Miętkość trybunalska...

08.12.09, 19:40
Miętkość trybunalska
Wojciech Sadurski* 2009-12-07, ostatnia aktualizacja 2009-12-06 16:06:23.0

Trybunał Konstytucyjny pojmuje swą bezstronność bardzo jednostronnie.
Rygorystycznie jej broni, gdy jest to zgodne z postulatami Kościoła. I
wygodnie o niej zapomina, gdyby jej skutki Kościół miał przyjąć z niechęcią -
o wyroku TK w sprawie oceny z religii

Dla tych kolegów liberałów, którzy uparcie wierzą, że Trybunał Konstytucyjny
jest ostoją ochrony praw jednostki - najlepszym gwarantem wolności i swobód
obywatelskich w krajobrazie zdominowanym przez populizm i tyranię większości -
orzeczenie z 2 grudnia br. w sprawie wliczania ocen z religii do średniej
rocznej lub końcowej musi być zimnym prysznicem.

Bez triumfalnego: "A nie mówiłem?" - bo wolałbym się w tym akurat przypadku
mylić - przypomnę, że w wydanej przed rokiem książce "Prawo przed sądem"
(Wydawnictwo Sejmowe) pisałem, że dokonania sądów konstytucyjnych regionu
Europy Środkowej i Wschodniej "nie są wcale jednoznacznie pozytywne". No i,
niestety, wyszło na moje.

Może ktoś oczywiście powiedzieć: cieszmy się z tych decyzji Trybunału, które
unieważniają restrykcyjne, niezgodne z uprawnieniami konstytucyjnymi ustawy, a
te decyzje Trybunału, które podtrzymują niedobre regulacje, są po prostu
neutralne, bo gdyby Trybunału nie było, prawa te i tak zostałyby wprowadzone.

Ale to niezupełnie tak. Utrzymując w mocy przepisy sprzeczne z konstytucyjnymi
wartościami, Trybunał utrwala niedobry stan rzeczy i utrudnia zmiany w
przyszłości. Gdy regulacja - taka jak w sprawie ocen z religii - otrzymuje
trybunalskie "placet", jej miejsce w polskim prawie jest mocniej zakotwiczone
niż dotychczas. Przyszli reformatorzy będą musieli zmierzyć się dodatkowo z
argumentem: "Przecież Trybunał to zatwierdził ".

Nic nowego

Na podstawie jednego orzeczenia nie należy, rzecz jasna, wpadać w kasandryczny
ton i hurtowo potępiać Trybunału. Z drugiej jednak strony trzeba zauważyć, że
wyrok ten wpisuje się w linię orzeczniczą cechującą się osobliwą "miętkością"
- by użyć kolokwialnego określenia - względem Kościoła i gotowością do
odchodzenia od bezstronności państwa w sprawach religijnych i
światopoglądowych, nakazanej wszak przez konstytucję w artykule 25.

W roku 1990 Trybunał utrzymał w mocy rozporządzenie ministra edukacji
wprowadzające nauczanie religii w szkołach publicznych. W 1992 r. oddalił
zarzuty Rzecznika Praw Obywatelskich o niekonstytucyjności zatrudniania
nauczycieli religii w szkołach, umieszczania stopnia z religii na
świadectwach, odmawiania modlitw w szkołach publicznych także poza lekcjami
religii itp. W 1994 r. utrzymał w mocy ustawę wymagającą respektowania
wartości chrześcijańskich w audycjach radiowych i telewizyjnych

Orzeczenie z 2 grudnia jest więc kolejnym potwierdzeniem pewnej utrwalonej
"miętkiej" doktryny Trybunału. Sądząc z komunikatu prasowego, a także ze
streszczenia ustnego uzasadnienia - a na pełne uzasadnienie pisemne trzeba
trochę poczekać - orzeczenie to jest, intelektualnie i prawniczo, zaskakująco
cienkie.

Pomijając szczegóły techniczno-prawne, składają się na nie trzy argumenty: po
pierwsze, z nauczania religii w szkołach publicznych wynika nieuchronnie
wpisywanie ocen z religii na świadectwa; po drugie, z wpisywania religii na
świadectwa wynika zaliczanie tych ocen do średniej końcowej; po trzecie, z
zasady wolności religijnej i bezstronności światopoglądowej państwa wynika
nieingerowanie państwa w program nauczania religii, czyli całkowite
przekazanie nauczania religii Kościołom i związkom religijnym.

Żaden z tych argumentów nie jest przekonujący, a już na pewno żadnemu z nich
nie można przypisać waloru konstytucyjnego, a przecież tylko tym kryterium
może posługiwać się Trybunał Konstytucyjny.

