Dlaczego PO kłamie?

07.11.05, 19:34
Dlaczego PO kłamie, że na ich kandydata Donalda, głosowali ludzie lepiej
wykształceni, a wyborcy kandydata PiS'u to ciemnota?
Nie ma żadnego dowodu, że na Tuska głosowali ludzie lepiej wykształceni. Są
tylko sondaże (i butne opinie PO'wców), a ich wiarygodność już znamy.
Z jedynych wiarygodnych wyników PKW, wiemy tylko, że na Lecha Kaczyńskiego
głosowała większość wszystkich Polaków powyżej 24 roku życia, a na Donalda
Tuska większość mieszkańców dużych miast. Przypomnę, że większość Polaków nie
ma wyższego wykształcenia i z tego powodu zarówno na kandydata PO jak i na
PiS głosowało większość ludzi mniej wykształconych. A w jakich proporcjach,
tego nie wiemy, znamy tylko mało wiarygodne sondaże.
W dodatku podam przykład z własnego podwórka. W mojej pracy zdecydowana
większość zespołu, posiadającego wyższe wykształcenie głosowała na pana
profesora Lecha Kaczyńskiego, za to moje babcie głosowały na Donalda "bo to
taki przystojny chłopak" (za co je nie winię, to ich wybór, ale nie kierowały
się wbrew rozpowszechnianym opiniom, żadną amboną czy Rydzykiem).
Coś mi się wydaje, że PO bardzo zależy na tym, aby z wyborców oponentów
zrobić motłoch, ale jest to mit podobny do innych przez nich głoszonych.
    • pawel.zary Re: PO nie kłamie. 07.11.05, 20:38
      dubitando napisała:

      > Dlaczego PO kłamie, że na ich kandydata Donalda, głosowali ludzie lepiej
      > wykształceni, a wyborcy kandydata PiS'u to ciemnota?


      To nie PO prowadzi sondaże tylko różne firmy zajmujące się takimi badaniami.


      > Nie ma żadnego dowodu, że na Tuska głosowali ludzie lepiej wykształceni. Są
      > tylko sondaże (i butne opinie PO'wców), a ich wiarygodność już znamy.


      Ale rozumując w ten sposób musielibyśmy zanegować wszelkie badania i sondaże.


      Przypomnę, że większość Polaków nie
      > ma wyższego wykształcenia i z tego powodu zarówno na kandydata PO jak i na
      > PiS głosowało większość ludzi mniej wykształconych.


      Badania więc dotyczą tylko grupy GŁOSUJĄCYCH ludzi wykształconych - z tej grupy
      wiekszość mogła faktycznie głosować na Tuska (skoro też głosowała na niego
      większość ludzi z dużych miast, a tam mieszka zdecydowanie więcej ludzi
      wykształconych niż na wsi). Większość wykształconych mogła nie brać udziału w
      wyborach.


      W mojej pracy zdecydowana
      > większość zespołu, posiadającego wyższe wykształcenie głosowała na pana
      > profesora Lecha Kaczyńskiego,


      A wiekszość moich znajomych na Tuska. Tak nie patrz na tę sprawę. Liczą sie
      przecież wyniki ogólnopolskie.
      Ciekawe też czy oni (koledzy w Twojej pracy) teraz mówią, że "głosowali" na
      L.Kaczyńskiego, czy deklarowali to głośno przed wyborami? Wiesz jak jest ;-))


      za to moje babcie głosowały na Donalda "bo to
      > taki przystojny chłopak" (za co je nie winię, to ich wybór, ale nie kierowały
      > się wbrew rozpowszechnianym opiniom, żadną amboną czy Rydzykiem).


      Bo to jest stereotyp z tą amboną i Rydzykiem :-) Ale faktycznie poparcie Radia
      Maryja spowodowało mobilizację. Ja znam przypadki, że ludzie starsi głosowali
      bo ksiądz wskazał na kogo. Nie mozna jednak uogólniać.


      > Coś mi się wydaje, że PO bardzo zależy na tym, aby z wyborców oponentów
      > zrobić motłoch, ale jest to mit podobny do innych przez nich głoszonych.


