zbirone
13.08.14, 23:58
Zauważyłem dość zabawne zjawisko, kiedyś myślałem, że to jakaś anomalia, coś osobliwego, ale jednak nie - to jest właściwie pospolite, powszechne.
To dominująca postawa u "ateistów" niezależnie od ich klasy społecznej, poglądów politycznych, wykształcenia, metryki, orientacji seksualnej czy konsystencji. Nie mówię - podkreślam - o wszystkich niewierzących, ale zdecydowanej, przytłaczającej większości ludzi tak siebie określających.
Pewne dyskusje przewijają się w analogicznych odsłonach zbyt często, układają się w pewien mentalny wzorzec, jeden i ten sam chociaż w różnych odsłonach. Ale po kolei...
Utkwiła mi sprzed wielu lat "dyskusja" między księdzem a uczennicą; szkolną koleżanką. Podczas katechezy, w luźnej rozmowie o moralnych powinnościach, powiedziała coś spontanicznie, że rodzice niepotrzebnie ją ochrzcili, że ona nie rozumie co nimi kierowało! "Nie rozumiem co nimi kierowało" - powiedziała. Nie wypaliła z takim tekstem by oburzyć księdza, czy aby złośliwie urągać instytucji Kościoła - po prostu była szczera, nie miała nic "obraźliwego" na myśli.
Lecz ksiądz odebrał jej słowa jakoś dziwnie osobiście, zamilkł oniemiały, z trudem się opanował i postanowił - to najśmieszniejsze - użyć racjonalnej argumentacji by ją przekonać! Haha! Polecił swoim młodziutkim uczniom, aby każde napisało na karteczce po 1 argumencie dlaczego dobrze jest być członkiem tej świętej instytucji. To o tyle śmieszne jak gdyby w kwestii przynależności do Kościoła jakikolwiek sens miała racjonalność - tu przecież chodzi o wiarę, emocje i wolę. No chyba, że chodzi tylko o to co się w życiu "opłaca" czy jest "łatwiejsze", jeśli ktoś jest hipokrytą.
A więc dzieciaki rzuciły się entuzjastycznie do nietuzinkowego zadania na kreatywność. Potem katecheta uradowany i dumny zasobem materiału wyznaczył jakiegoś nieboraka by zapisywał te argumenty na tablicy. Były tam wypisywane kolejno, jak leci... To było lata temu, ale część mogę odtworzyć, istotna (na pozór) jest tu ich klasyfikacja, były argumenty:
- sarkastyczne, (nie pamiętam dokładnie, w stylu: "warto należeć do Kościoła, bo na końcu nabożeństwa rozdają za darmo coś do jedzenia")
- apelujące do pojęcia opłacalności niczym parafraza Pascala ("warto, bo wierni jeśli są dobrzy to trafią do nieba")
- pragmatyczne ("nie wiem, ale należy tam być, bo wszyscy tam są").
- fatalistyczne ("trzeba tam być, bo wszyscy tam byli i tak będzie zawsze).
- emocjonalne ("jest się tam, bo mama, tata i wszyscy najbliżsi tam są").
Rzecz jasna nie wszystkie argumenty spodobały się księdzu, ale był rozpromieniony, z pedagogiczną łagodnością starał się przekonać tamtą szczerą dziewczynkę, że wpadła w jakieś zafiksowanie. Bo oto tyle ma tu na tablicy racji za tym by być na łonie Kościoła... Ale ona była oporna! i co najważniejsze w tej historyjce - zbyt młoda i poniekąd nieurobiona, niezależna by umieć czy chcieć sprawnie argumentować, więc nie odbijała tych "argumentów" zapisanych na tablicy w żaden sposób, a po prostu dawała do zrozumienia, że nie są wcale dla niej "racjonalne", żaden jej nie przekonywał! Powtarzała, że przynależność do Kościoła jest "bez sensu".
Nie zapomnę reakcji księdza gdy już stracił cierpliwość! Zapieklił się, zaczerwienił i zaczął nerwowo, niemal bełkotliwie powtarzać: "Nie wolno Ci tak myśleć! nie wolno tak myśleć!!!" albo "Musisz myśleć że trzeba pozostać w Kościele! Dziecko - bez względu na wszystko musisz tak myśleć! I w Kościele zostać!"
