Domowe restauracje, jadłodajnie ad hoc...

05.05.15, 11:57
Już od pewnego czasu istnieją 'lokale z kapelusza' i tym podobne, czyli prywatne (czasem półprywatne) przedsięwzięcia gastronomiczne: ktoś lubi gotować, jest w stanie ugościć u siebie w domu większą grupę osób (nie tylko znajomych i rodzinę), ogłasza się proponując menu, datę, minimalną i maksymalną liczbę osób i cenę od łebka.

Co o tym myślicie? Przeglądam właśnie jeden serwis internetowy, zajmujący się taką domową gastronomią i jak na razie to jeszcze chyba w powijakach to jest. Czy będzie miało szansę się rozwinąć?

Sami zdecydowalibyście się na coś takiego, czy to jako gospodarz (podejmujący nieznanych gości), czy to jako gość (udający się na posiłek w nieznane)?

A może ktoś już ma doświadczenie i zechciałby się podzielić?
    • Gość: x interesująca jest ta forma własności "półprywatne" IP: *.hsi06.unitymediagroup.de 05.05.15, 12:49
      może jakieś szczegóły?
      "Obiady domowe" istnieja od "tysiaca lat".
    • autumna Re: Domowe restauracje, jadłodajnie ad hoc... 05.05.15, 12:57
      Zaraz zainteresuje się tym urząd skarbowy i ZUS, a pewnie i Sanepid. Bo jak rozumiem, nie chodzi o osoby mające zarejestrowaną działalność gospodarczą?
      • zlosliwiec.zlosliwiec Re: Domowe restauracje, jadłodajnie ad hoc... 05.05.15, 13:46
        Na serwisie, który przeglądam ogłaszają się w większości prywatne osoby, ale też jest trochę ofert od restauracji (prywatne przyjęcia, promocje, debiuty, akcje charytatywne, itp.)

        Sam serwis powstał w Brukseli, z inicjatywy Amerykanki, więc nie mam pojęcia, jakie wymogi formalnoprawne spełnione być muszą, żeby nie obawiać się hiszpańskiej Inkwizycji, tzn. polskiego ZUSu, USu i Sanepidu, albo ichniejszych odpowiedników.
        • mim_maior Re: Domowe restauracje, jadłodajnie ad hoc... 05.05.15, 13:57
          Jak to zorganizować u nas bez narażania się na interwencję miłych przedstawicieli fiskusa? Tak sobie myślę: umawiam się ze znajomymi z internetu na składkowy obiad, a oni przychodzą i oddają mi pieniądze, po czym razem jemy, co ugotowałam. Przeszłoby?
          • zlosliwiec.zlosliwiec Re: Domowe restauracje, jadłodajnie ad hoc... 05.05.15, 15:03
            No, coś na zasadzie 'ta pani przyszła w tym kożuchu i w nim wychodzi'. Chociaż ogłoszenia dość szczegółową ofertę przedstawiają: menu, cena od osoby, ilość miejsc, alkohol tak/nie, palenie tak/nie, parking tak/nie... Jakby się ktoś uwziął, to trudno będzie wykazać, że to znajomi wpadli i zrzutkę zrobiliśmy co łaska.

            No i ceny niektórych ofert niezbyt non-profitowo wyglądają. Jedną zauważyłem za USD 50.00 od osoby za 3-daniową kolację z warzyw, co akurat w sezonie są. Plus przegrzebki z patelni. BYOB. Max 25 osób.
    • quba Re: Domowe restauracje, jadłodajnie ad hoc... 05.05.15, 13:40
      Ja nie poszłabym do nikogo, kogo nie znam na obiad, tak jak po prostu brzydzę się nieznanych, obcych, nie sprawdzonych restauracji.
      Pewnie zaraz mi tu napiszecie moc wymyślań i porównań, ale nie. Nie poszłabym.
    • mim_maior Re: Domowe restauracje, jadłodajnie ad hoc... 05.05.15, 13:43
      Gdyby to organizował znany mi bloger kulinarny i byłaby to okazja, żeby spróbować jego dzieł - czemu nie. Tak całkiem w ciemno to nie, bo jednak ludzie różne kulinarne gusty mają.
    • linn_linn Re: Domowe restauracje, jadłodajnie ad hoc... 05.05.15, 14:26
      Np. u 96-letniej Babci Leonildy w Genui:
      www.dissapore.com/grande-notizia/aprire-un-ristorante-in-casa-nonna-leo-social-eating-genova/