      Nie sądzę. Ja głosowałem na PO i D.Tuska, ale do głowy nie przychodzi mi
      nazywać wyborców L.Kaczyńskiego czy PiS-u "motłochem". Bez przesady. Nie ma
      lepszych i gorszych Polaków. Prezydent L.Kaczyńskie jest wybranym oficjalnie
      prezydentem Polski i od tego momentu jest prezydentem wszystkich obywateli.
      Moim też, pomimo tego, że moim kandydatem był D.Tusk. To są prawa demokracji.
      • Gość: mila Re: PO nie kłamie. IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 07.11.05, 20:53
        No Pawle - teraz to brzmi całkiem całkiem.
        • pawel.zary Re: PO nie kłamie - mila 07.11.05, 21:09
          Gość portalu: mila napisał(a):

          > No Pawle - teraz to brzmi całkiem całkiem.


          Zawsze "brzmi" tak samo (trzeba tylko wyłączyć emocje). Kampania się skończyła
          a ze zdrowego rozsądku zwolnienia nie ma i nie będzie. Taryfy ulgowej zarówno
          dla PO i dla PiS tez nie będzie - a tym bardziej, że to wszyscy "swoi" to i
          wymagania większe. Inaczej za cztery lata powiemy o tych co mieli "złoty róg" i
          powitamy SLD z Samoobroną.
      • Gość: karol Cości się pokałapućkało. IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 07.11.05, 20:59
        Mój kolega z P.O twierdzi, że największym obciachem dla P.O było poparcie Tuska
        przez Wałęsę; gwóżdż do trumny.
        • Gość: jatowiem Re: Cości się pokałapućkało. IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 07.11.05, 21:11
          P. Pawle bez zacietrzewienia proszę, jak sądzę wie pan, że jeśli się nie
          pogodzicie z polityczną linią PIS-u to za dwa lata będziecie balansować na
          granicy progu wyborczego, zatem więcej pokory, rozwagi, roztropności. pozdrawiam
          • pawel.zary Re: Cości się pokałapućkało. 07.11.05, 21:27
            Gość portalu: jatowiem napisał(a):

            > P. Pawle bez zacietrzewienia proszę, jak sądzę wie pan, że jeśli się nie
            > pogodzicie z polityczną linią PIS-u to za dwa lata będziecie balansować na
            > granicy progu wyborczego, zatem więcej pokory, rozwagi, roztropności.
            pozdrawia
            > m


            Ja się obawiam, że zrówno PiS jak i PO będą balansować na granicy progu. To
            jest najgorszy scenariusz. Jestem zwolennikiem utworzenia w Polsce (na wzór
            USA) Partii Republikańskiej z połączenia PiS-u i PO. Uważam, że J.Kaczyński
            robi błąd szukając partnerów w Samoobronie i LPR.
            • Gość: pinki Re: Cości się pokałapućkało. IP: *.zgora.sdi.tpnet.pl 07.11.05, 22:36
              bardzo duży błąd! katastrofa dla Polski i dla PiS oczywiście
              • Gość: karol Re: Cości się pokałapućkało. IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 09.11.05, 11:24
                ZOSIU UMIESZ PO FRANCUSKU? UMIEM ALE SIĘ BRZYDZĘ.
                Tak P.O rozumie moralność.
                wiadomosci.wp.pl/wiadomosc.html?kat=9912&wid=8084593&rfbawp=1131529143.490&ticaid=1833

                Na pohybel samoobronie-tylko prawica.
                • Gość: gaucho Podzwonne dla koalicji IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 09.11.05, 18:31
                  Świetny tekst B. Wildsteina
                  wiadomosci.onet.pl/1258135,2677,2,kioskart.html
    • Gość: erni Re: BILANS RZĄDÓW KACZYŃSKIEGO W STOLICY IP: *.ok.ae.wroc.pl 09.11.05, 18:50
      W ciągu ostatnich dwóch miesięcy warszawiacy dowiedzieli się:

      Obiecanego triumfalnie przez Kaczyńskiego mostu Północnego nie będzie.
      Przetarg został unieważniony, bo administracja prezydenta Kaczyńskiego złamała
      zasady bezstronności i anonimowości.
      To oznacza, że w ciągu najbliższych trzech lat żaden nowy most w Warszawie
      nie powstanie.

      Przetarg na zabudowę placu Piłsudskiego, tam gdzie stoi Grób Nieznanego
      Żołnierza, został unieważniony. Urząd Kaczyńskiego postawił inwestorom
      nierealne warunki. W efekcie miasto straciło 300 tys. zł, bo tyle kosztowała
      obsługa wynajętej zagranicznej kancelarii prawnej. No i miną kolejne dwa, trzy
      lata, zanim nowy przetarg zostanie rozstrzygnięty.

      Pewnie przepadnie dotacja z Unii Europejskiej na warszawskie metro, bo miejscy
      urzędnicy narobili błędów w dokumentach. Błędy były też w dokumentach
      dotyczących dotacji na modernizację linii tramwajowej w Al.Jerozolimskich. Koło
      nosa może przejść ok. 350 mln zł. Błędy powstały, choć miasto wynajęło firmę
      PriceWaterhouseCoopers, której doradcy za jedną godzinę biorą 671 zł.

      W rankingu polskich miast pozyskujących fundusze z UE stolica znalazła się
      na 8. miejscu. Pierwsza Bydgoszcz w przeliczeniu na głowę mieszkańca zyskała
      1158,6 zł, Warszawa wspierana przez kosztowne firmy doradcze 97,36 zł.

      Stratę 29 mln zł w 2004 r. na budowę metra zarzucili prezydentowi radni z
      Platformy Obywatelskiej.

      Urząd nie wykorzystał pieniędzy z kontraktu wojewódzkiego i nie
      wyegzekwował należnych kar za opóźnienia w budowie stacji metra przy placu
      Wilsona. Zresztą stacja nadal ma niedoróbki. Otworzono ją w najgorszym, PRL-
      owskim stylu, uruchomiono przymykając oko na ekipy remontowe poprawiające
      fuszerki.

      W stolicy panuje bałagan remontowy. Ulicę Czerniakowską wygładzono za 30
      mln ! zł. Część pieniędzy natychmiast zmarnowano, bo zaraz potem wkroczyli tam
      remontowcy od wodociągów ryjąc w świeżo wypolerowanej nawierzchni.
      W ważnym dla ruchu wiadukcie przy ul. Marynarskiej stwierdzono błędy
      projektowe. Znów straty pieniężne, opóźnione inwestycje.

      Administracja prezydenta Kaczyńskiego czegokolwiek się dotknie,to spieprzy.Nie
      jest w stanie rozwiązać problemu letnich ogródków w restauracjach w centrum
      miasta czy na pustych nadwiślańskich bulwarach. W ruinę popada nie tylko
      warszawska Starówka, ale i Mariensztat.

      Z planów odnowienia dzielnicy MDM nici. Zapowiedziano likwidację bazaru na
      Stadionie Dziesięciolecia, ale urzędnicy nie sprawdzili, że firma dzierżawiąca
      obiekt ma umowę do 2007 r.

      Brak kompetencji i umiejętności urzędnicy Kaczyńskiego nadrabiają hucpą i
      gromkimi oświadczeniami obiecującymi lepszą przyszłość.

      W ciągu ostatnich dwóch miesięcy warszawiacy dowiedzieli się też, że
      prezydent Kaczyński działa niezgodnie z głoszonym w czasie wyborów
      programem:
      Miały maleć koszty administracji. W roku 2004 wzrosły one o 46 mln zł. Lwią ich
      część stanowiły nagrody prezydenta dla swoich dyrektorów, średnio po 40 tys. zł.
      Za rządów Kaczyńskiego każdy warszawiak wydawał w 2004 r. na administrację
      samorządową 203 zł.
      W Krakowie, Poznaniu takie wydatki nie przekraczają 160 zł. Czy mieszkańcy
      stolicy czują różnicę w poziomie usług administracji?

      Prezydent Kaczyński stale podkreśla swoje obrzydzenie do wszystkiego co
      komunistyczne. Kiedy jednak chce wywłaszczyć kilka tysięcy mieszkańców stolicy
      z zasiedziałych przez nich gruntów, zwykle na peryferiach miasta, to sięga po
      obowiązujący nadal krytykowany przez PiS dekret Bieruta. Ten, który
      nacjonalizował grunty w całej Warszawie, który jest przez prawicę podważany.
      Kiedy stalinowski dekret może być użyteczny dla interesów urzędników
      Kaczyńskiego i jego klientów, to jawi się słusznym, obowiązującym w III RP
      prawem. Ciekawe, czy w IV RP, tej już Kaczyńskiej, dekret ten ! pozostanie?

      W mieście Lecha Kaczyńskiego miały ostatecznie zostać zablokowane korupcjogenne
      budowy centrów handlowych, zwanych mollami. Bo finansowane przez zagraniczny
      kapitał molle zżerają tkankę polskiego średniego i drobnego kupiectwa.
      W kampanii wyborczej Lech Kaczyński grzmiał, że nie dopuści do powstania
      kolejnego hipermarketu. Teraz jego urzędnicy zgodzili się na budowę nowych
      centrów handlowych na Młocinach i w Wilanowie.
      Rozbudowywane są istniejące: Reduta, Promenada, IKEA na Targówku,
      ursynowski Factory Outlet.
      W 2004 r. Powierzchnia wielkich obiektów handlowych wzrosła o 22,5 proc.
      Głosujący za Kaczorem polscy kupcy mogą tylko puknąć się w główkę i pomacać
      pustą kieszeń. No, ale każdy samorządowiec wie, że wielkopowierzchniowych
      obiektów handlowych można mieć więcej.

      W ciągu ostatnich dwóch miesięcy warszawiacy mogli dowiedzieć się, że w
      tym czasie prezydent Kaczyński złamał głoszone przez siebie zasady programowe i
      moralne: Miało nie być w mieście korupcji i kolesiostwa.
      Ewa Holewińska,przewodnicząca dzielnicowej komisji mieszkaniowej,radna z
      PiS, wykupiła atrakcyjne mieszkanie komunalne, mimo iż ma willę w
      podwarszawskiej Radości. Mieszkanie w reprezentacyjnych Al. Ujazdowskich.
      Lokal zbył jej partyjny kolega Jarosław Zieliński, który długo łączył posadę
      radnego w Suwałkach z posadą burmistrza dzielnicy Śródmieście w Warszawie. Jak
      się przemieszczał szybko z Suwałk do Warszawy, to już tajemnica walczącego o
      uczciwość PiS.
      Szefem Miejskiego Przedsiębiorstwa Taksówkowego prezydent Kaczyński
      uczynił Andrzeja Gelberga, byłego naczelnego redaktora Tygodnika Solidarność.
      Prezesa wydawnictwa. Zwolnionego przez solidarnościowców po doprowadzeniu
      tygodnika na skraj bankructwa, oskarżanego przez niektórych współpracowników o
      podwójną księgowość. Teraz Gelberg zdołował MPT. Doprowadził do strajku
      taksówkarzy przeciwko jego rządom.

      Centralnym punktem swojej kampanii wyborczej Kaczyński uczynił walkę z
      korupcyjnym układem war! szawskim.
      Kiedy przyszło do głosowania absolutorium prezydenta w Radzie Warszawy,
      zagrożonemu Kaczyńskiemu mogło zabraknąć paru głosów, bo pokłócił się z
      koalicjantami z LPR. I nagle stał się cud! Prezydenta Kaczyńskiego poparła
      radna PO, wyrzucona niedawno z partii za interesowność Małgorzata Ławniczak-
      Hertel. Symbol tego korupcyjnego układu warszawskiego. Największy wróg
      Kaczyńskiego w prezydenckiej kampanii wyborczej.
      Od tamtej pory Kaczyński przestał już walczyć z układem warszawskim.
      Poparli go też radni z SLD. Czesław Ochenduszko olał głosy lewicy i opuścił
      przed głosowaniem klub SLD.
      Kolejna gwiazda SLD radna Dominika Makarewicz nie zaprzeczała, że wiceprezydent
      Andrzej Urbański przed głosowaniem przypadkowo załatwił pracę jej bratu.
      Tak to absolutorium Lech Kaczyński uzyskał dzięki gó..jadom z SLD i pozyskanym
      macherom z PO. Tym, których najbardziej atakował, plugawił, poniżał w czasie
      kampanii wyborczej.
      Ale okazali się dla niego swoimi łajdakami.

      Prezydentowi Kaczyńskiemu tylko jedno się w połowie prezydenckiej kadencji
      udało. Wybudował Muzeum Powstania Warszawskiego. Z kłopotami, zatrudniając tam
      ludzi na czarno.
      Udało mu się też uskrzydlić stołecznych dziennikarzy, którzy piszą o nim z
      entuzjazmem.
      Czy kochają go taką s amą miłością jak radną SLD Makarewicz?

      W efekcie znakomitej kampanii medialnej (brawa dla wiceprezydenta
      Urbańskiego) w sondażach Lech Kaczyński wychodzi na plus.
      Pewnie notowania jego wzrosną, kiedy na pustym placu Piłsudskiego postawi
      krzyż ku pamięci Jana Pawła II.
      To niewiele będzie kosztować, a pokaże, że Lech Kaczyński Wielkim Polakiem
      jest.

