marcelina.m
08.08.08, 13:11
"Dlaczego autorkę razi stosunek Kościoła katolickiego do homoseksualistów?
Domyślam się, iż uważa, że KK potępia homoseksualistów, nie toleruje ich, chce
zamykać w gettach, leczyć, kastrować itd. Otóż jest to bzdura. Kościół uważa
czyn homoseksualny za grzech, tak samo jak grzechem jest kradzież, kłamstwo
itd, sam homoseksualizm to co innego. Katolickie miłosierdzie właśnie
najbardziej się w tym przejawia. Trzeba kochać człowieka, a nienawidzić
grzech. Chodzi o oddzielenie człowieka od grzechu." Domyślam się, że to jest
oficjalne stanowisko kościoła w tej sprawie. Jeśli tak, to oczywiście, że mnie
razi. Już dokładnie wyjaśniam dlaczego.
Oddzielić człowieka od grzechu...
Zastanówmy się. Grzech to zdaje się czyn. ZROBIENIE czegoś, w tym przypadku
złego, zabronionego przez prawo kościelne. Dobrze rozumiem?
Czyn może być zły, grzeszny, człowiek nie.
Czyn jest zły, człowiek dobry.
Oddzielić człowieka od czynu, od tego, co robi...
Człowiek tańczy. Spróbujcie oddzielić taniec od tancerza. Da się?
Tancerz może wprawdzie istnieć bez tańca, ale gdy nie tańczy, przestaje
przecież być tancerzem. A czy taniec może istnieć bez tancerza? Taniec
istnieje tylko wtedy, gdy tancerz tańczy.
Tancerz przestaje tańczyć - taniec przestaje istnieć.
Człowiek śpiewa. Spróbujcie oddzielić śpiew od śpiewaka. Czy jest to możliwe?
Śpiewak, który nie śpiewa, nie jest już śpiewakiem. Czy może istnieć sam
śpiew, bez śpiewaka?
To nie jest takie proste z tym rozdzieleniem człowieka i tego, co on robi.
Przecież człowiek jest właśnie tym, co robi, co myśli, co czuje.
Czyny dobre i złe.
Kto i na jakiej podstawie określa, co jest czynem złym, a co dobrym?
Kto decyduje o tym, czy ja postępuję dobrze, czy źle? W sensie moralnym
oczywiście.
Prawo kościelne. Teoretycznie powinien je ustalić sam Jezus Chrystus, bo to
właśnie Jego nauki przyjął kościół za podstawę swojej działalności. To Jego
słowa powinny być więc wyrocznią w prawie kościelnym. Jak również w wydawaniu
wyroków.
O ile mi wiadomo, Jezus nic nie mówił na temat homoseksualistów. Ani pół słowa
potępienia nie padło z jego ust.
Może dlatego, że Jezus w ogóle daleki był od potępiania kogokolwiek?
Kierując się zasadami zdrowej logiki, za czyn zły należało by uznać taki czyn,
który sprawia, że poprzez to, że ja zrobię coś, ktoś inny doznaje szkody,
cierpi, ponosi jakąś stratę itd.
To się wydaje logiczne. Jeśli kopnę kogoś w kostkę, to postąpię źle, bo tego
kogoś zaboli. Swoim czynem wyrządzę tej osobie krzywdę. W związku z tym
należało by przyjąć, że kopanie drugiego człowieka w kostkę jest czymś złym,
jest grzechem.
To samo się może stać, jeśli kogoś oszukam, okłamię, obrażę, jeśli zniszczę
lub zabiorę jego własność, itd.
I teraz coś, czego kompletnie nie rozumiem w stanowisku kościoła katolickiego
dotyczącego homoseksualizmu i tego "grzesznego czynu" którego to się niby
dopuszczają homoseksualiści (mam na myśli oczywiście akt seksualny).
Jeżeli dwie dorosłe osoby świadomie i dobrowolnie chcą uprawiać seks, bo się
kochają, kto tu ponosi jakąkolwiek stratę lub szkodę?
Komu i w czym to przeszkadza?
Kto i na jakiej podstawie uznał, że to jest złe? To jest według mnie wbrew
jakiejkolwiek logice.
Jak się mogę domyślać, chodzi o sam stosunek analny. Ponieważ nie może on w
żaden sposób doprowadzić do zapłodnienia, kościół uznał go pewnie za zbyteczny
i przez to zły.
Ale czy seks między dwojgiem ludzi, którzy się kochają, ma służyć zawsze tylko
i wyłącznie zapłodnieniu? A nie może służyć na przykład umacnianiu więzi
emocjonalnych w związku?
Czy dwoje dorosłych, kochających się ludzi nie może się kochać po prostu dla
przyjemności?
Przecież uprawianie seksu bardzo zbliża do siebie partnerów. Tworzy się między
nimi silna więź uczuciowa i łatwiej jest dzięki temu utrzymać związek w dobrej
kondycji. Gdy jesteśmy blisko siebie, łatwiej jest kochać, rozumieć, wybaczać.
I mówię to jako żona z kilkunastoletnim stażem w bardzo udanym, szczęśliwym
małżeństwie. Udane życie seksualne ma ogromny wpływ na całokształt związku.
Czy Bogu nie zależy na tym, żeby nasz związek był trwały i udany?
Czy na pewno nie możemy sobie pomóc w ten sposób, by nam się żyło lepiej?
Byśmy mogli być dzięki temu lepszymi ludźmi, bardziej spełnionymi i szczęśliwymi?
Czy wiadomo, co sam Jezus mówił na ten temat?