    • squirk Re: Domowe restauracje, jadłodajnie ad hoc... 05.05.15, 15:09
      Poszłabym bez wahania, zastrzegłabym tylko wcześniej że nie zjem np. owadów i niczego słodkiego (więc ktoś może zjeść mój deser :-)).
      Rozważałam otworzenie czegoś takiego w wersji minimalistycznej - pokój ze stolikiem dla dwojga na romantyczną kolację.
      • zlosliwiec.zlosliwiec Re: Domowe restauracje, jadłodajnie ad hoc... 05.05.15, 17:26
        Przejść się też bym bez wahania (no, może trochę) przeszedł, pod warunkiem oczywiście, że cena jest rozsądna. Nie wiem, czy w drugą stronę zupełnie obce osoby bym podjął. Dla rodziny, znajomych i dalszych znajomych już gotowałem w swoich skromnych warunkach i 4 osoby przy ustalonym menu obrobię. Dla większej grupy też robiłem, ale na gościnnych występach.

        Zero słodkiego oznacza, że nawet przyprawić słodyczą nie można?
        • squirk Re: Domowe restauracje, jadłodajnie ad hoc... 05.05.15, 17:57
          zlosliwiec.zlosliwiec napisał:

          Dla rodziny, znajomych i dalszych znajomych już gotowałem w swoich
          > skromnych warunkach i 4 osoby przy ustalonym menu obrobię. Dla większej grupy
          > też robiłem, ale na gościnnych występach.

          Raz gotowałam dla bodajże 30 osób - nigdy więcej.
          Dla dwojga/dwóch obcych - mogłabym, miło byłoby mi mieć świadomość że uprzyjemniłam wieczór jakiejś sympatycznej parze.


          > Zero słodkiego oznacza, że nawet przyprawić słodyczą nie można?

          Minimalną ilość zniosę i owoce (choć nie wszystkie) nie są mi wstrętne ale generalnie do słodkiego mam stosunek mocno niechętny. Z rozsądku zjem czasem kostkę czekolady ale możliwie gorzkiej, no i owoce, soki (pół na pół z wodą), bo wiadomo, że organizm jednak trochę cukru potrzebuje.
          • Gość: Magdalena Re: Domowe restauracje, jadłodajnie ad hoc... IP: *.Red-79-152-9.dynamicIP.rima-tde.net 05.05.15, 18:12
            "... że uprzyjemniłam wieczór jakiejś sympatycznej parze."

            Skąd ta pewność?
            • squirk Re: Domowe restauracje, jadłodajnie ad hoc... 05.05.15, 18:19
              Gość portalu: Magdalena napisał(a):

              > "... że uprzyjemniłam wieczór jakiejś sympatycznej parze."
              >
              > Skąd ta pewność?

              Stąd, Januszu, że dobrze gotuję i bardzo dbam o gości. Dlatego wracają a czasem wręcz zamawiają konkretne danie.
          • zlosliwiec.zlosliwiec Re: Domowe restauracje, jadłodajnie ad hoc... 05.05.15, 18:27
            Rozwiń, rozwiń...
            • squirk Re: Domowe restauracje, jadłodajnie ad hoc... 05.05.15, 18:34
              zlosliwiec.zlosliwiec napisał:

              > Rozwiń, rozwiń...

              Po co? :-)
              • zlosliwiec.zlosliwiec Re: Domowe restauracje, jadłodajnie ad hoc... 05.05.15, 18:52
                No jak zastrzeżesz dokładnie czego nie zjesz i zaproponujesz, co byś zjadła, to zobaczę, co da się zrobić.
                • squirk Re: Domowe restauracje, jadłodajnie ad hoc... 06.05.15, 02:54
                  zlosliwiec.zlosliwiec napisał:

                  > No jak zastrzeżesz dokładnie czego nie zjesz i zaproponujesz, co byś zjadła, to
                  > zobaczę, co da się zrobić.

