lubuskielotnisko
05.01.06, 23:45
..zrobił 13 lat temu. Lepiej późno niż wcale. Ile jeszcze trzeba czekać na
to by wreszcie jakaś pani prezydent przejrzała na oczy, że w tym mieście
komunikacja miejska to zbiór natręctw i tymczasowości komunalnego monopolu,
która stała się ideologią i normą, a nie porządny system.
U nas już tak mało ludzi jeździ MZK, a autobusy nie wjeżdżają do centrum, o
linii nocnej nie wspominając. w Gorzowie jest aż 5 linii nocnych. Rzadko
jeżdżą, służą częściowo odwożeniu pracowników MZK, ale są. U nas te autobusy
które odwożą pracowników MZK do domu, pasażerów już nie wożą. Pora chyba
wreszcie zmienić panią Langer- jest niereformowalna. A potem zrobić tak jak
zrobiono lat temu naście w Poznaniu.
Adam Fularz
--------
z gazety poznańskiej:
Poznań był pierwszy - rewolucja w komunikacji miejskiej
Lech Bojarski 01-01-2006 , ostatnia aktualizacja 01-01-2006 16:27
Gdy trzynaście lat temu - 1 stycznia 1993 roku - MPK jako pierwszy przewoźnik
w Polsce wprowadziło bilety czasowe, wielu pasażerów przeżyło szok. Pomysł
jednak sprawdził się i za naszym przykładem poszły inne miasta.
- To nie była łatwa decyzja - wspomina moment wprowadzania biletów czasowych
pomysłodawca, dr Andrzej Krych z Biura Inżynierii Transportu w Poznaniu. -
Odbyło się wiele dyskusji, radni długo maglowali temat. W końcu ówczesny
prezydent miasta Wojciech Szczęsny Kaczmarek miał podjąć decyzję. Spytał mnie
wtedy: panie doktorze, czy to wyjdzie? Wyjdzie, odpowiedziałem - mówi dziś
Krych.
Na początku lat 90. komunikacja miejska w Poznaniu w niczym nie przypominała
obecnej. Ponad 20 linii tramwajowych, ale rzadko kursujące tramwaje i
zupełnie fikcyjne rozkłady jazdy. Rewolucja była nieuchronna. - Postawiliśmy
na minimalną liczbę linii, a maksymalną częstotliwość kursowania - opowiada
dr Krych. - Trzeba było zmienić rozkłady jazdy i wprowadzić kontrolę jakości
usług. Zaczęła się liczyć punktualność - dodaje.
1 stycznia 1993 r. weszły w życie zmiany, które w dużej części obowiązują aż
do dziś. Zredukowano liczbę linii do 13, narzucono 10-minutową częstotliwość
kursowania i wprowadzono taryfę czasową w tramwajach. - To był koszmar.
Mieszkałam wtedy na górnym tarasie Rataj. I nagle sprzed mojego domu zniknęły
tramwaje linii nr 0 i 23. Pojawiły się za to inne, ale ciężko było się do
tego przyzwyczaić. Zwłaszcza do tych ciągłych przesiadek, bo już nigdzie
dalej nie dało się dojechać jednym tramwajem - wspomina nasza Czytelniczka,
pani Halina. Dr Andrzej Krych tłumaczy: - Redukcja liczby linii zmuszała do
przesiadek, a więc pasażer musiał mieć bilet, który by do tego uprawniał.
Stąd bilet czasowy.
W styczniu 1993 r. bilet 10-minutowy kosztował 1800 zł, 30-minutowy 3600 zł,
a godzinny 5400 zł. Pasażerowie nie od razu przekonali się do taryfy
czasowej. Jej wady łatwo było wytknąć - w przypadku utknięcia tramwaju lub
autobusu w korku pasażer dopłacał, kasując kolejne bilety. Ale z drugiej
strony za krótką podróż w Poznaniu płaciło się mniej niż w innych miastach.
No i u nas można się było przesiadać z raz skasowanym biletem.
Taryfa czasowa po pierwszych zgrzytach przyjęła się w Poznaniu na dobre.
Wobec naszego pomysłu obojętni nie pozostali także inni krajowi przewoźnicy.
Dziś bilety czasowe obowiązują w większości dużych miast Polski, m.in. w
Szczecinie, Łodzi, Gdańsku, a także na Śląsku. - Myślę, że pasażerowie już by
nam nie pozwolili wrócić do starych zasad - mówi Wojciech Tulibacki, szef
poznańskiego MPK.
Według początkowych założeń bilet czasowy miał być tani i zachęcać do
wybierania jazdy tramwajem zamiast samochodem. Historia potoczyła się jednak
inaczej. Radni, którzy decydowali o podwyżkach cen biletów, przyjęli bowiem
zasadę, by ograniczać wzrost cen biletów sieciowych kosztem jednorazowych.
Stąd ceny biletów czasowych rokrocznie rosną. Od 1 kwietnia 2006 r. 10-
minutowy ma kosztować już 1,40 zł.