Albo-albo

Jeśli chodzi o dwa pierwsze argumenty, to wystarczy je wyartykułować, by od
razu dostrzec w każdym z nich kompromitujące "non sequitur", czyli brak
wynikania konkluzji z przesłanki. Po pierwsze, dlaczego właściwie wszystko, co
jest nauczane w szkole, bez względu na treść, charakter i stopień
przymusowości, ma być koniecznie uwidocznione na świadectwie szkolnym, a już
zwłaszcza dlaczego wymóg taki ma mieć charakter konstytucyjny? Po drugie,
dlaczego wszystko, co podlega umieszczeniu na świadectwie, musi być wliczane
do ostatecznej średniej?

Podczas gdy oceny na świadectwie mogą być traktowane jako m.in. pewnego
rodzaju zapis dla ucznia i jego rodziny, o tyle średnia końcowa ma znaczenie
publicznego certyfikatu mającego prawne skutki - otwierające furtkę dla
dalszej edukacji maturzysty. Czy oceniana przez duchownego żarliwość religijna
ucznia, a choćby i tylko jego pojętność dla spraw wiary powinna być częścią
takiego publicznego certyfikatu ułatwiającego lub utrudniającego absolwentowi
dalsze studia? - to pytanie na razie retoryczne. Ale ogromnie ciekaw jestem
odpowiedzi, jaką Trybunał da w pisemnym uzasadnieniu.

Kluczowy jest jednak argument trzeci. Jak wynika z oficjalnego komunikatu
prasowego, Trybunał uznał, że "nie jest rolą państwa narzucanie programu
nauczania religii i sprowadzanie programu do nauczania religioznawstwa.
Oznaczałoby to ( ) naruszenie konstytucji, gdyż państwo, ingerując w ten
sposób, nie zachowałoby bezstronności w sprawach przekonań religijnych oraz
swobody ich wyrażania w życiu publicznym".

Ale to jest tylko połowa argumentu o bezstronności państwa względem religii.
Rzeczywiście, państwo nie powinno ingerować w treść wiary, doktryny,
katechizmu. Z drugiej jednak strony państwo nie powinno afirmować określonego
wyznania, religii czy Kościoła. Czyli albo-albo.

Albo religia ma swoje prawowite miejsce w szkołach publicznych, z
konsekwencjami takimi jak umieszczanie oceny na świadectwach szkół publicznych
- ale wtedy państwo powinno przyjąć na siebie odpowiedzialność za treść i
przebieg nauki, jak w przypadku wszystkich innych przedmiotów. W takim ujęciu
lekcje religii miałyby nieuchronnie bardziej charakter religioznawstwa niż
katechezy. Albo państwo nie miesza się zupełnie w to, co jest nauczane i kto
naucza - ale konsekwencją takiej "bezstronności" jest nieafirmowanie tych
treści, choćby poprzez umieszczanie ocen na szkolnych świadectwach i
zaliczanie ich do średniej końcowej.

CDN...
    • diabollo Re: Miętkość trybunalska... 08.12.09, 19:40
      Temida ślepa na jedno oko

      Trybunał pojmuje więc ową konstytucyjną "bezstronność" bardzo jednostronnie -
      rygorystycznie jej broni, gdy jest to zgodne z postulatami Kościoła, ale
      wygodnie o niej zapomina, gdy konsekwencje tej bezstronności byłyby przyjęte z
      niechęcią przez Kościół - o czym ten ostatni nie omieszkuje ostrzegać zawczasu
      władz publicznych, w tym także Trybunału. A Trybunał potulnie akceptuje te
      roszczenia, nakazując państwu być obecnym w jednych przypadkach, np. przy
      zaliczaniu ocen z religii do średniej, a nieobecnym w innych - gdy w grę
      wchodziłaby kontrola nad wykładanymi treściami. Daje to więc państwu w relacjach
      z dominującym wśród związków wyznaniowych Kościołem pozycję pomocnika dyskretnie
      usuwającego się, gdy trzeba, ale na pewno nie bezstronnego partnera.

      Jednostronność podejścia Trybunału do relacji między państwem a religią wyraża
      się też w bardzo wybiórczym traktowaniu faktów społecznych. Symboliczną ślepotę
      Temidy Trybunał raz traktuje bardzo serio, a innym razem - całkiem nonszalancko.