      W wywiadzie dla Gazety Wyborczej Lech Kaczyński zadeklarował, że po
      namaszczeniu go na Prezydenta RP przez wdzięczny naród zajmie się po pierwsze
      wystawianiem rachunków krzywd. Od Niemców, którzy zrujnowali Warszawę, od
      komuchów, od różowych liberałów.
      Od korupcjonistów. To nic, że z powodu hasła walki z korupcją w stolicy za
      władania Lecha Kaczyńskiego nie ma żadnej większej inwestycji. To nic, że
      korupc! yjne centrum handlowe Złote Tarasy przekonało prezydenta Kaczyńskiego,
      że jeśli zdejm
      • Gość: erni Re: BILANS RZĄDÓW KACZYŃSKIEGO W STOLICY C.D. IP: *.ok.ae.wroc.pl 09.11.05, 18:52

        Państwo Kaczyńscy nauczyli się jak nikt od konkurencyjnej elity politycznej,
        że nie ważne jest, jak się rządzi. Ważne, jak cię pokażą w mediach, jak
        zabełtasz w mózgach elektoratu. Aby pokochał. Na dobre i na złe.

        Ale być może ktoś musi zapłacić za kosztowne prezydenckie spoty reklamowe,
        za Justynę Steczkowską deklarującą, że urodzi dziecko dla PiS, dla sfory
        estradowców grających dziś dla państwa Kaczyńskich.
        Takie to rodzi w każdym razie podejrzenia.

    • Gość: erni Re: Wykształcony elektorat PiS IP: *.ok.ae.wroc.pl 09.11.05, 19:01
      www.szukamypolski.com/fotkip/160zgryz.jpg
    • Gość: erni Re: WŁADZA UDERZYŁA DO GŁÓW IP: *.ok.ae.wroc.pl 09.11.05, 19:09
      (Jacek Żakowski, POLITYKA 5/11/05):

      Tydzień po wyborach nie ma już śladu nadziei, którą większość głosujących
      wiązała ze zmianą władzy. Zwycięzcy zachowują się tak, jakby oszaleli. Czy w
      tym szaleństwie jest jakaś metoda?
      II wojna na górze

