Dodaj do ulubionych

Nieodwracalny ryzys kościoła na wsi

10.06.20, 10:42
KOŚCIÓŁ, POLSKA
30 maja 2018Kościół na wiejskich peryferiach
KS. ANDRZEJ DRAGUŁA
Kryzys naszego Kościoła ujawni się najszybciej… na wsi i w małych miasteczkach. Wieś, która była ostoją ludowego katolicyzmu, może się stać jego cmentarzem.
Blogerzy i publicyści religijni rzadko pomieszkują na wsi. Widzą Kościół raczej z perspektywy Warszawy, Krakowa, no może Opola. Reagują na problemy zajmujące świat, komentują referendum w Irlandii, nowy gest Franciszka, wydarzenia relacjonowane w mediach, wypowiedzi rzecznika prasowego tej czy innej instytucji. Może nawet nam się wydawać, że tak właśnie wygląda kościelny świat: taki Kościół mediów i wielkich miast.Ale jest także Kościół, który żyje na peryferiach: w małych, wiejskich parafiach, często składających się z kilku świątyń powierzonych jednemu księdzu. Niestety wielu z nas – zajętych „ważnymi problemami” Kościoła – zupełnie nie dostrzega tego, jak słaba jest kondycja tych właśnie wspólnot. A, moim zdaniem, to właśnie tam kryzys Kościoła ujawni się najszybciej.
Ksiądz bezradny
Jak to może wyglądać z perspektywy duszpasterza? Pozostawiony bez wsparcia – niejeden ksiądz poczuje się wobec tej sytuacji bezradny. Cztery Msze z rzędu, każda w innej wsi, w sobotę wieczór jeszcze jedna albo może i dwie. Torba z winem, wodą, hostiami, komunikantami, zeszytem do intencji, ogłoszeniami na kartce. I obowiązkowy przydział gazet: „Gość Niedzielny” i „Niedziela” z diecezjalnymi dodatkami.
Na Mszy w cmentarnej kaplicy bez stałego Sanctissimum – 18 osób. Nie jest źle, nawet jest dwóch ministrantów, jeden z nich przeczyta lekcje, ale: „Ksiądz zaśpiewa psalm czy recytować?”. Średnia wieku około 60 lat, dominują siwe albo łyse głowy. Jedno młode małżeństwo, dwoje dzieci w wieku szkolnym. Są, bo trzeba po Mszy podpisać indeks. Pewno przygotowują się do bierzmowania.
Zapraszam dziewczynki do sypania kwiatków. Spoglądam na kościół. Nie widzę żadnej. Ile osób pójdzie za baldachimem, a ile przed? Kilka? Kilkanaście?
W ogłoszeniach czytam, że w przyszłą niedzielę zmiana tajemnic różańcowych. Pytam się, ile mają róż. „Dwie” – pada odpowiedź, ale zaraz słyszę uzupełnienia: że w jednej już nie mówią tajemnic światła, a w drugiej prawie każda z kobiet mówi już „po dwie tajemniczki”. „Starzy umierają, młodych nie ma” – słyszę skargę wypowiedzianą z rezygnacją w głosie. Na kolejnej Mszy ogłaszam program na Boże Ciało. Proboszczowi przyjdzie znów odprawić cztery Msze i poprowadzić dwie procesje do czterech ołtarzy. Zapraszam dziewczynki do sypania kwiatków. Spoglądam na kościół. Nie widzę żadnej. Ile osób pójdzie za baldachimem, a ile przed? Kilka? Kilkanaście?
Tak może wyglądać relacja z niejednej wiejskiej parafii gdzieś na tzw. Ziemiach Odzyskanych, gdzie już prawie nie ma wsi rolniczych – te bliżej wielkich miast stały się sypialniami, te położone gdzieś pomiędzy miastami a głównymi drogami są raczej wyludnione z dziećmi i wnukami w Anglii i Irlandii. Przyjadą na chrzest, na święta, na groby.
Tych, którzy zostali na wsi, z kościoła wygoniła… katecheza w szkole. Prawie każda wieś w innej gminie. Ksiądz uczy tylko niektórych. Nie przyjeżdża już do każdej wsi, jak przed laty, by uczyć dzieci. Więc ich nie zna. Taka prawda. Wołanie o katechezę parafialną w takiej społeczności to groch o ścianę. „Przecież już chodzą na religię w szkole” – tłumaczą ich sami rodzice. Mało kto rozumie dodatkowe wymagania.
Tak długo, jak się da