                  A, zabawa taka :-)
                  Jestem bardzo ciekawa nowych smaków i lubię wyzwania co skrupulatnie wykorzystuje tandem w składzie Mąż&Zaprzyjaźniony Rzeźnik - prezenty w rodzaju 2 kg kaczych łapek czy świńskiego łba już mnie nie zaskakują. Mam wrażenie, że oni się spotykają i następuje taka knucza konspiracja - "Ja zapakuję, ty zawieziesz i zobaczmy co ona z tym zrobi". ;-)
                  Nie zjem słodkiego deseru* :-), owadów, oczu, odpadają balut, casu marzu (ale tu się nieco waham bo kocham sery), wino na myszach, ptactwie czy wężach (acz samego węża chętnie spróbuję), roadkill. Nie zjem małych gryzoni/ssaków. Nie zjem "śmierdzących głów" ani kiviak czy nadpsutej ikry (Alaska). Odpada shiokara, Yin Yang fish, ikizukuri i pijane krewetki, nie zjem psa ani kota. Przez "nie zjem" rozumiem "nie zjem świadomie" ale naprawdę wolałabym, żeby mi takich niespodzianek nikt nie robił.
                  Nie mam problemu z jedzeniem podrobów (muszę wreszcie kupić grasicę), surowego mięsa i generalnie surowizny. Uważam, że z szacunku dla zwierzęcia powinno się wykorzystać tyle, ile się da.
                  Kocham miłością szczerą ryby i owoce morza przy czym do ostryg mam stosunek neutralny póki co, zamierzam dać im szansę za miesiąc.
                  Spróbuję, jeśli będę miała okazję, dead body soup, horumon, zupy z jaskółczych gniazd, "ostryg z Gór Skalistych", surstromming, "śmierdzącego tofu", stuletnich jaj (kupię w sobotę jeśli nie zapomnę, przypomniałam sobie, że są w azjatyckich delikatesach), hakarl. Będę w Hiszpanii pewnie jeszcze w tym roku, na pewno zjem kaczenice.
                  Nie cierpię kolendry. Czystą wódkę dzielnie zniosę przy toaście ale wolałabym nie musieć doświadczać tego przeżycia. Jem bardzo mało pieczywa (mimo, że sama piekę i to dość ambitnie). Nie lubię większości kiełbas (ale dobra szynka.. och i ach :-)). Bardzo lubię kiszonki, robię kimchi i typowe polskie rozmaitości,
                  Nie dojrzałam jakoś do uwielbianego przez Antoniego Bourdain wysysania głów krewetek ale z jedzeniem móżdżku nie mam problemu.
                  Mam w tej chwili w zamrażalniku wołowy ozór i ogon, wieprzowe uszy, kurze łapki. Wiem, że nie jestem pewnie tak odważna jak Ty czy część forumowiczów ale nie uważam się za kulinarną sierotkę i tchórza.
                  Generalnie jestem prosta w kulinarnej obsłudze. Śledź, golonka, jagnięcina, rukola, cukinia z grilla, szparagi, młode ziemniaki a potem manchego/dobry parmezan i arbuz/truskawki (bez dodatków) na deser i jestem szczęśliwa ;-)

                  Mam nadzieję, że dopiszą się inni forumowicze, napiszą co lubią/chcą zjeść a czego nie tkną, bardzo lubię czytać takie posty.

                  * opanowaliśmy z mężem po mistrzowsku zamianę talerzy - on zjada swój deser, potem mój, ja z ulgą demonstruję pusty talerz i wychwalam to, co zjadłam (dla spokoju sumienia zawsze demonstracyjnie skubnę kawałek) a potem idziemy na rower - on żeby spalić, ja dla towarzystwa. Ze dwa razy pozytywnie mnie zaskoczono i na deser był mało słodki biszkopt przekładany niemal wytrawnym kremem np. truskawkowym, skubnęłam bez przykrości. Paradoksalnie piekę świetne ciasta, zwłaszcza czekoladowe.
                  :-)
                  • posenerka Re: Domowe restauracje, jadłodajnie ad hoc... 06.05.15, 09:23
                    squirk napisała:
                    > Uważam, że z szacunku dla zwierzęcia powinno się
                    > wykorzystać tyle, ile się da.

