Gość: ernestyn
IP: *.chello.pl
15.12.06, 18:47
Wydaje mi się, że restauracje faworyzują osoby z nadwagą (i jedzące dużo), a
dyskryminują szczupłych. To jest nie do zniesienia, bo w większości dobrych
restauracji (czy też takich, ktore pretendują do takiego miana) mogą zamawiać
tylko klienci przy kości. A tymczasem ja też chcę zjeść normalny, smaczny
obiad, który by ważył 350-400 gram. Powyżej 400 gram zaczyna mnie mdlić i
chce mi się bekać. Ani się nie odchudzam (przy wadze 70 kg), ani się nie
wygłupiam - ale nie chcę mieć alternatywy: albo zgaga z przejedzenia, albo
pieniądze (i jedzenie) wywalone w błoto.
Tymczasem zaglądam do karty pewnej restauracji w mieście X - są smacznie
wyglądające makarony (spaghetti, pene) z sosami. Ceny dość wysokie jak na
moją kieszeń. Ale zważywszy na wielkość porcji wcale nie jest drogo.
Wszystkie porcje mają po ... 600-650 gram. Pytam, czy mogę prosić pół porcji.
Nie, to niemożliwe - odpowiada kelnerka. Na pytanie dlaczego, rozklada ręce.
Nie bo nie - no cóż. Z innych dań obiadowych tylko naleśniki i zupy są
dostępne w normalnych dla mnie rozmiarach.
To jest wstrętne, wkurzające a niekiedy chyba nawet chamskie. Normalny,
dorosły już facet nie może zamówić takiej porcji na obiad, jaką chce, tylko
musi dwa razy większą (za co się płaci też dwa razy więcej). Płaci się
widocznie za szczupłą budowę ciała... bycie przy kości jest milej widziane w
restauracjach. A może ktoś z Was ma podobne problemy?