii było jeszcze gorzej,
          we Włoszech zresztą nie tylko pred wojną, ale i po niej nie było lepiej. Jednak
          40 lat komunizmu zrobiło swoje nie tylko u nas, ale w takiej Czechosłowacji
          nawet bardziej. A propos takich tematów, to przypomniało mi się, jak dobrych
          kilka lat temu we Wprost (wówczas jeszcze dalo sę go czytac, chociaż już z
          pewnym trudem) napisano, że 100 lat temu poziom rozwoju Polski i Szwecji był
          podobny, a teraz różnica jest ogromna i wyliczył, że tak naprawdę to wynik tego,
          że średniorocznie pr ten cas PKB Szwecji rósł o 3%, a nasz o 2 - różnica z
          pozoru niewielka. Ciekawe spostrzeżenie, tyle, że nie uwględnia skutków dwóch
          wojen, które rujnowały Polskę i bogaciły Szwecję.
Pełna wersja