Gość: hanno
IP: *.zgora.dialog.net.pl
14.02.05, 21:18
LIST KSIĘDZA GEORGA GOTTWALDA Z 1949 R.,
DOTYCZĄCY SYTUACJI W ZIELONEJ GÓRZE W 1945 R.
Wielce szanowny o. Witzendorf!
Niestety musiał Pan długo czekać na moją odpowiedź. Wiele świątecznych
obowiązków w ostatnich tygodniach i do tego jeszcze podróże duszpasterskie w
każdym tygodniu maja, a także wiele innych przyczyn złożyło się na to, że nie
miałem zbyt wiele czasu na inne czynności. Proszę więc o wybaczenie mojej
zwłoki w odpowiedzi na Pana list.
Przede wszystkim chciałbym Panu wyjaśnić, że nie posiadam pisemnego
materiału, czy też notatek z dni okupacji, ponieważ wszystkie moje materiały
odebrano mi w więzieniu. Nie mogę przekazać więc nic do Pana dyspozycji.
Jednakże z setek listów, które otrzymałem od moich biednych i nieszczęśliwych
ziomków, wyłaniają się te same relacje i ciągłe narzekania na wspomnienia,
które znane są nam wszystkim.
Przejdę teraz przede wszystkim do najważniejszych wydarzeń
z moich wspomnień.
Rosjanie przybyli do miasta 14 lutego 1945 roku (środa popielcowa). Z 35
tysięcy mieszkańców zostało w Zielonej Górze 4 tysiące. Według radzieckich
relacji miasto i powiat plądrowano przez trzy dni, w rzeczywistości trwało to
dłużej. Miasto pełne było pożarów, całe frontowe części ulic uległy zupełnemu
spaleniu. Do połowy czerwca nie było w mieście ani światła, ani wody, a
kilkanaście studni nie starczało dla wszystkich. Przedsiębiorstwo wodociągów
i elektrownia były zniszczone, stacja paliw spalona. Miasto rozbrzmiewało
dniami
i nocami krzykami boleści cierpiących, gwałconych mieszkańców, kobiet i
dziewcząt, których nie chroniło żadne prawo. Do mojego kościoła zbiegała się
duża ilość kobiet i dziewcząt, które były gwałcone po 20-30 razy pod rząd.
Mówiono mi o morderstwach na tle seksualnym, rozpruwaniach brzucha, wycinaniu
intymnych części ciała, obcinaniu piersi. Trupów było mnóstwo, ciągle były
pochówki. Jak straszne były to okrucieństwa, może uświadomić fakt, że z około
4 tysięcy pozostałych w Zielonej Górze mieszkańców w pierwszych czternastu
dniach – 500 osób popełniło samobójstwo (były to całe rodziny, kobiety,
mężczyźni i dzieci), między innymi lekarze, wysoko postawieni urzędnicy
sądowi, fabrykanci i zamożni mieszkańcy. Trupy samobójców leżały około dwóch
tygodni nie pochowane. Musiały one pozostawać w mieszkaniach lub też
wystawiano je by zastraszyć innych. Kapitalistów (fabrykantów), ludzi którzy
mogli cokolwiek posiadać, mężczyzn, których żołnierze podejrzewali o
cokolwiek, a nawet mężczyzn, których żony i córki chciały się bronić
natychmiast rozstrzeliwano lub zabijano w inny sposób. Część uciekających
osób ładowano na samochody ciężarowe i wywożono w głąb Rosji (...)
Wszystkie szpitale pozbawiono sprzętu, zdemontowano przewody świetlne,
zniszczono zupełnie urządzenia sanitarne. Miał tam miejsce okropny wandalizm
z nie dającymi się wyobrazić brutalnymi scenami.
Wszystkich mężczyzn i chłopców w wieku 14-65 lat osadzono
w jednym pomieszczeniu, a później odtransportowano do Rosji centralnej.
Niewielu, bo 19 z tych setek wróciło dotychczas z Rosji! Trzech księży z
sąsiednich parafii zostało zabitych. Jednego podejrzewano
o związki z SS z powodu wysokich oficerskich butów jakie nosił. Drugi zginął,
ponieważ sięgał po moją torbę, by wyciągnąć z niej różaniec. Trzeci, ponieważ
odmawiał modlitwę nad dziewięcioletnim pacholęciem zabitym przez rosyjskiego
żołnierza. Dwóch moich duchownych z dekanatu zostało wysłanych do Rosji,
chociaż pełnili oni służbę bożą. Jeden wrócił zeszłego roku, drugi zginął w
obozie.
Podczas całego lata 1945 roku, a także jeszcze w 1946 roku wyłapywano i
wywożono dziewczęta i kobiety. Łapano je na ulicach
i w tym ubraniu co miały na sobie wysyłano na wschód do pracy przy żniwach.
Po miesiącach wracały całkowicie odmienione – duchowo
i cieleśnie, zdemoralizowane. Wiele setek z nich do dziś nie ujrzało ponownie
swojej ojczyzny.