      Oto np. odpowiadając na częsty zarzut, że swoboda wyboru między religią a etyką
      jest często fikcją (przypomnijmy: lekcje etyki są w jednym procencie szkół
      polskich), sędzia sprawozdawca Adam Jamróz odpowiada, że "przepisy dają przecież
      możliwość wyboru między religią a etyką" ("Ocena z religii się liczy",
      "Rzeczpospolita", 3 grudnia) - zupełnie nie przejmując się, jak to jest tam na
      zewnątrz, w realnym świecie.

      Tak samo rozważając argument o społecznej presji na uczniów - presji oczywistej
      w sytuacji dominacji jednej religii - Trybunał odpowiada, że może to świadczyć o
      małej tolerancji społecznej, ale "nie jest to sprawa, którą mógłby się zająć TK"
      (wiadomości.gazeta.pl, 3 grudnia). Czyli w ogóle nie jest rzeczą Trybunału
      uwzględniać fakty społeczne, nawet tak oczywiste, bo Trybunał jest tylko od
      konstytucji.

      Z drugiej jednak strony, by uporać się z kwestią braku pluralizmu, Trybunał
      replikuje: "To, że dominuje w szkołach religia katolicka, jest konsekwencją
      dominującego w Polsce wyznania" (Ewa Siedlecka, "Średnia z religii zgodna z
      konstytucją", "Gazeta" z 3 grudnia). Czyli fakt społeczny - bo przecież nie
      zapis konstytucyjny - nagle staje się elementem zdroworozsądkowego, mającego
      pozór oczywistości argumentu. Raz Temida jest ślepa, a raz otwiera przynajmniej
      jedno oko.

      A tymczasem, w Europie

      Jest kwestią przypadku, że to niepokojące orzeczenie wydane zostało w czasie,
      gdy nie umilkła jeszcze histeria wokół wyroku Europejskiego Trybunału Praw
      Człowieka w sprawie krzyża w szkole publicznej we Włoszech. Orzeczenie to
      potraktowane zostało w Polsce jako zamach na obecność symboli religijnych "w
      sferze publicznej".

      Oburzenie to nie ma nic wspólnego z treścią wyroku, który bardzo jednoznacznie
      ograniczał się do dość specyficznego fragmentu "sfery publicznej", jaką jest
      szkoła państwowa. Jak napisał w swym orzeczeniu Europejski Trybunał:
      "Eksponowanie symbolu określonego wyznania w trakcie wykonywania funkcji
      publicznej związanej ze szczególnymi sytuacjami poddanymi kontroli państwowej, w
      szczególności w klasach szkolnych, ogranicza prawo rodziców do wychowania swych
      dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami, jak również prawo dzieci do wiary lub
      niewiary".

      Autorem orzeczenia strasburskiego jest węgierski profesor prawa András Sajó -
      dobry kolega i przyjaciel wielu polskich konstytucjonalistów (w tym przynajmniej
      niektórych sędziów TK). Orzeczenie to jest bardzo konwencjonalnie "amerykańskie"
      - opiera się na dość standardowym, liberalnym rozumieniu rozdziału religii od
      państwa, które w przypadku szkoły państwowej ma szczególne znaczenie.

      "Gdy władza i autorytet państwa angażują się po stronie wiary religijnej,
      powstaje silna presja na rzecz podporządkowania się oficjalnie afirmowanym
      poglądom" - napisał w słynnej decyzji z 1962 r. Sąd Najwyższy USA, odrzucając
      dopuszczalność dobrowolnej modlitwy w szkole publicznej. Tak można streścić
      filozofię, na której opiera się jednomyślny wyrok Trybunału w Strasburgu.

      W tym samym czasie polski Trybunał stawia kolejny krok w kierunku erozji
      bezstronności i neutralności religijnej państwa. To dobra okazja do refleksji
      nad "specyfiką polską".

      *Wojciech Sadurski - profesor na wydziale prawa Uniwersytetu Sydnejskiego i w
      Centrum Europejskim Uniwersytetu Warszawskiego

      Wojciech Sadurski*

      wyborcza.pl/1,75515,7335647,Mietkosc_trybunalska.html
    • grzespelc Re: Miętkość trybunalska... 09.12.09, 18:54
      "Czy oceniana przez duchownego żarliwość religijna
      ucznia, a choćby i tylko jego pojętność dla spraw wiary powinna być częścią
      takiego publicznego certyfikatu ułatwiającego lub utrudniającego absolwentowi
      dalsze studia? - to pytanie na razie retoryczne. Ale ogromnie ciekaw jestem
      odpowiedzi, jaką Trybunał da w pisemnym uzasadnieniu."

      Nie zakładałbym się o to, że ona tam będzie. Jestem za to gotów się założyć, że
      uzasadnienie będzie krótkie i pełne katolickiego ideolo w wersji prawniczej.
Pełna wersja