izka_74
27.09.05, 11:29
Mamy po trzydzieścikilka lat. Kilka lat temu mąż wszedł w spółkę z facetem,
sprzedającym kasy fiskalne. Tamten był niby od spraw administracyjnych i
marketingu, małżonek od roboty – od rana do wieczora jeździł serwisując kasy,
a także sprzedając je, szkoląc pracowników, i wykonując wszystko poza
liczeniem kasy. Pracę wykonywał nadzwyczaj solidnie. Do dziś jeszcze zdarzają
mu się telefony od byłych klientów z prośbą o pomoc. Wspólnik w tym czasie
zabawiał w firmie swoich koleżków z SLD, prowadził (niby) księgowość (książka
przychodów i rozchodów i – co się okazało później –
doskonale „zagospodarowywał” nasz pieniądze. Pieniądze z tego biznesu
małżonek dostawał tylko wtedy, gdy się już mocno dopominał, tak na zamknięcie
ust parę groszy. Ciągle miał być wdrożony zapis umowy comiesięcznego
dzielenia się zyskiem, ale oczywiście nic takiego się nie działo. Mąż
łatwowierny jak diabli (ja zresztą nie lepsza) nie brał żadnych pokwitowań na
otrzymywane kwoty, ani na żadne inne rozliczenia ze wspólnikiem. Trwało to z
3 lata, aż pewnego dnia roku 2001 przyszło wezwanie do zapłaty podatku
dochodowego na jakieś 6tys. złotych – kwota dla nas niewyobrażalna,
szczególnie, że powinna być płacona od dużo większego zysku! Decyzja o
rozstaniu się ze wspólnikiem była już oczywista, ale jakże za późno przyszła!
Parę miesięcy wcześniej mąż wziął samochód na kredyt, aby móc jeździć po tych
wioskach. Kiedy trzeba było zapłacić podatki, a w firmie okazało się, że
żądnej kasy nie ma, nie starczyło na raty na samochód. Bank zabrał i sprzedał
bardzo szybko i bardzo tanio (choć nie tak bardzo, by dało się prawnie
przyczepić). Potem szybko komornik przyszedł po różnicę w kredycie, jakieś 10
tys. złotych. Mieliśmy więc na karku komornika skarbowego i komornika
zwykłego. Mąż znalazł szybko nową pracę, ale zarabia ok. 2 tys. złotych, bez
szans na spłatę tych należności w jakiś rozsądny sposób. W zeszłym roku
spłaciliśmy komornika skarbowego, cały czas spłacamy drugiego komornika, ale
system naliczania odsetek jest tak skonstruowany, że zabiera większą część
płaconej przez nas kwoty. Obciążeni komornikiem nie możemy dostać kredytu,
choć oboje pracujemy i bylibyśmy w stanie go spłacić w ciągu kilku lat, bez
żadnych problemów. Pomimo tego, że zawsze stałam i stoję za mężem murem bo
wiem, że w tej sytuacji nie było jego winy, a tylko łatwowierność (co w
biznesie pewnie równa się głupocie), mam już dosyć naszego życia. Od wielu
lat uczciwie pracujemy i nie stać nas na nic. Mamy dwójkę dzieci. Oszczędzamy
na wszystkim. Wakacje czy jakieś dodatkowe zajęcia dla dzieci to konieczność
brania kredytu – oczywiście przez osoby trzecie. Co gorsza – pomimo
regularnych comiesięcznych wpłat – nie widać końca tego zadłużenia. Pracuję
od paru lat w kancelarii prawniczej i wiem, jakie są metody uciekania przed
długami. Można się wymeldować, nie podejmować zatrudnienia. Ale my nie chcemy
żyć gdzieś na marginesie normalnego świata, ukrywać się i skazywać synów na
takie pokątne życie. Ponadto mamy świadomość, że długi trzeba spłacić. Tylko
szlag mnie trafia, że przepisy są tak skonstruowane, że nie dają jakiegoś
światełka w tym ciemnym tunelu. Nie można np. najpierw spłacić należności
głównej, a potem odsetek (liczonych do dnia zapłaty poszczególnych rat). Nie
można zawrzeć umowy o kredyt z żadnym bankiem (w końcu kwota ok. 20 tys.
obiektywnie nie jest wielka), bo wszystko jest sztywne i bez woli podjęcia
trudniejszych tematów. Nie można wreszcie godnie zbankrutować i zacząć życie
od nowa, jak to w bardziej cywilizowanych krajach bywa. U nas za błędy trzeba
płacić aż do śmierci.
I „optymistyczne” elementy w tej historii – wspólnik męża w miesiącu
rozwiązania współpracy kupił sobie nowe Volvo, za gotówkę. Potem został
członkiem rady nadzorczej w funduszu zdrowia. Chociaż komuś ten okres
przyniósł wymierne korzyści. Z chęci wynajęcia tzw. „ruskich” już się
wyleczyłam. A może szkoda.
Przepraszam za te żale, ale gdzieś musiałam to wreszcie napisać, aby nie
zwariować…
Pozdrawiam wszystkich ciepło...
Izka