Okrutnym dramatem był też spęd bydła. Tygodniami, dniami i nocami posuwały
się przez ulice Zielonej Góry nieogarnione stada koni, wołów, świń, owiec,
kóz, które transportowano na wschód. W powiecie zielonogórskim każda wioska
miała pozwolenie na zatrzymanie jednej krowy. Jakież okrutne sceny można było
tam przeżyć!
Na wsiach konfiskowano zasoby zboża, ziemniaków i żywności, plądrowano też
wielkie magazyny żywnościowe zamożnych kupców. Ludzie zostali poinstruowani,
że mogą mieć tylko tyle żywności, by wystarczyło im na utrzymanie. Panował
wobec tego straszliwy głód,
a co za tym idzie wszystkie choroby z tym związane, groziło zarazą
i epidemią. Na długie dni ciężkiej pracy ludzie otrzymywali kawałeczek
suchego chleba.
Wielkim nieszczęściem dla Zielonej Góry były zasoby wina, sektu i koniaku, a
także wódek różnych rodzajów. Zielona Góra, jako region uprawy winogron i
produkcji wina przodowała w śląskim przemyśle wyrobu napojów alkoholowych. Do
tego dochodziły jeszcze znane wina z Bremy i innych winiarskich rejonów
północnych Niemiec, które w czasie wojny sprowadzano do Zielonej Góry.
Brutalność i orgie wiecznie urżniętych radzieckich żołnierzy przekraczały
wszelkie wyobrażenia. Okrucieństwa i gwałty w niezliczonej ilości miały
miejsce na otwartych ulicach i placach.
W tygodniu wielkanocnym 1945 roku radzieccy oficerowie wyburzyli i
splądrowali skarbce i wszystkie zielonogórskie banki i kasy oszczędnościowe.
Komendant NKWD (GPU) chwalił się przede mną, jakoby w samym skarbcu znalazł
ponad 6,5 centnerów złota i kamieni szlachetnych. Sam zresztą niósł w swoich
wypchanych po brzegi torbach złote naszyjniki, zegarki, pierścionki i inne
kosztowności. Sam pokazywał mi cenne archiwalia, które bezpowrotnie
zniszczono podczas tych wydarzeń.
W zamku naszej cesarzowej Herminy w Książu (powiat Zielona Góra) zniszczono
większą część berlińskiego archiwum miejskiego. Zamek leży między Odrą a
Książskimi jeziorami. Widziano tysiące cennych dokumentów z cennymi
pieczęciami, które wywiane przez wiatr topiły się w Odrze lub w dolinie
jezior. Wszystkie kosztowne me-ble, dzieła sztuki, książki i archiwalia
wyrzucano przez okna, po czym zmarniały i zniszczyły się w fosie zamkowej.
Okrucieństwo bez granic!
To są tylko najważniejsze momenty pełnych cierpienia wspomnień z czasów
rosyjskiej okupacji. Jest niemożliwością spisać te wspomnienia, ponieważ
powstałaby z tego powieść, a żaden człowiek, który sam tego nie przeżył, nie
uwierzyłby i nie zrozumiał.
8 maja 1945 roku przy dźwiękach muzyki wjechał do Zielonej Góry polski
oddział kolejowy, a wraz z nim przybyła horda pijanych Polaków. Podwoiło to
wszystkie nasze nieszczęścia i cierpienia (z powodu porozumienia
poczdamskiego uważali oni, że są nieograniczonymi władcami tej ziemi, bo
ziemie te będą należeć tylko do osób z po-chodzenia polskiego). Wskutek tego
dochodziło niekiedy do wzajemnych starć, kłótni i dzikich ostrzeliwań między
Polakami i Rosjanami. Dniami i nocami widziano trupy i rannych. Rosjanie
utrzymywali komendantury wojskowe, a Polacy objęli cywilną administrację.
W maju powiat Zielona Góra oddzielono od prowincji śląskiej
i przyłączono do prowincji poznańskiej, tworząc jak to
określono “militärischer Brückenkopf” (militarny przyczółek mostowy) na lewo
od Odry do obrony przed Niemcami. Także kościelnie podporządkowani zostaliśmy
kardynałowi Hlondowi z Poznania, później papieskiemu administratorowi
Nowickiemu w Gorzowie.
Wszystkie prywatne mieszkania Niemcy musieli opuścić, ale ich mienie w nich
pozostało. Z niezbędnymi do przetrwania rzeczami musieli przenieść się do
ubogich mieszkań na tylnych uliczkach miasta. Po osiem osób stłoczono w
jednym pomieszczeniu. Bieda była nie do opisania. Niemcy nie otrzymywali
żadnych kart żywnościowych, lecz musieli zarabiać na skąpy kawałek chleba
wykonując jak niewolnicy najcięższe roboty przy pracach porządkowych w
mieście lub przy prac