      Jacek Żakowski

      IV Rzeczpospolita znikła. Bezszelestnie odpłynęła hen, co najmniej na horyzont
      kadencji prezydenckiej. Albo jeszcze dalej. Rewolucja moralna także. Stała się
      tematem delikatnym, którego nie należy podnosić przy zwycięzcach. Padła ofiarą
      rewolucji kadrowej. Diabli ją wzięli, gdy PiS hurmem głosował na marszałka
      Leppera. Główni piewcy IV RP i rycerze rewolucji moralnej - Rokita, Śpiewak,
      Wassermann, Kaczyńscy nie są już druhami ani nadzieją polskiej demokracji. Ci,
      którzy mieli wspólnie naprawiać Rzeczpospolitą, teraz oskarżają się o najgorsze.
      Trudno zrozumieć, jak ludzie, którzy tak kompletnie sobie nie ufają i mają
      wobec siebie takie podejrzenia, mogli wyobrażać sobie wspólne budowanie nowego -
      uczciwego i sprawiedliwego - wspaniałego świata. A przecież jedni i drudzy nam
      to obiecywali. Gdy kilka tygodni temu mówiliśmy, że to nierealne, uspokajali
      nas i zapewniali, że po wyborach wszystko się poskłada. Nie wiemy, czy byli
      zbyt naiwni, czy niewystarczająco szczerzy. Tak czy inaczej wprowadzili nas w
      błąd i podważyli swój autorytet. Gdybyśmy wiedzieli, że tak to ma wyglądać,
      zapewne wielu z nas inaczej by głosowało.
      Można oczywiście przyjmować, że przyczyną obecnego stanu jest wynik wyborów
      inny, niż przewidywano. Próbować wyjaśnić powyborczym szokiem bratobójczą wojnę
      toczoną przez sojuszników z POPiS. Tłumaczyć, że gdyby wygrała Platforma,
      gdyby premierem został Jan Rokita, nie byłoby żadnego problemu. Ale czy
      rzeczywiście? Właściwie dlaczego? Jak bardzo Platforma musiałaby wygrać, żeby
      obrotowa koalicja PiS z LPR, PSL i Samoobroną stała się niemożliwa? Przecież
      znacznie bardziej, niż ostatnio pokazywały sondaże. A jak bardzo musiałaby
      wygrać, żeby mogła stworzyć rząd bez partii braci Kaczyńskich? Bardziej, niż
      kiedykolwiek było to możliwe.
      Słyszymy, że gdyby w wyborach prezydenckich wygrał Tusk, a nie Kaczyński,
      sytuacja byłaby w istotny sposób inna. Ale właściwie dlaczego? Czy nie czekałby
      nas taki sam kryzys? Przecież nie ten ma w koalicji więcej władzy, kto ma
      więcej głosów, lecz ten, kogo trudniej zastąpić, kto jest na nią w mniejszym
      stopniu skazany, kto może się zwrócić ku alternatywnej większości.
      Nawet gdyby Rokita został premierem, i tak by nie mógł sformować rządu bez
      poparcia PiS. A to znaczy, że albo musiałby oddać PiS wszystko, czego on zażąda
      (zwłaszcza służby, policję, prokuraturę, albo w drugim czy trzecim kroku
      konstytucyjnym przyszedłby czas wariantu obrotowego i Rokitę zastąpiłby
      Kazimierz Marcinkiewicz czy ktokolwiek inny z polityków PiS. Tak czy inaczej,
      PiS mógł wziąć sobie wszystko. Jarosław Kaczyński od dawna o tym wiedział. A
      nie jest to polityk znany z gotowości do rezygnowania z tego, czego chce.
      • Gość: erni Re: WŁADZA UDERZYŁA DO GŁÓW C.D. IP: *.ok.ae.wroc.pl 09.11.05, 19:10
        Patrząc realistycznie można więc chyba założyć, że wojna między zwycięzcami
        była nieunikniona. Nie dlatego jednak, że niespójne są ich programy
        gospodarcze. Gdy chodzi o gospodarkę, niemal zawsze można znaleźć jakiś
        sensowny kompromis. I także nie dlatego ta wojna wybuchła, że jeden czy drugi
        polityk Platformy zbyt ostro się wypowiedział komentując wyniki wyborów albo
        przebieg kampanii. Wojna była konieczna i przy każdym prawdopodobnym wyniku
        chyba nieunikniona.
        Na okładce „Faktu" Jadwiga Kaczyńska, matka Jarosława i Lecha Kaczyńskich,
        wzywa polityków do zgody. Pani Jadwiga martwi się o Polskę. „Gdy w środę
        zobaczyłam, co się dzieje w Sejmie, i te kłótnie, ze zdenerwowania wyłączyłam
        telewizor". Zapewne nie ona jedna. Ale ona ma ku temu szczególne powody. Bo to
        jej synowie trzymają klucze do polskiej przyszłości. Jak one wyglądają?
        Kiedy się pamięta wyrafinowane polityczne konstrukcje, które wcześniej bracia
        Kaczyńscy tworzyli i z różnym skutkiem starali się wcielić w życie, można się
        spodziewać, że i tym razem coś niezwykłego trzymają w zanadrzu. Bo bracia nie
        są politykami jak inni. Zwłaszcza Jarosław Kaczyński nie uprawia takiej