                    Przeczytałam kiedyś to samo w wywiadzie z Maciejem Nowakiem, tym krytykiem kulinarnym. I tak jak nie wiedziałam czy go lubić czy nie, trochę mnie drażnił to po tym zdaniu zyskał dużego plusa.
                    Chociaż jestem hipokrytką bo sama nie potrafię zjeść nawet wątróbki... A lubię w kuchni ludzi, którzy właśnie zjadają ile się da, jakoś podświadomie kojarzy mi się to właśnie z szacunkiem do zwierzęcia, w ogóle do życia, natury.

                    Choć nie wiem czy sama bym się lepiej poczuła, gdybym wiedziała, że mój morderca zje mnie w całości a nie zadowoli się kawałkiem pośladka. ;)

                    Ten post to kopalnia wiedzy o nowych nazwach znanych skądinąd "świństw". ;)
                    Co to jest "horumon"? Rozgryzłam tylko, że coś z podrobów...
                    • squirk Re: Domowe restauracje, jadłodajnie ad hoc... 06.05.15, 14:35
                      posenerka napisała:

                      > squirk napisała:
                      > > Uważam, że z szacunku dla zwierzęcia powinno się
                      > > wykorzystać tyle, ile się da.
                      >
                      > Przeczytałam kiedyś to samo w wywiadzie z Maciejem Nowakiem, tym krytykiem kuli
                      > narnym. I tak jak nie wiedziałam czy go lubić czy nie, trochę mnie drażnił to p
                      > o tym zdaniu zyskał dużego plusa.

                      Fakt, też tym u mnie zaplusował choć generalnie za nim nie przepadam jakoś.

                      > Chociaż jestem hipokrytką bo sama nie potrafię zjeść nawet wątróbki...

                      Też kiedyś nie potrafiłam, jeśli Ci zależy to może się przełamiesz kiedyś. Co ciekawe pochodzę z rodziny dość "zamkniętej" na nowe smaki - Mama nie tknie owoców morza i większości podrobów (i jest przerażona kiedy opowiadam czasem co na kolację ;-)), babcia była szefową kuchni w wielkim hotelu ale gotowała bardzo tradycyjnie, żadnych szaleństw. Jestem kulinarnie wyrodna ;-))


                      > Choć nie wiem czy sama bym się lepiej poczuła, gdybym wiedziała, że mój morderc
                      > a zje mnie w całości a nie zadowoli się kawałkiem pośladka. ;)

                      Wtedy to już wszystko jedno, sama wolałabym zostać skonsumowana po śmierci przez jakiegoś głodnego lwa czy tygrysa niż tak sobie leżeć i się marnować ;-)


                      > Ten post to kopalnia wiedzy o nowych nazwach znanych skądinąd "świństw". ;)
                      > Co to jest "horumon"? Rozgryzłam tylko, że coś z podrobów...

                      Właśnie o podroby chodzi, modne stały się małe bary/jadłodajnie serwujące różności z podrobów, najczęściej w formie szaszłyczków.
                      Polecam programy Zimmerna i Bourdaine`a, są w odcinkach na Youtube - to dopiero jest kopalnia wiedzy.
                      Para moich bardzo lubianych znajomych lata co roku do Japonii, na miesiąc, są w tym kraju zakochani, bardzo odważni, otwarci, ciekawi nowych smaków, piszą blog "Fumy tyrystyczne", polecam zainteresowanym bo to mnóstwo wiedzy, także o jedzeniu, i zdjęć. To m.in. dzięki tym znajomym tak zainteresowałam się kuchnią japońską a mąż często dostaje na obiad bento (dziś dostał, właśnie czekam na relację, nowa firma, nowi koledzy - kolejna grupa ludzi pytająca gdzie można coś takiego kupić i pewna, że jestem Japonką ;-))
                      • posenerka Re: Domowe restauracje, jadłodajnie ad hoc... 07.05.15, 12:31
                        Zimmern to mój ulubieniec, szkoda, że zniknął z tv, poszukam na YT. Bourdain - wiadomo (choć bardzo rozczarowała mnie jego ostatnia seria).

                        Poproszę o ten link do bloga.

