vulture
31.01.04, 14:51
To jedna z tych płyt, na które czeka się miesiącami… z wypiekami na twarzy,
przechodząc koło sklepów muzycznych, rzesze fanów nie mogły doczekać się
chwili, gdy wezmą do ręki dzieło skończone; płytę, którą już w chwili wydania
można określić mianem kultowej.
Tych jedenaście utworów to potężna dawka maksymalnej ekstazy, przy której
wszystkie inne doznania się nie liczą. Już sam początek płyty przyprawia o
dreszcze… tajemnicze dźwięki nieznanego gatunku żab okazują się być zmysłową
wokalizą boskiej Kylie, która w singlowym utworze „Slow” pokazuje, na co ją
stać. Już nie jest słodką nastolatką, ale drapieżną, zmysłową kocicą, wampem,
uwodzącym jak syreny żeglarzy Odyseusza. To piękne, tak dać się wciągnąć w
ten ekstatyczny rytm… Ciało wygina się w rytm następnego utworu, w którym
głos Kylie wygina się na wszystkie strony – „Still Standing” jest lepsze od
wszystkiego, co wszystkie zespoły świata nagrały do tej pory. Kylie wabi jak
najlepszy lep, a doskonała muzyka zastępuje wszystkie gatunki świata. Nie
inaczej, o ile nie lepiej, jest w „Secret/Take You Home/”, który swym beatem
rzuca na kolana największych niedowiarków, którzy nie dawali Kylie szans –
tym utworem Kylie pokonała i Madonnę, i Kate Bush czy Tori Amos. Kylie rapuje
i śpiewa: „I’ll be cool, would you be cool, I wonder if I take you home” –
tak genialnych słów nie napisał jeszcze nikt. Niech się schowa cały dorobek
literacki krajów anglosaskich. Kylie daje na chwilę odpocząć przy nieco
bardziej zrelaksowanym „Promises”, które dorównuje najwybitniejszym
dokonaniom jej młodszej siostry, ale zaraz potem przywala z grubej rury
w „Sweet Music”, które ogarnia całe ciało, gdy artystka śpiewa „Crazy like
that, feel it like that, move it like that, drop it like that, rocking the
track, I’m looking for a new sensation” – sądzę, że sam David Bowie mógłby
się uczyć od Kylie. Pulsujący bas powinien zawstydzić Tony Lenina czy Chrisa
Squire’a a ani Jon Lord, ani Keith Emerson nie grali nigdy tak wspaniałych
dźwięków, jakie słychać tu. Pierwszą połowę płyty zamyka nowy singiel,
czadowe „Red Blooded Woman”- „Do you think I’d listen, no I don’t care” to
słowa będące manifestacją niezależności kobiecej w tysiąc razy większym
stopniu niż wszystkie płyty Patti Smith.
Druga część płyty zaczyna się od soulowego „Chocolate”,w którym
szept Kylie poruszyłby każdego, zwłaszcza przy słowach „Hold me and then
control me and melt me slowly down”, przesyconymi erotyzmem bardziej niż
Kamasutra. Aż trudno się opanować, zwłaszcza, że jeszcze wspanialsze jest
następujące po tym „Obsession”, od którego można faktycznie wpaść w obsesję
na punkcie utalentowanej Australijki. W „Obsession” sama Kylie poświęciła się
dla słuchacza i nagrywała utwór z głową w pralce, w celu osiągnięcia
ciekawego efektu dźwiękowego w zwrotkach. Podczas refrenu pralkę włączano.
Równie eksperymentalny jest kolejny utwór, „I Feel For You”- tytuł może się
kojarzyć z numerem Chaki Khan, ale o tamtym można teraz zapomnieć. Kylie
zaprezentowała dźwięk, świdrujący uszy bardziej niż tysiąc startujących
odrzutowców, a rewelacyjny podkład nie pozwoli nikomu usiedzieć spokojnie.
Kapitalne jest też „Someday” – poetycka metafora „precious stone, life goes
on”, otwierająca ten utwór, powoduje, że Kylie nie musi już niczego
udowadniać. Potęga kobiecości w słowach „How dare you say I will be back one
day, you’ve taken me for granted, you need to find your way” zdradza
isnpirację Sylvią Plath i Stevie Smith. Przedostatnie na albumie “Loving
Days” to paleta dźwięków, porównywalnych do symfonicznego brzmienia The Moody
Blues czy King Crimson z pierwszych płyt. Naturalnie, jest to brzmienie o
wiele bardziej wysmakowane niż archaiczne dinozaury z topornymi melotronami i
marudzącą aranżacją – u Kylie wszystko jest doskonałe. Kwintesencją
doskonałości jest również ostatni już, niestety, utwór na płycie, „After
Dark”, dzieło niezawodnej Cathy Dennis, która obdarowała Kylie po raz kolejny
stylowym numerem, który jest tak dobry, że nawet sama artystka dostała
zadyszki, śpiewając, więc zapewne płytę, dla jej dobra, postanowiono w tym
momencie zamknąć, a szkoda, ale już teraz wiadomo, że i na następną warto
czekać…
Dopełnieniem arcydzieła jest wkładka do płyty, w której wprawdzie są teksty
piosenek, ale na szczęście je ściśnięto, by mogły zmieścić się w dużej ilości
fotografie artystki, która brała udział w eksperymentalnej sesji
zdjęciowej „Gdyby Bardotka była tirówką”. Naprawdę, znakomita sprawa, polecam…
*