        polityki jak wszyscy. To nie jest ani gracz jak Miller, ani administrator jak
        Bu-zek, ani reformator jak Leszek Balcerowicz, ani dyplomata jak Aleksander
        Kwaśniewski. Zapewne jest wszystkim tym po trosze, ale przede wszystkim jest
        generatorem, nosicielem i egzekutorem politycznej wizji.
        W III Rzeczpospolitej jego styl politycznego myślenia (ale już nie metody
        działania) można porównywać tylko ze stylem Adama Michnika. Jarosław Kaczyński
        nie uprawia polityki, lecz metapolitykę. Nie uprawia jej po to, żeby zdobyć
        władzę, choć władza jest mu w jakimś stopniu potrzebna. Nie zdobywa też władzy,
        by rządzić, chociaż możliwość rządzenia sprzyja jego celom. I nie rządzi po to,
        by reformować gospodarkę czy państwo. To by go chyba nużyło, chociaż reformy
        mo -gą służyć jego celom. Jego metapolityczne ambicje sięgają dużo dalej. On
        chce zmienić Polskę, a kluczem do tej zmiany jest redefi-nicja sceny
        politycznej. Jadwiga Kaczyńska może tego nie wiedzieć, ale wojna z Platformą
        jest jej synowi potrzebna, by zmiana, którą planuje, stała się możliwa.
        Metapolityka to nie są warcaby, gdzie wygrywa ten, kto szybciej wybije pionki
        przeciwnika. Metapolityka to szachy. Wygrywa ten, kto stworzy lepszą
        konfigurację. Nie ten, kto ma więcej figur. W tym sensie PiS wygrałby wybory,
        nawet gdyby je przegrał z Platformą. Bo sprowadzając lewicę do formy zalążkowej
        stworzył konfigurację, w której może grać na scenie obrotowej.
        W szachach atak na królową czy laufra nie służy ich zabiciu, ale przygotowaniu
        mata. Gdy grę prowadzi Jarosław Kaczyń-ski, nie ma więc specjalnego sensu
        spierać się o to, czy królowa i laufer istotnie są winni. To jest kwestia
        raczej drugorzędna. Chcąc zrozumieć politykę PiS, trzeba szukać takiej
        konfiguracji, która po wielu ruchach ma doprowadzić do mata.
        Do jakiej konfiguracji dąży Jarosław Ka-czyński, możemy się tego domyślać
        przypominając sobie jego poprzednie batalie. Najpierw wielki manewr, który
        doprowadził do powstania rządu Mazowieckiego. Przeciągnięcie na stronę
        Solidarności SD i ZSL, czyli tak zwanych stronnictw sojuszniczych. Dzięki temu
        w koalicji rządzącej po 1989 r. nie było postkomunistów, choć początkowo byli
        oni w rządzie. Wariant dzisiejszej sceny obrotowej przypomina tamten. Po
        Okrągłym Stole PZPR było tak samo pewne udziału we władzy jak niedawno PO, i
        podobnie się przeliczyło. Solidarność - ulokowana przez Kaczyńskich w środku
        sceny politycznej - stała się siłą zdolną do zmiany koalicjanta. Tak jak PiS
        obecnie.
        To jednak był dopiero początek. Bo w drugim ruchu Solidarność miała się stać
        jedyną siłą sceny politycznej. Żeby to uzyskać, trzeba ją było rozbić. Dzieci
        uczą się o tym w szkołach jako o wojnie na górze. Jej narzędziem była walka
        Wałęsy z Mazowieckim. Gdyby ten plan się braciom Kaczyńskim sprawdził, nie
        byłoby dziś w Sejmie SLD ani LPR. Na prawo Kaczyńscy chcieli mieć
        integrystycznych katolików zebranych w ZChN (m.in. z Markiem Jurkiem i Stefanem
        Niesiołowskim), na lewo solidarnościową lewicę, którą nazywali lewicą laicką
        (wtedy jako ROAD, później Unię Wolności), a sobie wyznaczyli przestrzeń
        pośrodku sceny i nazwali się Porozumieniem Centrum. Chcieli być obrotowi.
        Wszystko szło im dobrze aż do wyborów w 1991 r., z których Sejm wyszedł
        potwornie rozdrobniony, bo elektorat nie umiał się zmieścić w wizji. Ale
        obrotowość PC jednak się sprawdziła. To Kaczyńscy rozdawali karty, gdy
        powstawał rząd Jana Olszewskiego, choć nie mieli większości. Mogli Polską
        porządzić, gdyby nie nieostrożność ministra Macierewicza. A potem przyszły
        przyspieszone wybory w 1993 r. i triumf SLD. Chyba nie można wykluczyć, że dziś
        bracia próbują wrócić do rzeki, która się przelała w 1991 i wyschła w 1993 r.
        Jaka jest dzisiaj ich wizja, daje się wyczytać z wypowiedzi Lecha Kaczyńskiego,
        który „Polityce" powiedział niedawno: „Liczę, że powstanie dwubiegunowy układ
