Luźny ciąg skojarzeń

08.12.09, 08:03
Luźny ciąg skojarzeń
Tomasz Piątek

Co mnie najbardziej rozbawiło w ciągu ostatnich miesięcy? Czy był to mój
ulubiony satyryk, Witold Gadomski z „Wyborczej”? Nie, to było coś innego.
Rozbawiły mnie sracze. Najwyraźniej gówno też mi się kojarzy. Też mi się
kojarzy z Polską (patriocie wszystko z Polską się kojarzy).

Jak wiadomo, w Polsce trwają przygotowania do mistrzostw piłkarskich Euro 2012
(które w związku z tym odbędą się we Włoszech, ale poudawajmy jeszcze przez
jakiś czas, że to będzie w Polsce). I w ramach tych przygotowań zapowiedziano
specjalne patrole, które podczas mistrzostw będą chodzić po polskich toaletach
publicznych i sprawdzać, czy są czyste. Żeby nie było obciachu przed
cudzoziemcami.

Dużej rozkoszy dostarcza mi założenie, jakie stoi za ideą patroli
euro-kibelkowych. Najwyraźniej nasze władze, razem z większością wyborców,
uważają, że Polak nie zasługuje na czystą toaletę. Czysta toaleta jest po to,
żeby pokazać ją cudzoziemcowi, a kiedy tylko wyjdzie, natychmiast znów ją zasrać.

Z czym mi się to kojarzy? Z Polską i polskością, oczywiście. O brudnych
ubikacjach jako ważnym toposie polskiej kultury pisał Artur Sandauer, kiedy w
1956 roku na fali walki ze stalinizmem zezwolono w Polsce na aborcję.
Stalinizm zwalczał aborcję z zaciekłością, którą jakiś papież powinien w końcu
pochwalić. Przy okazji legalizacji usuwania ciąży przetoczyła się, jak to
wtedy mówiono, dyskusja na łamach. Młody, początkujący pisarz - bodajże Jacek
Bocheński - pisał wówczas, że rozumie problem etyczny związany z aborcją, ale
nie może spokojnie się godzić się na jej zakaz, kiedy wie, że w robocie są
nożyczki. Młodego pisarza zgromił z wyżyn czystej moralności czołowy wówczas
moralista literatury polskiej, Adolf Rudnicki. Że jak to możliwe, żeby pisarz
i to młody, myślał w tak niski sposób i to jeszcze o tak obrzydliwych
sprawach, zamiast bujać na wyżynach czystej moralności. Do dyskusji włączył
się Sandauer, który powiedział, że Rudnicki to zupełnie jak ta wileńska
gospodyni. Lokator do niej, że w toalecie brudno, a ona na to: aby dusza
czysta była!

No i widać, gdzie jesteśmy po pięćdziesięciu trzech latach walki ze
stalinizmem. Sracz ciągle brudny i pokątny gabinet ginekologiczny, z wielu
punktów widzenia, też ciągle brudny, a dusza? Dusza czysta po katolicku,
czysta inaczej. Aborcja znowu zakazana. Stalin i papież mogą w zaświatach
wspólnie świętować, przynajmniej ten jeden raz. A gdzie pan jest, panie
Bocheński? Teraz to pan jest na wyżynach. Na piedestale - i to marmurowym,
rzymskim. Napisał pan znakomitą (bez ironii, naprawdę dobrą) książkę o
Tyberiuszu Cezarze. „Wyborcza” zupełnie słusznie wychwalała pana pod niebiosy.
Może z tego piedestału coś pan powie o dzisiejszej obłudzie?

A może brudne sracze, tak samo jak katolickie ideolo i pokątne ginekolo, to
niezbywalny element naszego katolo-polo? Skoro dobrze nam z zasyfionymi
toaletami, to najwyraźniej stanowią one część naszej kultury, naszej
obyczajowości, naszych norm i standardów. Czy powinniśmy ulegać Zachodowi,
wyznającemu nienaturalną sterylność? Czy mamy pozwolić na kulturową
kolonizację Polski? A może przy każdym wychodku należy wywiesić tablicę we
wszystkich europejskich językach: „Sracz, jak sama nazwa wskazuje, ma być
zasrany. I jako taki, jest niezbywalną częścią naszej kultury. Pogrąż się w
polskości - albo won do swojej sterylizacyjnej cywilizacji śmierci”.

Idąc dalej tym tokiem rozumowania i skacząc po analogiach: a może drapieżni
deweloperzy, wygryzający zieleń i tworzący na jej miejscu centra
biznesowo-handlowe - może oni z kolei są niezbywalną częścią naszej natury? No
bo przecież biznes to czysty Darwin, prawo selekcji naturalnej, logika
przyrody, przetrwa najsilniejszy. Powstrzymywać narastanie formacji
biznesowych to jak wycinać las deszczowy. To walka z naturą, wprawdzie ludzką,
ale przecież natura ludzka, jak sama nazwa wskazuje, jest częścią natury. A
człowiek to tylko zwierzę, które zamiast pazurów wyhodowało sobie kalkulator,
ale cele ma te same: pożreć zdobycz, wykończyć rywala, rozsiewać swój genotyp
czy logotyp. Może aktywiści Greenpeace’u powinni bronić biznesu przed
wszelkimi próbami przystrzyżenia czy regulacji? Wyobrażam sobie te pikiety pod
biurowcami. Widzę, jak aktywista w zielonej kurtce, z dredami, ciągnie za
krawat prezesa i woła: „Spójrzcie na tego swobodnego drapieżnika! Czyż nie
jest piękny?”. Prezes porykuje.

Ale w takim razie: czy nie należałoby spalić i do fundamentów zburzyć Szkoły
Głównej Handlowej? Czy w ogóle biznesmeni powinni być w jakiś sposób
kształceni, skoro edukacja to też regulacja? Na co im matura, kiedy jest
natura! Niech nią się kierują, niech się kierują instynktem i dziką,
nieskrępowaną inteligencją drapieżcy.

No dobrze, ale ja będę musiał z nimi żyć! Co ja mam zrobić? Co ja mam zrobić z
tym wszystkim - a dokładnie, co mam zrobić ze sobą w tym wszystkim?

Wierzę, że człowiek jest czymś więcej niż częścią natury. Wierzę, że dusza
ludzka jest czymś więcej, niż tylko ciałem, dlatego jakoś nie mogę jej po
katolicku utożsamić z cielesnym genotypem. Nie mogę uwierzyć, że obdarzony
ludzkim genotypem zarodek od razu jest człowiekiem.

Nie mogę utożsamić duszy z genotypem, a co dopiero z logotypem! Nie mogę
uwierzyć, że człowiek jest tylko zwierzęciem ekonomicznym.

W tej sytuacji chyba powinienem zostać czyścicielem toalet. Oczywiście, nie
tutaj, tylko gdzieś w Skandynawii: Ornskoldsvik, Skelleftea, Arvidsjaur,
Pelkosenniemi! Wybieram to ostatnie miejsce ze względu na nazwę. Będę miał
porządną emeryturę - i zamiast Polski, będę oglądał tylko gówno.

www.krytykapolityczna.pl/Tomasz-Piatek/Luzny-ciag-skojarzen/menu-id-215.html
Pełna wersja