pytam.00
01.08.17, 14:17
Prawdę mówiąc, to bardzo cienko, cieniutko, widzę przyszłość Kościoła katolickiego w Polsce. W sumie może nie powinienem tego pisać i nie gasić resztek nadziei, ale ja właściwie jej nie mam, więc słowami tymi swojej nadziei nie zgaszę. Jeśli ktoś wierzy w przyszłość katolicyzmu w Polsce i patrzy na nią optymistycznie, to czyta ten tekst na swoją własną odpowiedzialność.
Mówiąc o braku perspektyw Kościoła katolickiego i katolicyzmu w Polsce nie chodzi mi tylko o procesy radykalnej sekularyzacji przenikające z Zachodu wraz z jego kulturą i ateistycznym systemem prawnym. Oczywiście, żyjemy dziś w świecie w którym stwierdzenie “nie tylko chlebem człowiek żyje” skutecznie zostało zneutralizowane przez kulturę konsumpcyjną, gdzie człowiek żyje wyłącznie chlebem. Żyjemy w świecie z którego wyparto wiarę w Opatrzność, ponieważ codziennie doświadczamy monstrualnej mocy zsekularyzowanej opatrzności w postaci wszechmocnego państwa. System prawny mamy całkowicie ateistyczny, to znaczy “neutralny światopoglądowo”, gdzie każdy pogląd traktowany jest jako relatywny i wart tyle samo (czyli nic). Nie będę problemu rozwijał, gdyż każdy wie o co mi chodzi.
Problemem dla katolicyzmu jest także Kościół posoborowy, dramatycznie zagubiony w świecie nowoczesnym i ponowoczesnym. To Kościół, który w pogoni za światem (aggiornamento) od lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia gubi swoją Tradycję, swoje przykazania, czyli wszystko to, co przez 2.000 lat stanowiło o jego trwałości. To czy ta Tradycja jest prawdziwa czy nie jest kwestią wiary w asystencję Ducha Świętego (którą osobiście podzielam), ale z punktu widzenia psychologii społecznej sam fakt trwania i ciągłości dawał poczucie prawdziwości, którym Kościół tak górował nad rozłażącym się dogmatycznie i organizacyjnie protestantyzmem, gdzie każdy ogłaszał i wierzył w to, co chciał i było mu sądzić wygodnie.
We współczesnej Polsce pojawia się jeszcze problem dodatkowy, który ja sam silnie odczuwam. To pustka intelektualna, której zapełnienia potrzebuję, a Kościół i duchowni nawet nie próbują mi tego ułatwić. Chodzi mi o miałkość intelektualną duchowieństwa. Wiedza teologiczna przeciętnego polskiego kapłana jest niska, kanonistyka to słowo zupełnie nieznane. Jakiś czas temu byłem na targach książki katolickiej w Warszawie. Przed wejściem zaczepiła mnie, zbrojna w mikrofon, dziennikarka z katolickiego radia z pytaniem czego mi brakuje w Kościele? Odpowiedziałem, że brakuje mi rozmowy i rozmówców na wyższym poziomie intelektualnym, z którymi mógłbym porozmawiać na interesujące mnie zagadnienia teologiczne i kanonistyczne. Biedaczka nawet nie zrozumiała o co mi chodzi. Widać było, że w jej przekonaniu wszystko jest na swoim miejscu: dla laikatu jest oaza i ruchy charyzmatyczne.
Problem polega na tym, że posoborowe ruchy charyzmatyczne z samego swojego założenia są antyintelektualne. W rozmaitych dyskusjach na facebooku, które czasami toczę, charyzmatycy zarzucają mi nadmiar racjonalności, przywiązania do “poganina” Arystotelesa i “praktycznego ateisty” św. Tomasza z Akwinu. W ich przekonaniu nie tylko dla intelektualisty, ale nawet dla inteligenta nie ma miejsca w Kościele. Ciągle słyszę, że Kościół winien skupiać “skromnych duchem” intelektualnych ascetów, którzy “spotykają” Boga w ekstatycznych i mistycznych doznaniach. Słyszę, że to nie filozofowie, lecz biedacy tworzyli Kościół pierwszych wieków. Stworzyli go ci, którzy wierzyli i nie pytali, nie szukali dowodów.
(..)
Jeśli w Polsce istotą katolicyzmu ma być Radio Maryja, oaza i ruchy charyzmatyczne, to – mówiąc wprost – ze strony kościelnej brak mi interlokutora. Nie wspominam o Smoleńsku, gdyż kult ten zdaje się wypierać nicejskie wyznanie wiary i katolickie Symbole zgromadzone pieczołowicie przez Denzingera. Ogólny mój pogląd jest taki, że, w moim pojęciu tego słowa, Kościół po prostu nie ma Polakom niczego do zaproponowania. Uwiąd. Za 100 lat będzie funkcjonował jak kult Jowisza, Saturna i Heliosa w Rzymie w V wieku – gdzieś daleko od miast, po leśnych polanach.
(..)
Jest światełko w tunelu, ale jakie odległe! Tak się składa, że piszę obecnie duży tekst naukowy na temat jezuickiego teologa epoki Kontrreformacji Roberta Bellarmina. Ostatnie dwa tygodnie spędziłem nad opasłymi (w przenośni, gdyż mam je w PDF) tomami tego pisarza, zapisanymi po łacinie, w dwóch kolumnach na każdej stronie (wydanie jeszcze z 1608 roku). Zupełnie inny świat! Niesamowita, niespotykana dziś jasność, klarowność i konsekwencja narracji; każda teza uzasadniania, po kolei, argumentami z Litery biblijnej, z Tradycji katolickiej i przykładami z historii Kościoła lub historii politycznej. Od dwóch tygodni siedzę i studiuję, czytam neoscholastyczny tekst (więc ponoć “nudny”) dosłownie z wypiekami na twarzy. Kiedyś czytałem pisma polityczne i eklezjalne innego teologa neoscholastycznego Francisco Suareza. Pamiętam, że miałem to samo wspaniałe uczucie kontaktu z wielkim intelektem, porażającym jasnością wywodu. I to jest to, czego brak mi we współczesnym Kościele. Mam poczucie, że z wielkiej tradycji intelektualnej zostaliśmy tylko my trzej: ja, Suarez i Bellarmin…
Adam Wielomski
Tekst ukazał się w tygodniku Najwyższy Czas!
konserwatyzm.pl/wielomski-dogasanie-katolicyzmu/