        między bardziej liberalnym PO i bardziej konserwatywnym PiS". Że to nie było,
        ot tak, lekko rzucone, świadczy jego pomysł na publiczne media, które mają być
        podzielone. Ale bez
        rozdrabniania. Jeden kanał dla rządu, drugi dla opozycji. Trudno sobie
        wyobrazić program wspólnie redagowany przez LPR, SLD i Samoobronę, ale to
        prezydenta nie martwi. Może go nie martwić dlatego, że w me-tapolitycznej wizji
        SLD i LPR nie istnieją. Ich elektorat mają zagospodarować niedoszli
        koalicjanci. PiS ma wyżreć Ligę, a Platforma lewicę.
        To tłumaczy zaskakujący upór personalny. Dlatego PiS usilnie eksponuje swoją
        bardziej prawicową narodowo-katolic-ką, zetchaenowską frakcję wystawiając na
        pokaz Marcinkiewicza i Jurka. Z tego samego powodu PiS gwałtownie protestuje,
        gdy Platforma próbuje bardziej eksponować swoje prawe - patriotyczno-narodowe
        skrzydło. Gdyby w imieniu PO marszałkiem Sejmu został tradycjonalista Bronisław
        Ko-morowski, wicemarszałkiem Senatu katolicki integrysta Stefan Niesiołowski, a
        wicepremierem konserwatysta Rokita, podział między partiami zostałby zatarty, a
        PiS - by się odróżnić - musiałby się przesunąć jeszcze dalej na prawo. To
        utrudniłoby zdobycie w następnych wyborach owych 40 proc., o których marzy
        Jarosław Kaczyński.
        Przede wszystkim przesunięcie POPiS na prawo mogłoby jednak otworzyć przestrzeń
        dla postkomunistów, którzy w oczach PiS są bliżsi Platformie. A wówczas to PO
        stałaby się partią obrotową. Donald Tusk to całkiem co innego. Jako twarz
        Platformy pasuje do meta politycznej strategii jak ulał. Elektorat PiS ani LPR
        nigdy nie będzie wrażliwy na jego polityczną ofertę, a mniej socjalna część
        wyborców lewicy może na niego głosować. Elektorat socjalny PiS sam chce
        zagospodarować.
        Odrzucenie kandydatur Komorowskie-go i Niesiołowskiego ma także tę zaletę, że
        sprzyja dynamice blokującej powstanie rządu POPiS, który stanowi największe
        zagrożenie dla metapolitycznej wizji. By po następnych wyborach mogła się
        wyłonić dwubiegunowa scena polityczna, o jakiej marzy prezydent, PO i PiS nie
        mogą się zlać w jednej koalicji, tak jak przed drugą turą wyborów prezydenckich
        zaczęli się zlewać Rokita i Marcinkiewicz. To zlewanie się trzeba było
        zatrzymać i tę koalicję trzeba było rozwalić, żeby utrwalić dominację jej
        niedoszłych twórcówna scenie politycznej. Przynajmniej w logice Braci było to
        konieczne, tak jak kilkanaście lat temu w ich poprzednim meta-politycznym
        planie trzeba było rozwalić Solidarność, żeby mogła ona zagospodarować całą lub
        niemal całą scenę polityczną. W tym sensie rząd POPiS nie miał szansy powstać,
        a gdyby przypadkiem mimo wszystko powstał, to nie mógłby trwać długo.
        W II Wojnie Na Górze największym sojusznikiem Braci jest dziś Andrzej Lepper
        („trzeci bliźniak"). Nie wiadomo dokładnie, dlaczego przyjął tę rolę. Może -
        jak kiedyś SD
    • Gość: Jurek Re: Dlaczego PO kłamie? IP: *.zgora.dialog.net.pl 09.11.05, 20:06
      Aleś się Erni nawklejał bzdur. Potwierdza to niestety moje przypuszczenia, że
      przeciętny zwolennik PO cierpi na brak samodzielnego myślenia i uważa, że im ma
      większy telewizor i grubszą gazetę, tym jest mądrzejszy...

      P.s.
      Brednie o działalności Kaczyńskich w Wawie rozśmieszyły mnie najbardziej.
      Ponieważ większość zarzutów trzeba adresować do poprzednich PO'wskich władz
      Wawy a pozostałe, do obecnych radnych PO, którzy blokowali wszelkie inicjatywy
      PiS'u jak mogli, mając w dupie dobro mieszkańców.
      Teraz PO zachowuje się tak samo, tylko na skalę ogólnopolską. Drżyj narodzie,
      PO co będzie w stanie to spieprzy, włączając w to kreowanie złej opini Polski w
      europejskiej prasie liberalnej, szerzenie niepokojów na rynkach finansowych,
      podkopanie waluty - wszystko po to, aby pokazać jacy jesteśmy silni a oni
      głupi. To samo było w Wawie, argumentem dla PO jest: "bo nie my rządzimy". Nas
      jak zawsze mają gdzieś!
Pełna wersja