Krótko mówiąc; zupełnie przestał argumentować a uparcie starał się tej łagodnej dziewczynce wtłoczyć do jej małej niezależnej główki swój własny pogląd, swą własną wolę. Że w Kościele należy pozostać!
Dlaczego napisałem "nie zapomnę reakcji księdza" ? bo co jakiś czas przypominają mi ją tzw. ateiści.
Jak już pisałem - większość z nich, większość z tych którzy byli ochrzczeni, zapisani na lekcje religii, przyjęli jakieś tam sakramenty... i po latach negują istnienie Boga czy potępiają Kościół - są pod jednym względem zabawnie uparci. Tu czy tam... w różnych dyskusjach ochoczo ciągle wyskakują z tematem że są za ograniczaniem praw Kościoła, za zerwaniem konkordatu itp. Jest to o tyle zabawne, że skoro sami nie chcieli się z tej instytucji wypisać to znaczy, że są jej członkami - tym samym pozwalają Kościołowi by ten miał argument do wywierania presji na rządy w kwestii wsparcia finansowego. I więcej - skoro do tej instytucji formalnie przynależą - to obowiązuje ich jej prawo kanoniczne, w którym są ustępy też o obowiązkach wiernych.
Ze swojej przynależności - poza obowiązkami - mają też realne korzyści społeczne:
Np. mogą spełnić marzenie wybranki i ruszyć z nią jurnie pod ołtarz po błogosławieństwo kapłana. Mogą bez żadnych problemów ochrzcić swoje ukochane dziecko i wyprawić imprezę rodzinną. Mogą - na prośbę bliskich czy przyjaciół - zostać rodzicem chrzestnym i budować tym więzi rodzinne z obcymi ludźmi. Mogą się modlić (lub udawać że się modlą) na czyichś pogrzebach tak jak robi to reszta. Mogą wreszcie uzyskać własny pogrzeb z mszą i kameralne miejsce na poświęconej ziemi.
Ktoś mógłby rzec: "i tak nie zamierzam brać ślubu". Racja - tyle, że ten ktoś ma taką możliwość, ma otwartą furtkę na przyszłość (gdyby zmienił zdanie). Osoby które się wypisały z Kościoła po włosku - czyli przez adnotacje w akcie chrztu i wykreślenie z księgi; są już tych możliwości członka Kościoła pozbawieni.
Czy więc zachęcam kogoś by wystąpił z tej instytucji? nie, mam to w dupie, tak jak czyjąś wiarę lub nie-wiarę. Jednak większość ateistów szczerze bawi mnie i nawet mi imponuje, bo jednego im nie można odmówić - konsekwencji w popieraniu Kościoła. To są najczęściej ludzie których opinia po rozłożeniu na czynniki pierwsze jest w skali 1:1 taka jak opinia tamtego księdza: w Kościele należy pozostać. To niebywałe i dość prześmiewcze na jaką gimnastykę umysłową silą się, by wykazać dokładnie to czego chciał wykazać ksiądz. A więc - dlaczego nie warto się wypisywać z Kościoła? w dyskusjach wyciągają argumenty jak króliki z kapelusza, oto najbardziej pospolite:
- sarkastyczne ("za daleko mam, i mam za mało życiowych sił żeby wysłać pocztą dwa pisma")
- apelujące do opłacalności ("Później ksiądz mógłby mi odmówić ślubu kościelnego")
- pragmatyczne ("Co powie rodzina, otoczenie? mógłbym mieć problemy w pracy")
- fatalistyczne, czyli zrzekające się odpowiedzialności za swoje życie ("nie muszę się wypisywać, bo się sam nie zapisywałem")
- emocjonalne (np. "Kościół i tak będzie dalej liczył mnie za ochrzczonego i wyłudzał tym pieniądze od polityków!").
Jaka jest "racjonalna" wartość tych argumentów w zestawieniu ich z argumentami tamtych dzieci? Jest ona identyczna - prowadzi do wspólnego wniosku, do woli księdza który z wypiekami na licach krzyczał do dziewczynki: "Dziecko ! trzeba pozostać w Kościele".
Dlatego zaprawdę powiadam Wam - większość ateistów to najwierniejsi słudzy Kościoła. Nie dowierzacie mi? Chcecie się o tym przekonać? to zapytajcie ich dlaczego wciąż są członkami tej instytucji - zasypią Was argumentami.