                        Z programów Zimmerna najlepiej zapamiętałam alaskańskie lody z foczego łoju (coś w tym stylu w każdym razie)... Bo wszelkie robale to już takie oklepane. ;)
                  • zlosliwiec.zlosliwiec Re: Domowe restauracje, jadłodajnie ad hoc... 06.05.15, 13:03
                    Zestaw dipów i chlebki plaskate na start, ozór duszony w sosie śliwkowo-cynamonowym z kuskusem na parze na główne, asztalia na deser?
                    • squirk Re: Domowe restauracje, jadłodajnie ad hoc... 06.05.15, 14:38
                      zlosliwiec.zlosliwiec napisał:

                      > Zestaw dipów i chlebki plaskate na start, ozór duszony w sosie śliwkowo-cynamon
                      > owym z kuskusem na parze na główne

                      Jestem na tak. :-)

                      , asztalia na deser?

                      ...ale pojęcia nie mam, co to asztalia, a Google nie pomaga - więc nie zacznę się pakować póki nie wyjaśnisz ;-)
                      • zlosliwiec.zlosliwiec Re: Domowe restauracje, jadłodajnie ad hoc... 06.05.15, 17:30
                        Asztalia na guglach jest bardziej znana w transliteracji 'ashtalieh'. Lewantyński deserek 'budyniowy' z uwarzonej śmietanki z mlekiem, zaklepanej delikatnie skrobią, poperfumowany wodą różaną, albo z kwiatu pomarańczy (albo kombinacją obu), oprószony siekanymi pistacjami i polany lekkim syropem.

                        Dla słodyczowych niejadków zawsze może być deska serów, albo owoce, albo czarne pomarszczone oliwki.

                        Interested?
                        • squirk Re: Domowe restauracje, jadłodajnie ad hoc... 07.05.15, 04:43
                          zlosliwiec.zlosliwiec napisał:

                          > Asztalia na guglach jest bardziej znana w transliteracji 'ashtalieh'. Lewantyńs
                          > ki deserek 'budyniowy' z uwarzonej śmietanki z mlekiem, zaklepanej delikatnie s
                          > krobią, poperfumowany wodą różaną, albo z kwiatu pomarańczy (albo kombinacją ob
                          > u), oprószony siekanymi pistacjami i polany lekkim syropem.

                          Mogłabym tego spróbować ale uczciwie mówię, że mogłoby mi się nie spodobać a nie chciałabym robić sceny czy przykrości nie kończąc dania, naprawdę nie smakuje mi słodkie, to nie poza ani foch, nie silę się oryginalność - nie lubię słodkiego, szczerze. Mdli mnie na myśl o tortach, eklerach i innych takich, bardzo podziwiam i szanuję kunszt cukierników i chocolatiers (czekoladników? brzmi gorzej imho), rozumiem fenomen, rozumiem że słodkie poprawia nastrój ale to nie moja bajka po prostu. Jedni nie lubią ostrego, inni kwaśnego, dla mnie paskudne jest słodkie.

                          > Dla słodyczowych niejadków zawsze może być deska serów, albo owoce, albo czarne
                          > pomarszczone oliwki.

                          Poprosiłabym w takiej sytuacji o deskę serów albo oliwki (najchętniej kalamata, moje ulubione, ale inne zwykle też mi pasują).

                          > Interested?

                          Oczywiście, czy mam się odezwać przed przylotem do San Francisco? ;-)
                          • zlosliwiec.zlosliwiec Re: Domowe restauracje, jadłodajnie ad hoc... 07.05.15, 12:30
                            Sprawdz zatem skrzynke.
    • a74-7 Re: Domowe restauracje, jadłodajnie ad hoc... 05.05.15, 18:49
      to ja podam na tacy ;-)
      Jesli ktos dysponuje garazem to mozna I tak :
      pl-pl.facebook.com/pages/Restaurant-Day-Milanowek-Gara%C5%BC-108/404724646250244
      Reklamowal sie w Ugotowanych,pewnie mozna znalezc w sieci ten odcinek
      inicjatywa swietna w mojej opinii.
    • bene_gesserit Re: Domowe restauracje, jadłodajnie ad hoc... 05.05.15, 20:18
      Dużo o tym tu.
      • zlosliwiec.zlosliwiec Re: Domowe restauracje, jadłodajnie ad hoc... 05.05.15, 20:49
        Kaczka barbaryjska? Pan Krzysztof przedobrzył.
    • budzik11 Re: Domowe restauracje, jadłodajnie ad hoc... 06.05.15, 09:42
      Kiedyś był w tv (Kuchnia Plus chyba) program właśnie w takiej konwencji - że niby dziewczyna prowadzi domową restaurację (ona pochodzenia azjatyckiego, w Paryżu). Miała dosłownie jeden stoli i gotowała dla ~2 osób. Pomysł dziwny, nie przemawia do mnie.
      • zlosliwiec.zlosliwiec Re: Domowe restauracje, jadłodajnie ad hoc... 06.05.15, 12:12
        O Rachel Khoo mowa?
        • budzik11 Re: Domowe restauracje, jadłodajnie ad hoc... 07.05.15, 20:26
          O, tak! Nie mogłam sobie przypomnieć jej nazwiska.
    • posenerka Re: Domowe restauracje, jadłodajnie ad hoc... 06.05.15, 10:16
      A czy to nie wyważanie otwartych drzwi?
      Azja, Ameryka Płd, Afryka - tam każdy może iść na stragan i sprzedawać swoje wyroby. Klient a nie Sanepid decyduje czy interes przetrwa.

      Znajomi podróżujący czasami koleją transsyberyjską opowiadają o babcinkach sprzedających przez okna pociągu ichnie pierogi, kulebiaki itp. Podchodzą z koszykiem i sprzedają.

      Wszystkiego kontrolować się nie da. Pewnie wielu po "legalnych" restauracjach miało problemy żołądkowe.
      • Gość: mim_maior Re: Domowe restauracje, jadłodajnie ad hoc... IP: *.warmia.mazury.pl 06.05.15, 12:33
        Jedzenie "uliczne" to jest właśnie coś, czego mi w Polsce brakuje, zwłaszcza jak sobie wyobrażam, że potencjał kulinarny mamy w tym zakresie niemały. Marzy mi się coś ciepłego do kupienia przez okno na stacji, gdy siedzę w dalekobieżnym pociągu a kanapki dawno się skończyły. Tu mogłaby przyjść mi z pomocą baba z pierogami, plackami ziemniaczanymi, kluskami wszelkich rodzajów, zapiekankami... Aż trudno wymienić, co przychodzi mi do głowy na ten temat. Czasem pewnie trafiłabym na byle co, ale od czasu do czasu spotkałabym kulinarną perełkę, specjalność domu/wsi/regionu... Myślałam nawet, żeby zająć się samemu stritfudem, ale poczytałam przepisy i dałam spokój. To nie jest dla ludzi. Trzeba jechać do Azji co najmniej, żeby sobie pieroga na ulicy wrąbać. Chociaż jest pewnie szansa także za wschodnią granicą...
      • mhr2 Re: Domowe restauracje, jadłodajnie ad hoc... 06.05.15, 13:07
        posenerka napisała:

        > Znajomi podróżujący czasami koleją transsyberyjską opowiadają o babcinkach sprz
        > edających przez okna pociągu ichnie pierogi, kulebiaki itp. Podchodzą z koszyki
        > em i sprzedają.

        myslisz o czyms podobnym w EU?
        • posenerka Re: Domowe restauracje, jadłodajnie ad hoc... 06.05.15, 13:13
          Mhr, sama sobie pomyśl a najlepiej idź z kilkoma pierogami na najbliższy dworzec i spróbuje je sprzedać.
          A potem opisz resztę...
          Jak dadzą w celi długopis. :)
    • mmagi Re: Domowe restauracje, jadłodajnie ad hoc... 06.05.15, 14:39
      W Warszawie gdzieś na Śródmieściu od wojny istnieje taka domowa kuchnia,ale nie znam ulicy:)
      • aqua48 Re: Domowe restauracje, jadłodajnie ad hoc... 06.05.15, 16:32
        Bardzo mi się takie pomysły podobają. Chętnie bym się wkręciła na taką kolację. Albo sama ugotowała dla sześciu osób? Przyszlibyście?
        • konrad_dk My home is my castle 06.05.15, 17:34
          mnóstwo ludzi hołduje tej zasadzie. To kwestia gustu oczywiście.
          Nie wiem, generalnie kulturalnie odmówiłbym zaproszenie na obiad, czy kolacje u kogoś obcego z ulicy, że tak powiem; chodzi aspekt higieniczny i kwestie, czy posiłek smakowałby czy nie.
          Co innego jak przenosi się spontanicznie fajną kolację, imprezę z knajpki do domu wkręgu znajomych, przyjaciół- wtedy bardzo chętnie i jako gość i jako gospodarz.
          Ale to kwestia gustu.
          Słusznie Ktoś z forumowiczów poruszył problem prawny tzn.: jeśli czynię z domu jadłodajnie czy też coś w rodzaju knajpki, to chyba.
          No właśnie jak to jest?
          Jeżeli robię to za kasę, to nie podlega dyskusji, że muszą zgłosić działalność, zarejestrować firmę, spełnić wymogi sanitarne, etc. pp.