Pisałem już o tym wielokrotnie, że tradycyjna pobożność wiejska opierała się na silnych związkach struktury lokalnej. Po rozpadzie sąsiedzkich więzi społecznych ta religijność nie ma już na czym się oprzeć. Ta niegdyś samoistna maszyna parafialna chodzi już coraz wolniej, właściwie kręci się resztkami rozpędu. Żadna „nowa ewangelizacja” tutaj nie dociera. W mieście jest wciąż jeszcze jakiś religijny i organizacyjny potencjał. Da się zatrudnić organistę, skonstruować jakąś scholę, znajdą się mniej lub bardziej zaangażowani parafianie, paru chłopaków do ministrantury. Tutaj ksiądz pozostawiony jest w dużej mierze sam sobie.
Trzeba też doliczyć cowieczorną samotność duszpasterza. Łatwo nie jest. Żadnego teamu, żadnego współbrata za ścianą. Myślę sobie o jego Bożym Ciele. W mieście proboszczowie, wikarzy i kurialiści „przespacerują” się na zbiorowej, ogólnomiejskiej procesji. I będą narzekać, że gorąco… Tu trzeba będzie samemu znieść „znój srogi”, co nęka wiernych i jego samego. I to nie raz.
Pilnym zadaniem jest skoncentrowanie się na duszpasterstwie w parafiach wiejskich i małomiasteczkowych. Bez jakiegoś nowego pomysłu duszpasterskiego Kościół obumrze tam najszybciej
A z Kurii przysyłają wciąż nowe plakaty o kolejnych inicjatywach. Jeden zjazd, drugi, trzeci. Raz ministranci, raz dzieci, raz młodzież męska. Trzeba kogoś „wysłać”. I kolejne komunikaty o zbiórkach. Świątynię trzeba by malować. Jeśli kościół zabytkowy, to może jakąś kasę da wojewódzki konserwator zabytków. Trzeba będzie się rozliczyć do jednej dachówki, i to zgodnej z pierwotnym projektem. Inaczej zabiorą dotację. Od wiernych wiele nie uzbierasz. Nie ma bogatych gospodarzy, raczej emeryci.
Piszą tu i ówdzie, że tradycyjnie rozumiana parafia już się nie sprawdza. Że churching. Tu żadnego churchingu nikt nie uprawia. „Chodzimy, dopóki możemy” – mówią. Przed kilkoma laty miałem wykład dla księży chrystusowców, którzy prowadzą dużo takich jednoosobowych parafii z wieloma kościołami w archidiecezji szczecińsko-kamieńskiej. Zastanawialiśmy się wspólnie, co robić. Dyskutowaliśmy nad dwiema opcjami. Pierwsza to zamykanie kościołów filialnych i koncentrowanie się na kościele parafialnym z próbą stworzenia silniejszego centrum. Księża mówili jednak, że to się nie udaje. Próby dowożenia do kościoła nie zdają egzaminu. Ludzie nie chcą gdzie indziej, chcą „u siebie”. Taka jest logika lokalnej wspólnoty. Chce trwać u siebie, póki może. Pozostaje więc ta druga opcja: utrzymywać te małe grupy wiernych wokół swoich świątyń tak długo, jak się da. Bez pomocy jednak nie da się zbyt długo. Jeden ksiądz już nie ożywi takiej parafii. Znikąd nadziei?
W mojej diecezji zaczął się synod. Mój Kościół ma rozmawiać o nawróceniu duszpasterskim. Sądzę, że pilnym zadaniem jest skoncentrowanie się na duszpasterstwie w parafiach wiejskich i małomiasteczkowych, gdzie jest – nie ma co się oszukiwać – najgorzej. Bez wsparcia – być może także finansowego, ale na pewno personalnego – bez jakiegoś nowego pomysłu duszpasterskiego, bez jakiegoś nowego impulsu Kościół obumrze tam najszybciej. A wieś, która była ostoją ludowego katolicyzmu, może się stać jego cmentarzem.
Na nabożeństwa majowe przychodzi kilka starszych kobiet. Nikt ich nie zastąpi. Tak, być może to już nie jest forma pobożności na dzisiaj. Być może. Tylko że żadnej nowej formy nie widać.
Pedofilia, przepych, ciągłe wyciaganie pieniędzy, pieniędzy i pieniędzy od wszystkich, gwałty na zakonnicach, pijaństwo, życie w luksusie, narkomania, kradzieże, naciski na zapisanie spadku dla parafii itp, itd doprowadziło do oddalenia się polskiej wsi od kościoła.Tam nie ma Boga i moralności.Rolnik (chłop) aby życ musi bardzo ciężko pracować.I nie jest głupi.Katolicy żądają od kościoła moralności !
Obserwuj wątek

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka