Wojna i wytrysk, czyli...

18.11.09, 21:36
... za co kochamy braci Czechów, felieton pana Szczygła:

************
Wojna i wytrysk
Mariusz Szczygieł 2009-11-13

czyli niełatwo w Czechach dokonać bohaterskiego czynu

Dziś czuję się świątecznie, bo dodajemy do "Gazety" najsłynniejszy na świecie
film czeski "Pociągi pod specjalnym nadzorem". Może więc powinienem
opowiedzieć, jakie były konsekwencje najsłynniejszej na świecie sceny z tego
filmu, kiedy starszy dyżurny Całusek stawia pieczątki na nagich pośladkach
Zdeniczki.

Gdy odtwórca roli Całuska Vladimir Valenta wyemigrował po 1968 r. do Stanów,
zaczął pracę w myjni samochodowej. Nie był zawodowym aktorem, reżyser Jirzi
Menzel miał oko do naturszczyków i wybrał Valentę, bo wyglądał jak uosobienie
czeskiego drobnomieszczaństwa. Naprzeciwko myjni było kino i gdy "Pociągi..."
dostały Oscara, po pierwszym seansie ludzie wyszli z kina i stanęli jak wryci:
starszy dyżurny Całusek myje amerykańskie samochody. To nie koniec jego
przygód, bo do myjni ponoć już następnego dnia zaczęły podjeżdżać panie z
własnymi pieczątkami.

Tę historyjkę znam z książki Aleksandra Kaczorowskiego "Europa z
płaskostopiem". Ale już nie będę opowiadał dykteryjek, powiem o czymś dla mnie
ważniejszym.

Całusek jest członkiem podziemia, a główny bohater Miłosz Pipka ma dokonać
aktu dywersji i rzucić bombę na przejeżdżający niemiecki pociąg. I na końcu
filmu ją rzuca. Jednak "wielkie" porzuciło tu pretensję do wielkości. Dyżurny
Całusek spokojnie kolekcjonuje erotyczne przeżycia, a Miłosz Pipka usiłuje
zostać mężczyzną i opanować swój problem. Bo od wojny ważniejszy jest dla
niego przedwczesny wytrysk.

O rzuceniu bomby widz dowiaduje się jakoś między wierszami, bez celebrowanych
knowań, bez napięcia, właściwie pojawia się w filmie jeden powierzchowny
instruktaż, jak ją rzucić, i tyle. Tak jakby (jak napisał jeden czeski
eseista) nie chodziło o niezwykły czyn, ale o jeden wygłup między innymi
wygłupami.

Warto jednak przypomnieć, że to Czesi dokonali zamachu na jedną z
najważniejszych figur III Rzeszy. Siedziałem kiedyś w lokalu Pod
Spadochroniarzami, gdzie jeden pan (z zawodu taksówkarz) mnie przekonywał, że
najlepsze jest piwo Bernard z Humpolca, ale po jedzeniu to tylko piwo z Belgii
- Stella, bo jest słodkie i jako deser w sam raz. - A wy, Polacy, to chyba
nami trochę pogardzacie? - powiedział nagle.

- Ja na pewno nie, proszę pana, czeski ruch oporu dokonał rzeczy niebywałej
(wiedziałem, że chodzi mu o kwestie zasadnicze). - Zabić ulubieńca Hitlera -
to jest dopiero bohaterstwo! - dodałem, bo znam historię zamachu na protektora
Czech i Moraw Reinharda Heydricha.

- Ale czym się tu chwalić. Heydrich nie jechał w pancernym wozie, tylko w
otwartym kabriolecie, to i łatwiej było go trafić - zaoponował taksówkarz.

- No, ale udało się wam go zabić!

- Ale bez przesady. Jechał bez żadnej eskorty, a trasy nie pilnowały żadne
patrole.

- No, ale nie żyje!

- Ale tylko dlatego, że sam ułatwił sprawę. Jak pierwszy zamachowiec próbował
strzelić, to zamiast na gaz i uciekać, Heydrich dał rozkaz: zatrzymać się.
Podał się na talerzu, proszę pana.

- No, ale jednak go zabiliście.

- A wcale nie jest to takie pewne, bo karabin pierwszego zamachowca nie
wystrzelił i do dziś nie wiadomo dlaczego. Dopiero drugi rzucił w stronę
samochodu granat.

- No i dzięki temu zabiliście prawą rękę Hitlera.

- Ale bez przesady, Heydrich nawet się nie bronił. Kiedy wyskoczył z wozu i
chciał strzelać, okazało się, że w jego pistolecie nie było magazynku.

- No, ale udało się wam go zabić.

- Ale gdzie tam! Sam umarł tydzień później w szpitalu. Kiedy wskoczył do
samochodu po ten magazynek, już tylko usiadł na siedzeniu, bo od bomby miał
połamane żebra, które wbiły mu się w śledzionę. I tak naprawdę umarł potem na
sepsę.

Proszę państwa, powiem na koniec tego felietonu tak: niełatwo w Czechach
dokonać bohaterskiego czynu.

(A zdanie, że Czesi to śmiejące się bestie, które usłyszą państwo na koniec
filmu, spopularyzował Hrabal, ale wypowiedział Heydrich.

Tylko, niestety, nie usłyszą państwo tego zdania we właściwym przekładzie, bo
jakiś tłumacz, którego nazwiska w napisach nie podano, przetłumaczył je jako:
"Czesi są śmiejącymi się bydlakami").

Mariusz Szczygieł

wyborcza.pl/1,99493,7243984,Wojna_i_wytrysk.html
    • grgkh Re: Wojna i wytrysk, czyli... 18.11.09, 22:22
      To jest mój ideał - traktować życie bez zadęcia, bez potwornie poważnej walki,
      bez nienawiści ukrytej za traktowaniem swoich poglądów jako jedynych
      prawdziwych, by się dla nich domagać od innych szacunku pod karą śmierci.

    • maitresse.d.un.francais Re: Wojna i wytrysk, czyli... 18.11.09, 22:33
      Zrobię wyjątek celem uczynienia uwagi, że sztuka translatorska wielkie znaczenie ma:

      A zdanie, że Czesi to śmiejące się bestie, które usłyszą państwo na koniec
      filmu, spopularyzował Hrabal, ale wypowiedział Heydrich.

      Tylko, niestety, nie usłyszą państwo tego zdania we właściwym przekładzie, bo
      jakiś tłumacz, którego nazwiska w napisach nie podano, przetłumaczył je jako:
      "Czesi są śmiejącymi się bydlakami").
      • diabollo No to tak specjalnie dla czcigodnej Kochanicy... 18.11.09, 23:46
        ...jeszcze jeden felieton pana Szczygła, w kwestii stuki translatorskiej.

        Kłaniam się nisko.

        ****************
        Nieprzygody niewojaka Szwejka

        Po 80 latach zlikwidowano skutki przestępstwa na Szwejku

        Tłumaczenie książek to niebezpieczne zajęcie. Dla ludzi o silnej psychice.
        Przetłumaczysz coś i natychmiast ujawnia się sto osób, które znają na pamięć nie
        tylko tłumaczoną przez ciebie książkę w oryginale, ale też jej siedem innych
        tłumaczeń na języki europejskie i suahili. Udowodnią ci, że można było ją
        przetłumaczyć lepiej, a twoje błędy wstawią do internetu i będą one tkwić tam do
        końca świata, a przynajmniej do końca elektryczności.

        Zawód tłumacza jest dla mnie jednym z najpiękniejszych zawodów, bo to coś więcej
        niż tłumaczenie zdań - to tłumaczenie jednej kultury na drugą, nigdy jednak nie
        odważyłbym się nic przekładać. Raz przetłumaczyłem tylko tytuł książki i
        natychmiast do mojego zakładu pracy nadszedł donos, że przetłumaczyłem go źle.

        Tytuł po czesku brzmiał "S Gottem v posteli", co dokładnie znaczy "Z Gottem w
        łóżku". Jednak "pościel" brzmi po polsku tak wyrafinowanie, tak wymownie, tak
        pikantnie, że zainspirowany tym słowem postanowiłem książkę nazwać "Z Gottem w
        pościeli". Dla bohemistów z UW tytuł ten zabrzmiał nie jak owoc mojej kultury
        literackiej, ale jak szkolny błąd tłumacza. Zareagowali od razu i pouczyli mnie
        (w dwóch listach), że musi być "w łóżku". (Choć ja do dziś upieram się, że
        "łóżko" jest słowem wyeksploatowanym, a czytelnik stał się na nie zobojętniały.
        "Pościel" nie jest jeszcze zużyta i przyciąga uwagę). W każdym razie lekcję
        odebrałem i od tej pory każdego dnia się pilnuję, żeby już nic nie przetłumaczyć.

        Ceniona francuska tłumaczka literatury polskiej Margot Carlier mawia, że idealny
        tłumacz to taki, którego zegarek jest nastawiony na taką samą godzinę jak
        zegarek autora. (Mój raczej by się spieszył).

        Milan Kundera, który swojej niechęci do złych nawyków tłumaczy poświęcił sporo
        energii, uważa, że tłumacz musi być wierny autorowi, i nie rozumie, dlaczego
        kiedy on pisze "autor", tłumacz przekłada "pisarz"; a kiedy on pisze "pisarz",
        tłumacz przekłada "powieściopisarz". Kafka mówi "iść", a tłumacze "maszerować"

        Jak widać, tłumacz - jako człowiek sztuki - musi mieć więc wrażliwość motyla i
        skórę hipopotama. Taką skórę ma chyba Antoni Kroh.

        Dokonał właśnie w dziedzinie przekładu czynu odważnego i podejrzewam, że będzie
        musiał wiele wytrzymać. Przetłumaczył na nowo "Przygody dobrego wojaka Szwejka".
        Przepraszam: "Losy dobrego żołnierza Szwejka czasu wojny światowej", gdyż tak
        właśnie brzmi nowy tytuł powieści o Szwejku. Przepraszam: tak brzmi stary tytuł
        powieści o Szwejku, tylko że przez ostatnie 80 lat mieliśmy do czynienia z
        efektem przestępstwa dokonanego na tej epopei przez pierwszego tłumacza Pawła
        Hulkę-Laskowskiego. Przepraszam: drugi tłumacz Józef Waczków też dokonał molestu
        - zatytułował swój przekład "Dole i niedole dzielnego żołnierza Szwejka podczas
        wojny światowej".

        Antoni Kroh to historyk kultury, tłumacz, etnograf, znawca Podhala, Czech i
        Słowacji, autor bestselleru „Sklep potrzeb kulturalnych” o Podhalu i
        góralszczyźnie oraz wyśmienitej książki „O Szwejku i o nas”. Dziś właściwie już
        arystokrata inteligencji, który jest przekonany, że kiedy napisze, iż pierwszy
        polski esej o Szwejku „miał bardzo mocny tytuł, bo brzmiał »Czeski
        Rabelais-Cervantes «”, to znajdzie kogoś, kto doceni tę odwagę sprzed 80 lat, a
        przynajmniej nie będzie się zastanawiał, czy Rabelais to szczep winogron.

        Kiedy proponują mi udział w jakimś publicznym spotkaniu obok Antoniego Kroha,
        zawsze odmawiam. Mówię, że nie wyobrażam sobie, abym ja, ministrant, miał się
        wypowiadać przy papieżu.

        Nie sądzę jednak, żeby zadomowiony tytuł "Przygody dobrego wojaka Szwejka"
        wyparował z naszych mózgów. Kroh chce być wierny oryginałowi. Tłumaczy we
        wstępie, że "Osudy dobrého vojáka Švejka za sv'tové války" to losy, a nie
        przygody. Można sprawdzić w słowniku, ale i bez tego da się zauważyć, że głód,
        więzienia, cień szubienicy, powszechne zbydlęcenie i masowe rzezie to nie
        przygody. Jak zareagowalibyśmy na książkę pt. "Przygody kresowiaków w
        syberyjskich łagrach"? - pyta. Voják zaś to po czesku żołnierz. Po polsku ma
        odcień ironiczny i pobłażliwy, a więc niezgodny z ideą powieści.

        Właściwie można przeżyć szok, jeśli uświadomimy sobie, jak wadliwy był przekład
        Hulki, podstawowy przecież dla naszej wiedzy o Szwejku. Proste zdanie: "Ale
        najgorsze, że zaczęły mu rosnąć uszy", u Hulki-Laskowskiego stało się zdaniem:
        "Ale najgorsze było to, że zaczął jednocześnie rosnąć". Z niewiadomych powodów
        uszy pominął. Buzeranti (po czesku "pederaści") są przetłumaczeni jako "panowie,
        którzy miewają takie rozmaite gusta". Vyk ieena m~stnost (po czesku "dom
        publiczny") to dla Hulki "okrzyczany dom" i tak dalej.

        Żeby dobrze przetłumaczyć tę książkę, trzeba znać austriacką czeszczyznę, czeską
        niemczyznę, galicyjską polszczyznę, c.k. żargon wojskowy, realia czeskie lat 20

        Antoni Kroh przyrównuje tłumacza do telefonu, który nie wydaje osobistych
        trzasków i komentarzy, tylko wiernie przenosi słowa od jednego rozmówcy do drugiego.

        Drugi polski Szwejk ("Dole i niedole ") Józefa Waczkowa to była rozmowa, tyle
        tylko że najgłośniejszy był w niej telefon. Zresztą u polskich miłośników
        Szwejka jego przekład nie wzbudził entuzjazmu.

        Jak zareagują teraz? Książka jest gruba, mało kto zdążył ją w całości
        przeczytać, ale pierwsze web-odgłosy już są: „Nix Waczków, nix Kroh! Tylko
        Hulka-Laskowski, tłumaczenie jedyne i kanoniczne!” albo: „Zgroza! Na koniec
        zadedykuję nowemu tłumaczowi słowa jednorocznego ochotnika Marka: »Człowiek
        wyobraża sobie, że jest gigantem, a jest gówniarzem, kolego «”.

        Nie będzie miał Antoni Kroh lekko. Ale Szwejk też nie miał.

        Mariusz Szczygieł

        wyborcza.pl/1,99493,6947954,Nieprzygody_niewojaka_Szwejka.html
Pełna wersja