          Ale jeżeli robię to za darmo, bezpłatnie i zapraszam sobie na kolacje i obiady przypadkowo napotkanych ludzi, to według mnie, to żaden problem.

          Osobiście myślę, że fajnie realizować swoje kuchenne hobby i kreować fajne posiłki np. w Kochstudio czy Workshop i różnych seminariach,; poznaje się fajnych ludzi, prowadzący mogą być super profis, nawet Ci bardzo znani.
          No ale to kwestia gustu.
          • mim_maior Re: My home is my castle 06.05.15, 22:33
            A jeśli robię taką akcję dwa razy do roku, to też zakładam działalność gospodarczą, płacę zusy i turlam się pół roku po sanepidach trzykrotnie przebudowując swoją kuchnię w bloku? Nie sondzem.
            • autumna Re: My home is my castle 07.05.15, 09:59
              Weź pod uwagę, że nasi kochani urzędnicy potrafią się pojawić na jednorazowej imprezie typu lokalny festyn. Tu co prawda sprawę umorzono, ale sam fakt, że do niej doszło i ciągano nieszczęsną organizatorkę po sądach, jest absurdalny:

              www.polskieradio.pl/42/273/Artykul/534977,Nielegalna-loteria-na-festynie-Sad-zdecydowal

              Druga patologia, kontrola pojawiła się tam po anonimowych donosach. Już się trafi jakiś kochany sąsiadek, co zakabluje, że masz nielegalną restaurację.
              • mim_maior Re: My home is my castle 07.05.15, 10:34
                Niestety, znam więcej takich historii. Dlatego tu bym się skłaniała do działań partyzanckich i liczenia na łut szczęścia ;-)
    • millitta Re: Domowe restauracje, jadłodajnie ad hoc... 07.05.15, 20:54
      Bardzo fajna inicjatywa. Jedyne czego bym się bała to jakiś psycholi bo w końcu podaje swój adres domowy.
      My takie spotkania z przyjaciółmi organizuje od kilku lat, są różne rodzaje kuchni, które losujemy w ciągu roku, jedna ustalona składka od osoby itd. zawsze to ciekawie wychodzi i można się spotkać i zjeść coś dobrego, a przy tym nie ma wyrwy w domowym budżecie. :D
    • shachar Re: Domowe restauracje, jadłodajnie ad hoc... 10.05.15, 12:11
      Cześć, jak się masz w ten majowy poranek? :-)
      Z undergroundowym gotowaniem dla publiki spotkałam się /przeglądam fiszki w mózgu/ zdaje się przy okazji czytania NY Magazine. Tam byl artykuł o tym, że naczajany w temacie rozchodzą się pocztą pantoflową, jest to głownie hipsterska williamsburska działalność, kosztuje to ze 80 dolcy, no i trzeba być chyba zakwalifikowanym, żeby pójść i zjeść:-) więc gdybania wyżej produkujących się o czystości noży i widelców nie mają jakby znaczenia , nie zostaną oni uraczeni i to wszystko. Często takie spędy robią wschodzący kucharze, żeby nabrać sławy, lub utytuowani, może żeby poderwać kogoś?
      Ja osobiście nie mam rezerwacji dotyczących higieny- taki sam mam wpływ na to, czy rzecz odbędzie się w domu obcym, czy gdzie indziej, jak w restauracji, czyli żaden.
      A jak jest każdy wie, albo udaje, że nie wie.
      Co mnie powstrzymało przed wydaniem pieniędzy na takie coś to to, że nie wiem, kto będzie ze mną jadł. Jeśli mam słuchać pierdół przez cały czas posiłku, to ja czuję opór.

      Menu ma dla mnie mniejsze znaczenie. Ktoś wyżej napisał że interesuje go, co ktoś inny zje albo nie, mnie to nudzi strasznie, ta litania do's and don'ts, nie czytam tego.
Pełna wersja